wtorek, 9 października 2012

Arnaldur Indridason, „Jezioro”



Być może powinienem zmienić nazwę Notes Poetycki na inną, bardziej adekwatną, bo dzisiaj znów chciałem o kryminale.
Mankell, Camilleri, Krajewski, Leon – w mojej skromnej i naturalnie subiektywnej ocenie są  autorami, którzy piszą wyłącznie bardzo dobre i dobre kryminały. To grono mych ulubieńców „kryminalnych” powiększyło się przed czterema laty o Islandczyka Arnaldura Indridasona – wtedy właśnie po polsku ukazała się pierwsza jego książka – „W bagnie”. Od tego czasu Wydawnictwo W.A.B. opublikowało jeszcze „Grobową ciszę”, „Głos”, a ostatnio – „Jezioro”.
Już kiedyś to pisałem, a teraz – po przeczytaniu „Jeziora” – powtórzę: z każdym kolejnym kryminałem Indridason jest coraz lepszy, mimo że przy konstruowaniu fabuły stosuje ten sam schemat. Śledztwa, które współcześnie prowadzi komisarz Erlendur Sveinsson z Reykiaviku , zawsze wiodą do przeszłości sprzed kilkudziesięciu lat. Główny bohater powieściowego cyklu jest samotnym człowiekiem, ma problemy z dorosłymi dziećmi i zmaga się z traumą z własnego dzieciństwa, gdy zaginął jego brat.        
W „Jeziorze” w życiu prywatnym komisarza niewiele się zmieniło, nieco inna jest natomiast zagadka, którą Erlendur stara się rozwiązać, ponieważ tym razem chodzi o politykę i szpiegostwo. Na odsłoniętym dnie jeziora Kleifarvant (ech, te islandzkie nazwy i nazwiska) zostaje znaleziony szkielet, przywiązany do radzieckiej aparatury nasłuchowej. Śledczy domyślają, że może to mieć związek z faktem, iż w czasach zimnej na Islandii znajdowała się amerykańska baza wojskowa. Czytelnik wie jednak więcej od nich: w książce pojawia się wątek Islandczyka, komunisty, który w latach pięćdziesiątych studiował w Lipsku, gdzie zakochał się w młodej Węgierce i na własnej skórze poznał uroki enerdowskiej odmiany socjalizmu.      
Oczywiście i to śledztwo zostanie doprowadzone do końca, ale jak to u Indridasona – trudno mówić o happy endzie.  Mroczne i zimne kryminały islandzkiego pisarza mają jednak to do siebie, że jeśli już ktoś raz je polubi, będzie do nich wracał. To zapewne kwestia indywidualnego gustu, również – a może przede wszystkim – umiejętności pisarskich autora.       
Arnaldur Indridason, „Jezioro”. Przełożył Jacek Godek, Wydawnictwo W.A.B. 2012, s. 350

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz