wtorek, 12 lutego 2013

Pan Nkwomo


Wśród kandydatów na następcę Benedykta XVI wymienia się kardynała Petera Turksona z Ghany, a ja przypomniałem sobie o swoim opowiadaniu ze zbioru „Kuracja” (2008), którego bohaterem jest Ghańczyk, z kardynałem nie mający jednak nic wspólnego.
Nazwisko tego kuracjusza od razu wydało się niepolskie, zwłaszcza w zestawieniu ze swojskim imieniem Stanisław, kuracjusz nazywał się bowiem Nkwomo, no bo który Polak tak się nazywa, i nawet przy odrobinie dobrej woli trudno doprawdy było dopatrzyć się w tym dziwnym złożeniu kilku liter znamion polskości ani nawet chrześcijańskiej europejskości. Sprawa wyjaśniła się nieco, gdy upalnego sierpniowego dnia kuracjusz osobiście stawił się w recepcji „Włókniarza”, by rozpocząć trzytygodniowe leczenie. Okazało się, że jego karnacja znacznie odbiega od polskiej średniej, skóra pana Stanisława Nkwomo mianowicie miała kolor niemal czarny, co pozwoliło wysnuć przypuszczenie, że korzenie rodziny kuracjusza sięgają gorącego kontynentu afrykańskiego i to raczej bardziej na południe niż na północ. Oczywiście, polskie imię pana Nkwomo było intrygujące, tak samo jak to, że mówił czystą polszczyzną, bez śladu obcego akcentu ani zmiękczania polskich wyrazów charakterystycznego dla rdzennych Afrykanów, którzy nauczyli się mowy Mickiewicza. Nikt nie wiedział, skąd pochodzi pan Nkwomo i nikt nie śmiał go o to zapytać. Przynajmniej do czasu.
Jego przybycie na kurację wywołało małą sensację, choćby z tej racji, że był pierwszym Czarnym we „Włókniarzu”. Bywali tu już Niemcy, Amerykanie, Francuzi, Belgowie, wszyscy oni jednak byli Białymi, nawet Bardzo Białymi, o równie Bardzo Białych Polakach rzecz jasna nie wspominając. Obecność pana Nkwomo budziła więc ciekawość, ale też niepokój, był przecież inny niż wszyscy pozostali kuracjusze. Co gorsza, kilka, a może i kilkanaście osób po raz pierwszy na własne oczy zobaczyło prawdziwego Murzyna, a dla niektórych było to przeżycie traumatyczne. Dla pani Gieni z Lubelskiego na pewno.
Pani Gienia nie należała do osób nadto elokwentnych i światłych, lecz swój rozum miała, to i owo słyszała o świecie, na przykład z telewizora, a wcześniej od swojej matki i babki, więc wiedziała, że wszelkie cholery, trądy, malarie, czarne ospy, dżumy i to, co najgorsze, czyli AIDS, lęgło się w Afryce i potem przenosiło się do innych krajów, do Polski także – może w niewielkim stopniu, ale zawsze, pamiętała takiego jednego z Kamerunu, co to zaraził niedawno ze dwadzieścia młodych Polek, lecz nie żałowała ich, mogły mu się głupie nie pchać do łóżka.

Dlatego, gdy po raz pierwszy ujrzała Stanisława Nkwomo, omal nie zemdlała z wrażenia, a kiedy zorientowała się, że na stołówce posadzono go przy jej stoliku, zabrakło jej tchu i pociemniało w oczach, bo przypomniała sobie smolistego diabła namalowanego na ścianie w kościele pod Lublinem, który wydał jej się podobny do tego tutaj kuracjusza, tyle że czarny kuracjusz nie miał rogów, co ją wcale nie pocieszało. Pan Nkwomo był elegancko ubrany, miał na sobie lniane spodnie i świeżo wyprasowaną białą koszulę, pomimo upału z długim rękawem, lecz właśnie biel koszuli jeszcze wyraźniej podkreślała ciemną, prawie czarną karnację pana Stanisława, tak samo jak bielutkie zęby, które odsłaniał, gdy się uśmiechał. Pani Gienia napiła się truskawkowego kompotu, żeby trochę ochłonąć, ale siedziała usztywniona, jakby ją zmógł nagły atak rwy kulszowej. Rosół z makaronem jadła ze wzrokiem wbitym w talerz, zaś w duchu modliła się, aby czas posiłku jak najszybciej minął i żeby nie musiała dotykać niczego, co przed nią dotknął pan Nkwomo, dajmy na to solniczki. Tymczasem czarny kuracjusz, wciąż się uśmiechając, toczył miłą pogawędkę z dwiema innymi paniami siedzącymi przy ich stoliku, które zdawały się nie przejmować kolorem skóry rozmówcy, czego w żaden sposób nie mogła pojąć pani Gienia.
– I niech sobie panie wyobrażą, że droga była przez dwie godziny zatarasowana. – Pan Nkwomo właśnie opowiadał o swojej podróży do Buska, utrudnionej przez gwałtowną burzę. – Musiałem stać chyba w kilometrowym korku, dopiero strażacy usunęli drzewo z drogi.
Poprawna polszczyzna nie pasowała do pana Nkwomo. Pani Gienia wolałaby chyba, żeby czarny kuracjusz kaleczył język polski, wtedy byłoby ewidentne, czarne na białym, iż jest całkiem obcy. I to imię, prawdziwie polskie i katolickie, które nosił święty biskup Stanisław, też jej zgrzytało i niepokoiło.
Rozmowa zeszła na życie osobiste Stanisława Nkwomo, ponieważ jedna z pań, z kokiem na głowie, nie mogła się powstrzymać, by nie zapytać czarnego kuracjusza o jego pochodzenie.
­– Mój tatuś wywodził się z ludu Bantu i od urodzenia mieszkał w Akrze – powiedział pan Stanisław, a widząc, że siedzące przy stoliku panie niewiele z tego rozumieją, zaraz dodał: – Akra to stolica Ghany, a Bantu to afrykańskie plemię wędrowne.
Kuracjuszki pokiwały głowami, że wszystko pojęły, choć wcale nie było pewne, że tak jest.
– Ponad pięćdziesiąt lat temu, gdy Ghana odzyskała niepodległość, tatuś przyjechał do Polski na studia – ciągnął pan Nkwomo. – W Krakowie na Akademii Rolniczej poznał moją mamusię, rodowitą Polkę, z którą się ożenił. Przez dwa lata rodzice mieszkali w akademiku, razem ze mną. Niestety, zaraz po studiach, w tatusiu odezwały się geny wędrowca i wrócił do Afryki, sam, bo mamusia nie chciała mieszkać w Ghanie. Potem widziałem go jeszcze raz, gdy pojechałem do Ghany jako dorosły człowiek, a dwa lata temu dostaliśmy wiadomość, że tatuś nie żyje.
Pan Nkwomo westchnął, a słuchające go panie posmutniały. Nawet pani Gieni zrobiło się przez moment żal czarnego kuracjusza, zaraz jednak odgoniła przykre myśli. Co ją ten Murzyn obchodził? Pomyślała, że to dobrze, iż nie ma we „Włókniarzu” nikogo z jej znajomych, bo to byłby dopiero wstyd, gdyby ją zobaczyli w towarzystwie tego człowieka, ciemnego jak bezksiężycowa noc. Do końca dnia starała się go uniknąć na sanatoryjnych korytarzach, ale im bardziej się starała, tym częściej pojawiał się na jej drodze: spotkała go, gdy szła na kąpiel siarczkową, potem w kiosku, gdy kupowała wodę mineralną, również w kawiarni, do której przyszła napić się świeżego soku z marchwi i za każdym razem pan Nkwomo wystawiał do niej w uśmiechu swoje białe zęby, a ona nie wiedziała zakłopotana, gdzie uciec ze wzrokiem.
Podczas kolacji Stanisław Nkwomo znów znalazł się w centrum zainteresowania dwóch kuracjuszek przy stoliku, gdyż pani Gienia w dalszym ciągu pozostawała niewzruszona, ale chcąc nie chcąc między jednym a drugim kęsem wątróbki dowiedziała się, że czarny kuracjusz jako specjalista od melioracji dużo podróżuje po świecie, był na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy i Australii, a najmilej wspomina wyjazdy do Włoch, a mówiąc dokładniej – do Watykanu, gdzie spotykał się z polskim papieżem i ma nawet fotografię z Jego Świątobliwością. Trochę nadstawiła ucha, ponieważ wszystko, co się wiązało z polskim papieżem, bardzo ją interesowało, jednak samo zdjęcie jej nie zaciekawiło, widziała dziesiątki podobnych fotografii, każdy, kto był na audiencji generalnej u papieża-Polaka, chwalił się później przed znajomymi zdjęciami, na których można go było dostrzec zwykle w dalszej niż bliższej odległości od Ojca Świętego. Ale fotografia, którą pokazał pan Nkwomo, była inna, papież-Polak stał pośrodku ogromnego gabinetu, a po jego lewej ręce dumnie prezentował się właśnie pan Nkwomo i chociaż pani Gienia mocno wytężyła oczy, nie zobaczyła nikogo innego, ani biskupa Dziwisza, ani choćby w tle szwajcara, byli tylko papież i pan Nkwomo i wyglądali, jakby się dobrze znali od lat. To prawda, że Ojciec Święty spotykał się z wieloma pielgrzymami, pomyślała pani Gienia, ale żeby tak dobrze znał czarnego kuracjusza? Trudno jej było uwierzyć w bliską papieską znajomość z tym Ghańczykiem, który uważał się za Polaka, lecz od kiedy to Polacy są czarni? Pani Gienia nie była w stanie dokończyć kolacji, nikt jednak nie zauważył jej wzburzenia, ochłonęła dopiero po wyjściu ze stołówki, gdy siedząc w cieniu na ławce popijała niegazowaną wodę mineralną i rozmyślała o panu Nkwomo. Chciała, ale nie potrafiła się uwolnić od myślenia o nim i z tego powodu była zła na siebie.
Papież był świętym już za życia, więc mógł spokojnie przyjmować na audiencjach Murzynów, podawać im rękę, po ojcowsku ściskać i nie obawiać się o swoje zdrowie, mógł się nawet przyjaźnić z panem Nkwomo i pozować z nim do wspólnego zdjęcia, choć ona nie znajdywała powodów, dla których miałby to robić, lecz skoro się już przyjaźnił, to na pewno czynił to w swej nieskończonej dobroci i łaskawości, był przecież wielkim człowiekiem, a wielkim ludziom o wiele łatwiej przychodzą takie gesty niż na przykład jej, skromnej gospodyni spod Lublina, która do tej pory Murzynów i innych Indian oglądała jedynie w telewizji, a to całkiem co innego niż zobaczyć takich na żywo i na dodatek wbrew sobie spożywać w ich towarzystwie posiłek.
Minęła godzina dziewiętnasta, nadal było bardzo gorąco. Pani Gienia dopiła wodę mineralną, która z chłodnej zdążyła się zmienić w ciepłą, i podeszła do termometru przy głównym wejściu – niebieski słupek sięgał kreski oznaczającej dwadzieścia dziewięć stopni.
– Trudno wytrzymać w taki upał – usłyszała za plecami męski głos. Nie musiała się odwracać, poznała, że zagadnął ją Stanisław Nkwomo, ale miała nadzieję, iż na tym poprzestanie i da jej spokój. Czarny kuracjusz nie zamierzał rezygnować z rozmowy z panią Gienią, zrobił krok naprzód, teraz stał obok niej. Zauważyła, że tym razem ma na sobie jasnoniebieską koszulę z długim rękawem, lecz w odróżnieniu od pani Gieni i innych kuracjuszy pan Nkwomo nie wyglądał na zmęczonego upałem.
– Kiedy jest tak gorąco, człowiekowi nawet się rozmawiać nie chce, prawda? – Pan Nkwomo zdawał się nie dostrzegać oznak bojaźni i zakłopotania na twarzy pani Gieni. – Chociaż mnie upał nie przeszkadza, bardzo dobrze się czuję. Zresztą u nas, w Polsce, wcale nie jest tak gorąco jak się niektórym zdaje.
Pani Gienia zwróciła rzecz jasna uwagę na to „u nas, w Polsce”.
– Według mnie jest u nas wystarczająco gorąco, by się źle czuć przy takiej pogodzie – powiedziała kładąc nacisk na „u nas”, ale pan Nkwomo chyba tego nie zauważył.
Zdziwiła się samej sobie, że potrafiła się odezwać do pana Nkwomo; gdyby się przyznała, że rozmawiała z Murzynem, ot, tak sobie, nikt z jej wsi by jej nie uwierzył, a już na pewno wszyscy by się zgorszyli. Postanowiła, że po powrocie z sanatorium zapyta proboszcza, czy to grzech śmiertelny, czy może tylko zwykły.
Mimo że starała się, aby jej słowa zabrzmiały obcesowo, pan Nkwomo wcale się nie zniechęcił, bezczelnie dalej szedł za nią. Pani Gienia najchętniej by przed nim uciekła, nie wiedziała jednak, jak to zrobić, bo kiedy burknęła pod nosem, że idzie odpocząć w swoim pokoju, pan Nkwomo powiedział, że nie ma mowy, on zaprasza ją na sok ze świeżej marchwi albo z pomarańczy, jaki sobie życzy, ale musi iść z nim koniecznie. Panią Gienię trochę zatkało, zawsze myślała, bo tak ją nauczono i tak widziała na różnych filmach, że Murzyni słuchają Białych i że są im ulegli, gdyż wymuszone posłuszeństwo zostało im po przodkach-niewolnikach, poza tym nie była przyzwyczajona, że mężczyzna jej coś narzuca, świętej pamięci mąż pani Gieni, gdy był trzeźwy, co zdarzało się rzadko, słuchał jej we wszystkim, a tu proszę – czarny i obcy mężczyzna narzuca jej swą wolę i każe iść z nim do pijalni soków. Pani Gienia przełknęła głośno ślinę i chciała powiedzieć zdecydowane „nie”, lecz skinęła jedynie głową na znak, że się zgadza, a jej złość na samą siebie była jeszcze większa. I potem, gdy popijali marchewkowy sok siedząc w wygodnych wiklinowych fotelach na tarasie pijalni, rozglądała się niespokojnie, czy ktoś jej nie widzi w towarzystwie pana Nkwomo, on tymczasem opowiadał o swoich spotkaniach z papieżem-Polakiem, co było jakimś samousprawiedliwieniem dla pani Gieni, że zgodziła się na to wymuszone spotkanie. Opowiadał o swoich wojażach do Afryki, Ameryki Południowej i Związku Radzieckiego, a ona siła rzeczy go słuchała i po pewnym czasie stwierdziła, że te jego opowieści są nawet ciekawe, tym bardziej że ona za granicę nigdy nie wyjeżdżała, więc czarny kuracjusz odsłaniał przed nią zupełnie jej nieznany świat tropików i śródziemnomorskiej kultury, z której między Bogiem a prawdą dużo nie rozumiała, za to z uwagą słuchała o rzymskich akweduktach, wybudowanych jeszcze za cesarza Klaudiusza czy jakoś tak, w każdym razie bardzo dawno przed Chrystusem. Z dużym przejęciem opowiadał też o wodzie, a raczej jej braku w Afryce, gdzie o melioracji można tylko pomarzyć, a gdy jakimś cudem tubylcy znajdą wodę, to jest ona mętna i brudna, nie to co u nas.
Znowu powiedział „u nas”, ale teraz pani Gieni trochę to mniej przeszkadzało i gdy tak słuchała pana Nkwomo, wydał jej się mniej czarny niż wtedy gdy ujrzała po raz pierwszy, jak gdyby sierpniowe słońce – wbrew prawom natury – podziałało na jego skórę wybielająco. Poczuła, że ma mętlik w głowie, zwłaszcza wtedy, gdy przyznał, że dawno nie spędzał czasu w tak miłym towarzystwie, po tym komplemencie wręcz jej zaszumiało, jakby zamiast soku w szklance podano jej wino, a on tymczasem, mimo że usiłowała zaprotestować, zamówił dla nich po jeszcze jednym soku ze świeżej marchwi.
Siedzieli w pijalni prawie godzinę, pan Nkwomo prosił, by powiedziała mu coś o sobie, co uczyniła dość niechętnie, kiedy zaś wróciła do pokoju, odprowadzona zresztą przed same drzwi przez pana Nkwomo, zrozumiała, że jeśli nie zacznie działać, będzie po niej, podda się, ulegnie i co najgorsze – nie będzie potem mogła spojrzeć ludziom w oczy. Ale nie potrafiła znaleźć rozwiązania, które by ją zadowoliło. Opuszczenie sanatorium przed terminem zakończenia kuracji wiązało się niestety z karną opłatą za niewykorzystane zabiegi, dlatego ten pomysł pani Gienia szybko odrzuciła, na wcześniejszy wyjazd pana Nkwomo też się nie zanosiło, gdyż miał w Busku-Zdroju spędzić jeszcze tydzień. Zaczęła się więc gorliwie modlić do świętego obrazka, z którym się nie rozstawała, aby odeszły od niej wszelkie pokusy, a jeśliby nie odeszły, to żeby umiała dać im skuteczny odpór, bo nie wiedziała, co się z nią dzieje, przecież jeszcze kilka dni temu była zwyczajną kobietą, jakich wiele nie tylko w Lubelskiem, kobietą, która unikała mężczyzn, a już Murzynów w szczególności, zaś teraz...
Jej modlitwy zostały wysłuchane połowicznie, gdyż o ile pokusa przybierająca postać pana Stanisława Nkwomo nie przeminęła, o tyle pani Gienia umiała, a w każdym razie starała się zwalczyć w sobie złe myśli dotyczące czarnego kuracjusza i bynajmniej nie o krwiożercze zapędy wobec niego tu chodziło, choć jeszcze niedawno można by ją o to posądzić. Trudno też powiedzieć, czy pan Nkwomo dostrzegł, jaką wewnętrzną dramatyczną walkę toczy pani Gienia, może gdyby tak było, może gdyby zauważył, że kobietą, którą – niespodziewanie dla niej – się zainteresował, targają zmienne uczucia, dałby jej spokój i nie zapraszał codziennie do kawiarni albo na spacery, które sprawiały jej przyjemność i były zarazem źródłem wielkiego utrapienia.
I tak, dzień po dniu, aż do wyjazdu Stanisława Nkwomo, pani Gienia spędzała popołudnia i wieczory w towarzystwie czarnego Polaka, w pewnym sensie się przyzwyczaiła do jego obecności i ta świadomość ją uwierała, dlatego przed snem długo się modliła, co przynosiło jej chwilową ulgę. Kiedy zaś pan Nkwomo wyjechał z sanatorium „Włókniarz”, zapisując jej adres w notesie i obiecując, że na pewno do niej napisze, nie uroniła nawet jednej łzy, lecz długo nie mogła się też pozbyć smutku i uczucia pustki, jaką po sobie zostawił. Opuściła sanatorium „Włókniarz” pięć dni po nim, zabierając ze sobą melancholię.
A po powrocie w rodzinne strony pani Gienia pierwsze, co uczyniła, to poszła się wyspowiadać u księdza proboszcza. Reszta pozostała tajemnicą spowiedzi, jednak ci, co lepiej znali pani Gienię, mówili, że z Buska wróciła odmieniona, stała się bardziej milcząca i nic w jej życiu nie było już takie samo jak wcześniej.

1 komentarz:

  1. Rozsmakowuję się w tym stylu, mam apetyt na więcej! Nie mogę nigdzie namierzyć wersji papierowej Kuracji, a wiadomo, że potrawa musi pachnieć, czego bezwonne wersje elektroniczne nie oferują...
    Nie macie jakiejś podpowiedzi, gdzie jest szansa na zdobycie tej książki?

    OdpowiedzUsuń