piątek, 8 kwietnia 2011

Ostatni marsz

Nowy fragment z tego, co się pisze. Wbrew temu, co może sugerować poniższy tekst, nie chcę, by całość miała wydźwięk polityczny.

W Krakowie trafiłem na korek, samochody wlokły się niemiłosiernie i nie sposób było odgadnąć, czy z powodu remontu drogi, czy wypadku, chociaż powód spowolnienia ruchu nie miał większego znaczenia. W oczy kierowców rzucał się duży napis na ścianie czteropiętrowego bloku: „WISŁA KURWA”. Parę ulic dalej na jednej z kamienic inna kibicowska ręka wypisała czerwonym sprayem „CRACOVIA TY KURWO”. Wypogodziło się, termometr w samochodzie wskazywał piętnaście stopni, po długiej zimie nareszcie przyszła wiosna. Jeszcze przed zjazdem na autostradę zatrzymałem się na stacji benzynowej, miałem nadzieję, że korek się wkrótce rozładuje. Zatankowałem do pełna. Oparty o peugeota popijałem kawę z tekturowego kubka, gdy zobaczyłem, że wzdłuż ulicy zaczynają się zbierać ludzie i z każdą sekundą jest ich więcej. Wyglądało to, jakby czekali na przejazd ważnej osoby, być może kardynała, albo kolarskiego peletonu. Najpierw jednak przejechały dwa radiowozy z migającymi na niebiesko kogutami, po nich karetka i policjanci na motocyklach. Zaciekawiony podszedłem bliżej, lecz o dobre miejsce było już trudno, musiałem się przepychać, żeby lepiej widzieć, ale niczego nie zobaczyłem, poza ludźmi czekającymi po przeciwnej stronie diabli wiedzą na kogo. Idą, idą, nagle przez tłum przebiegł szmer, w którym wyczuwało się napięcie. Kto idzie? zapytałem starszą kobietę stojącą po mojej lewej ręce. Spojrzała na mnie z wyrzutem, że tego nie wiem. Wojsko idzie, nasze polskie wojsko, powiedziała z przejęciem, lecz również ze smutkiem i dodała, na śmierć chłopcy idą, na śmierć. Jej oczy się zaszkliły. Niczego nie zrozumiałem, na śmierć? teraz i tutaj? w Krakowie? To ich ostatnia droga, oni zginą w Katyniu, rocznica jest przecież, wyjaśniła starsza kobieta, dając mi do zrozumienia, żebym się wreszcie zamknął, gdyż chwila jest podniosła.
Tłum się uciszył, wszyscy wpatrywali się w mężczyzn w długich zielonych płaszczach i w rogatywkach, w każdym szeregu szło ich po czterech, a szeregów było kilkanaście. Kolumnę po bokach pilnowali młodzi strażnicy, speszeni, że akurat taka rola im przypadła, możliwe, że wcześniej losowali, kto kim będzie, a po tych od razu widać było, że to Ruscy, byli uzbrojeni i mieli dziwne spiczaste czapki z czerwoną gwiazdą pośrodku. Nie wzbudzali sympatii u obserwujących przemarsz, niektórzy syczeli do nich, że są mordercami, bolszewikami, stalinowcami i najgorszą swołoczą, a to peszyło ich jeszcze bardziej. Za to na twarzach naszych żołnierzy malowały się skupienie i powaga, duma się malowała, tak samo jak na obliczach widzów. Ktoś zaintonował polski hymn, reszta podchwyciła, w górę poszły biało-czerwone chorągiewki, w dłoniach stojących pojawiły się małe krzyże i zapalone znicze. Jeszcze Polska nie zginęła, śpiewali ludzie, póki my żyjemy, jakiś kilkuletni chłopczyk zaczął płakać, matka próbowała go uspokoić, ale nikt na nich nie zwracał uwagi, żołnierze szli może jeszcze ze sto metrów, aż doszli do skrzyżowania ze światłami i tam się zatrzymali, bo to zdaje się był ich Katyń. Ruscy strażnicy zapalili po papierosie, z ulgą, że mają marsz za sobą i nikt już na nich nie pluje i im nie złorzeczy, jeden z naszych wyciągnął z raportówki butelkę coca-coli, inni sięgnęli po kanapki. Proszę państwa, proszę się nie rozchodzić!, rozległ się mocny głos z megafonu, za chwilę przejdą partyzanci z AK, a po nich powstańcy styczniowi i rycerze spod Grunwaldu w zbrojach i kolczugach, prosimy o pozostanie na miejscu do końca uroczystości. A potem wszyscy udamy się na Wawel złożyć wieńce! Pomyślałem, że pora na mnie. Chromolić korki, trzeba uciekać przed rycerzami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz