środa, 28 grudnia 2011

No to się pisze nową książkę

Chociaż syreny zamilkły, Otto jeszcze długo słyszał ich wycie w swej głowie, raz wysokie, raz niskie tony rozbijały mu czaszkę od wewnątrz. Zasnął o piątej, a po siódmej już wstał, tym razem obudzony przez budzik. Półprzytomny pokuśtykał do kuchni, nastawił wodę na kawę i zrobił sobie śniadanie: pajdę gliniastego chleba z marmoladą. Kończyły mu się i tak skromne zapasy i z niechęcią pomyślał, że znów go czeka stanie w długiej kolejce po coś do jedzenia. Coś, co akurat będzie można kupić. Z przyjemnością zjadłby porządną zupę, lecz na to nie miał co liczyć i co go zresztą specjalnie nie martwiło. Kupi zapewne to, co zwykle. Chleb, kawę, margarynę lub masło, a jeśli mu się poszczęści, to cukier i kawałek sera. Słyszał w radiu wielokrotnie: mimo wojny i reglamentacji, zaopatrzenie stolicy w żywność jest doskonałe, a spożycie mięsa wręcz wzrosło na początku roku. Rolf wyjaśnił mu dlaczego. Mięso pochodziło ze wschodu, z rosyjskich i ukraińskich gospodarstw, a raczej z tego, co z nich zostało po przejściu frontu. Wycofujące się wojska niemieckie zabijały należące do bolszewików zwierzęta i wysyłały je do ojczyzny. Najwięcej trafiało do Berlina. – Za rok już tak dobrze nie będzie – przewidywał Rolf, a jego przepowiednie właśnie zaczęły się sprawdzać. Mięsne transporty przychodziły coraz rzadziej, więcej przyjeżdżało pociągów z rannymi.
Otto siedząc wysunął lewą nogę, która bolała go zawsze w deszczowe i zimne dni, a także rano, niezależnie od pogody. To była pamiątka z Wielkiej Wojny. W okopach spędził raptem dwa dni, podczas ostrzału ranił go odłamek francuskiego szrapnela i Otto został odesłany do szpitala na tyłach. Młody niedoświadczony lekarz wyjął mu z nogi żelazny fragment pocisku, ale przy okazji uszkodził nerw. Od tamtej pory Otto lekko utykał, jego kończyna nie dawała się wyprostować w kolanie, jednak przez długie lata nie uskarżał się na swój los. Mógł przecież, tak jak wielu jego rówieśników, w ogóle nie wrócić do domu albo wrócić – z dużo poważniejszym okaleczeniem.
Kiedy więc latem tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego razem z Elsą odprowadzali Ericha na Dworzec Anhalcki, bo stamtąd pociągi zabierały żołnierzy 6. Armii na wschód, modlił się w skrytości, żeby synowi przydarzyło się to, co jemu ćwierć wieku wcześniej: jakaś niegroźna kontuzja, dzięki której chłopak znajdzie się na tyłach frontu.
Rok wcześniej, gdy Erich wyruszał na podbój Francji, modlił się podobnie, lecz jego prośby też nie zostały wysłuchane. Z Paryża syn przywiózł Elsie perfumy i jedwabne pończochy, a jemu koniak i butelkę prawdziwego szampana. Nie pytali go, w jaki sposób zdobył te prezenty.
Wtedy, na Dworcu Anhalckim, pośród głośnego tłumu wojskowych i cywilów, widział Ericha po raz ostatni.

Na zdjęciu: Berlin, 1933, Potsdamer Platz
Fot. Waldemar Titzenthaler

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz