środa, 20 kwietnia 2011

Frýdek-Místek, fragment książki

Ludzie, ludzie, co wy tutaj robicie?, zapytałem swoich rodaków, licząc, że zaraz się przebudzę. Odezwał się niski mężczyzna trzymający portret Papieża, do Rzymu idziemy z pielgrzymką, nie widzi pan?, dla niego było to oczywiste. Na beatyfikację. Pomyślałem, że jak na jeden dzień, to za dużo dla mnie doznań patriotyczno-religijnych. Nie przebudziłem się jednak, nadal znajdowałem się na bardzo realnym parkingu za Frýdkiem-Místkiem. Do Rzymu, na piechotę? Nie mogłem uwierzyć. Przecież nie zdążycie, to dalej niż do Częstochowy, ze dwa miesiące będziecie szli albo dłużej, żebyście przynajmniej na rowerach jechali, ale na piechotę? W ich spojrzeniach zauważyłem niechęć, nie spodobało im się pewnie, że wyraziłem swoją wątpliwość. Bóg nas prowadzi i daje siłę, żeby iść, powiedziała kobieta w żółtym skafandrze. Chyba zgłodniała, bo rozwijała papier śniadaniowy, w którym trzymała kanapkę. Ja również byłem głodny i mój wzrok na pewno ten głód wyrażał, lecz ona najwyraźniej nie zamierzała się ze mną dzielić, sprawdziła tylko, co ma między kromkami, wyglądało, że salceson, więc w sumie dobrze, że mnie nie poczęstowała. Pan zna tych policjantów?, zapytał niski mężczyzna. To bezbożnicy jacyś, zatrzymali nas, że zakłócamy ruch uliczny, że idziemy z portretem Papieża i naszą flagą, a jak niby mamy pielgrzymować? Jak pan jesteś Polakiem, niech im pan powie, żeby nas puścili, my im wiarę i prawdę niesiemy. Wiarę i prawdę, powtórzyła jak echo kobieta w żółtym skafandrze.
Policjant, z którym przyszedłem, odwołał mnie na bok. Oni nas wcale nie słuchają, z trudem udało nam się ich zepchnąć na ten parking, mówiąc to miał zafrasowaną minę. Nie mogą iść ulicą, to niebezpieczne, policjant ściszył głos, a my nie chcemy międzynarodowego skandalu. Niech pan ich przekona, mogą jechać do tego Rzymu pociągiem albo autobusem. I po co im te transparenty?
Zrozumiałem, że wbrew mej woli stałem się negocjatorem, nie była to rola, o której marzyłem, dotychczas nie zauważyłem u siebie umiejętności negocjacyjnych. Miałem ochotę powiedzieć im wszystkim, żeby pocałowali mnie w dupę, ja chcę jechać do Pragi, ale najpierw chcę coś zjeść, choćby salceson z kanapki należącej do kobiety w żółtym skafandrze. Tylko że po kanapce nie było już śladu, nawet okruszek się nie ostał. Proszę państwa, zacząłem oficjalną przemowę, tak nie można, jesteśmy na terenie Republiki Czeskiej, a nie w Polsce, musimy stosować się do tutejszego prawa. Tak, w Polsce moglibyśmy dyskutować z policjantami i mówić, że nie mają racji, bo to my ją mamy, ale nie jesteśmy u siebie i nie są to nasi policjanci, tylko czescy, więc powinniśmy ich posłuchać, jak Bóg przykazał, specjalnie użyłem takiego właśnie porównania. Powinniśmy ich posłuchać i zwinąć transparenty, oni chcą dobrze, są różne środki transportu, a jak wiemy, wszystkie drogie prowadzą do Rzymu, więc państwo też dotrą, nawet przed czasem, żeby zająć dobre miejsca na placu Świętego Piotra. Nie przekonałem ich. Co z pana za Polak!, wrzasnął ten, który wyglądał na przywódcę grupy, czyją stronę pan trzyma, ich czy naszą, przecież pielgrzymuje się na piechotę, a nie samochodem. Transparentów nie schowamy, nie ma mowy, one świadczą o nas. A w ogóle to dlaczego pan mówi, jakby był jednym z nas, skoro nie jest, trzyma pan z tamtymi, włączyła się kobieta w żółtym skafandrze. Przypominała zasuszoną pracownicę poczty. Oni, Czesi, to nasi bracia, ale żyją bez Boga, my im pokażemy, że można inaczej. I nagle wszyscy, tak jak stali, kucali i siedzieli, nagle wszyscy w jednym momencie klęknęli na oba kolana i zaczęli chóralnie śpiewać pieśń, której nie znałem, lecz która bez wątpienia była pieśnią nabożną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz