piątek, 1 kwietnia 2011

Praga, Wiedeń, Padwa

Pisze się. Małymi krokami, ale do przodu. Roboczy tytuł „Praga, Wiedeń, Padwa”. Kolejny fragment książki:

   Wyruszyłem rano trasą na Kraków. Laptop został na stole w pokoju. Wziąłem to, co było pod ręką, pamiętając przede wszystkim o papierosach i lekach. Kiedy jest się grubo po czterdziestce i dotychczas nie rzuciło palenia, dłuższa wyprawa bez odpowiedniego zapasu papierosów to ryzyko zawału. Podobnie jest z lekarstwami, najlepiej mieć przy sobie całą aptekę na wszelkie możliwe do przewidzenia dolegliwości. Zabrałem środki przeciwbólowe na zęby i głowę, przeciwbólowe, rozluźniające i przeciwzapalne na dyskopatię, lek na prostatę, do tego aspirynę na przeziębienie, krople żołądkowe, węgiel i maść na hemoroidy. Większość z tego ty kupiłaś, a gdybyśmy jechali razem, leków byłoby więcej, wszystkiego byłoby więcej, a najwięcej jedzenia, żebyśmy, broń Boże, nie odczuli głodu w trakcie podróży. Czasami troszczyłaś się o mnie jak o małe dziecko. Gdy wypadał mi dysk i nie mogłem się ruszać, zostawałaś u mnie na noc, pomagałaś dojść do łazienki, delikatnie smarowałaś moje lędźwie ketonalem albo voltarenem, byłaś moją siostrą miłosierdzia. A gdy pod pachą urósł mi wrzód wielkości dorodnej śliwki, dwa razy dziennie zmieniałaś mi opatrunki, przemywałaś rivanolem i nie brzydziłaś się, gdy pękł i wyglądał wyjątkowo paskudnie. Żadna kobieta wcześniej nie okazała mi tyle troskliwości, co ty. Niech to jasny szlag trafi.
   Mój jedyny prawdziwy przyjaciel nie żył od siedmiu lat, zmarł na raka, a uściślając, został poddany eutanazji. Zawiozłem go do lekarza, który zadecydował, że najlepiej skrócić mu męki. Axel był labradorem i gdy weterynarz robił mu ostatni zastrzyk, patrzył na mnie z ufnością swymi czarnymi ślepiami. Głaskałem go po łbie i płakałem. Kiedy zasnął, weterynarz, starszy już człowiek, powiedział, że zajmie się wszystkim. Dla niego było to normalne, ale przez chwilę poczułem do niego wdzięczność. Zapłaciłem za wizytę, bo wszystko ma swoją cenę, psia śmierć z kremacją także, i wyszedłem. Wiedziałem, że nigdy więcej nie wezmę sobie psa. Do ludzi tym bardziej mnie nie ciągnęło, wybrałem całkowitą bezdomność egzystencjalną. Do czasu aż spotkałem ciebie.
   Jadąc od Bielska drogą ekspresową, której jeszcze nie zdążyły zniszczyć tiry, po prawej stronie minąłem polski Cieszyn. Pomyślałem z żalem, że daleko stąd zostawiam ciebie, kochanie, chociaż pewnie nie byłaś już moim kochaniem. Z ulgą zaś pomyślałem, że ja, wierzący ateista, zostawiam za sobą krzyże smoleńskie, katyńskie, oświęcimskie, krzyże z wieży kościołów, krzyże przydrożne, krzyże ze szkół, urzędów i sprzed pałacu prezydenckiego. I że zostawiam za sobą manifestacje, pochody, wiece, uroczystości i nabożeństwa prawdziwie patriotyczne. Prawdziwą polskość i prawdziwy katolicyzm. Jedynie słuszne racje i argumenty nie do podważenia. Co prawda tylko na tydzień, ale dobre i to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz