środa, 13 lutego 2013

Toulouse-Lautrec


Henri de Toulouse-Lautrec, fot. domena publiczna
No to jeszcze jedno opowiadanie ze zbioru „Kuracja”, umówmy się, że walentynkowe:

   Profesor Marzec cenił sobie najbardziej ciszę i spokój muzealnych sal, co nie dziwi, gdyż w dużym mieście, gdzie mieszkał, był od czternastu lat dyrektorem Muzeum Sztuki Modernistycznej i większość czasu spędzał wśród obrazów i rzeźb, a te – jak wiadomo – w odróżnieniu od ludzi są ciche, spokojne i piękne. Najchętniej w ogóle by z muzeum nie wychodził, tym bardziej że mieściło się ono w dziewiętnastowiecznym pałacu, zaś przebywanie w zabytkowych obiektach sprawiało profesorowi wiele przyjemności, tak samo jak codzienne obcowanie ze Sztuką. Jego mieszkanie również znajdowało się w starej, przedwojennej kamienicy, która aspirowała do rangi zabytku i pewnie kiedyś zostanie wpisana do rejestru, lecz profesor, od sześciu lat, czyli od kiedy został wdowcem, w domu przede wszystkim nocował i nawet weekendy i święta wolał spędzać w muzeum.
    W końcu jednak profesor Marzec, wbrew sobie, doczekał dnia, gdy został zmuszony do opuszczenia muzeum, domu i dużego miasta. Wprawdzie był to wyjazd tylko czasowy, na trzy tygodnie, ale zakłócił mu przecież ustabilizowane i spokojne życie. Lekarz neurolog, doktor Szymoniak, u którego profesor leczył rwę kulszową, po tym jak dolegliwości w ostatnich miesiącach nasiliły się, nakazał mu wręcz leczenie sanatoryjne w Busku-Zdroju. Profesorowi długi wyjazd był bardzo nie na rękę również dlatego, że w swoim muzeum rozpoczął przygotowania do dużej wystawy, na której chciał pokazać dzieła największych modernistycznych mistrzów, a jego korespondencja z muzeami w Wiedniu, Paryżu i Brukseli w tej sprawie była już mocno zaawansowana. Jednak uległ doktorowi Szymoniakowi, gdyż ten zagroził, że jeśli profesor nie weźmie się za siebie i nie pojedzie do Buska, przestanie go leczyć, odsyłając do innego lekarza.
    Rad nierad, profesor Marzec spakował niezbędne rzeczy, dorzucił stos muzealnych katalogów i autobusem przyjechał na dworzec w Busku, a stamtąd taksówka zawiozła go do sanatorium „Włókniarz”. Dostał pokój na trzecim piętrze, oczywiście jednoosobowy, z łazienką, lodówką i telewizorem, inaczej sobie tego nie wyobrażał, spokój i wygoda były mu niezbędne do pracy, a pracować, na ile było to możliwe, zmierzał w czasie sanatoryjnej kuracji. Pierwsze dwa tygodnie upłynęły profesorowi Marcowi na zabiegach leczniczych, wizytach w sali internetowej, skąd w języku francuskim, niemieckim i angielskim słał maile do zagranicznych muzeów, i wieczornym przeglądaniu u siebie w pokoju katalogów, a także oglądaniu fotokopii modernistycznych obrazów, nadesłanych mu z zagranicy. Aż dwa razy zdecydował się na spacer po parku zdrojowym, ale nadmiar kuracjuszy zażywających świeżego powietrza, w końcu był początek maja i pogoda dopisywała, zniechęcił go do dalszych prób. Samotność mu bardziej odpowiadała. Profesor myślał przede wszystkim o wystawie i było mu z tym dobrze. W wyobraźni widział już wszystkie znakomite dzieła malarskie, które zawisną na ścianach jego muzeum.

    Ale w trzecim tygodniu pobytu we „Włókniarzu” zdarzyło się coś, co – gwałtownie i niespodziewanie dla samego profesora – zburzyło jego spokój. Kiedy przed południem siedział na drugim piętrze Zakładu Przyrodoleczniczego, czekając w towarzystwie kilkunastu innych osób na przyjęcie kolejnej dawki promieni laserowych, zupełnie przypadkiem spojrzał na kobietę, najwyżej trzydziestoletnią, która mogłaby z powodzeniem być jego córką. Jest niemal pewne, że w innej sytuacji jego wzrok nie zatrzymałby się dłużej niż sekundę na twarzy kobiety, tym razem stało się inaczej, albowiem kobieta trzymała w rękach dużych rozmiarów książkę, którą była biografia Toulouse-Lautreca. Tak, Henri de Toulouse-Lautreca, ulubionego malarza profesora Marca, który nie dość, że tworzył dzieła wybitne, to jeszcze był mikrego wzrostu, wszystkiego metr pięćdziesiąt, co łączyło i bratało go z profesorem, któremu natura także poskąpiła wysokości, gdyż był od Toulouse-Lautreca ledwie o osiem centymetrów wyższy. Wspólne, jak mniemał, uwielbienie do francuskiego mistrza dodało profesorowi odwagi i do pewnego stopnia uskrzydliło, gdyż poprawiając okulary, cicho zapytał nieznajomą:
    – Podoba się pani książka?
    Kobieta, która mogłaby być jego córką, spojrzała, jakby się dziwiła, że w ogóle ją o to pyta, i westchnęła, a w tym westchnieniu kryła się tęsknota za innym, nieznanym życiem:
    – Był niezwykłym człowiekiem.
    Być może wróciłaby do lektury, ale ośmielony jej odpowiedzią profesor Marzec zaczął się z nią dzielić swoją wiedzą na temat Toulouse-Lautreca, a ponieważ była to wiedza ogromna, mówiłby pewnie długo, gdyby nie to, że niebawem został wywołany na laserowy zabieg, a kiedy wrócił do poczekalni, kobiety z książką nie było. I później, przez cały dzień, więcej już jej nie zobaczył, chociaż wytężał oczy i nawet posiedział chwilę na ławce przed głównym wejściem, w nadziei, że gdzieś mu mignie, choćby z daleka.
    Wieczorem, jak zwykle po kolacji, zamknął się w pokoju, rozkładając na stoliku i łóżku muzealne katalogi. Ale oglądając reprodukcje, po kilku minutach, zorientował się, że zamiast postaci uwiecznionych przez modernistycznych mistrzów pędzla, zamiast domów i pejzaży, widzi jedynie twarz kobiety, poznanej – dzięki Toulouse-Lautrecowi – rano przed gabinetem fizykoterapii. I poczuł, że samotność zaczyna mu doskwierać. Zasypiając profesor nie mógł i – bądźmy szczerzy – nie chciał uwolnić się od widoku tej kobiety.
    Nazajutrz los okazał się dla profesora łaskawszy, bo zobaczył ją zaraz po śniadaniu, gdy szedł na masaż klasyczny. Pierwsza powiedziała mu „dzień dobry”, co go zmieszało, gdyż było to dla niego równoznaczne z tym, że traktuje go wyłącznie jako starszego pana, a on chciał, żeby dostrzegła w nim także mężczyznę. Zaraz jednak go zagadnęła i to w taki sposób, że poczuł, iż uginają się pod nim nogi, lecz było to miłe doznanie.
    – Tak pięknie mi pan wczoraj mówił o Lautrecu, może dokończy pan dzisiaj swoją opowieść? Na przykład po obiedzie?
    Zgodził się bez wahania. Umówili się, a właściwie to ona zaproponowała, że spotkają się w holu obok recepcji i od tego momentu przez następne godziny profesor obojętnie traktował zabiegi, którym był poddawanym, a ćwiczenia w basenie rehabilitacyjnym, których nie znosił, tym razem nie zrobiły na nim żadnego wrażenia, pierwszy raz od kilku miesięcy zapomniał też o wielkiej wystawie, którą miał przygotować dla swojego muzeum, ponieważ myślał tylko o czekającym go spotkaniu, i to tak bardzo, że nie mógł zjeść obiadu, przełknął tylko kilka łyżek zupy i kawałek kotleta z drugiego dania, tyle że nikt na to nie zwrócił uwagi, gdyż profesor, nawet gdy nie był emocjonalnie pobudzony, także jadł niewiele.
   Spotkali się więc obok recepcji, kobieta już czekała na niego, gdy przyszedł ze stołówki i przedstawiła się, mówiąc, że ma na imię Anita, dodała, że uczy plastyki w szkole podstawowej, interesuje się sztuką i biografiami artystów, on zaś czując, jak bardzo jest stremowany, wydukał swoje imię. Wyszli na zewnątrz, udając się w stronę parku zdrojowego, potem spacerowali alejkami, a on cały czas opowiadał jej o Toulouse-Lautrecu i jego malarstwie, początkowo nieśmiało, lecz z każdą chwilą zapalał się w swej opowieści, nie szczędząc pikantnych szczegółów z burzliwego, acz krótkiego życia ulubieńca Montmartre’u, omówił najważniejsze płótna artysty z taką wnikliwością, jakby jakimś cudem wszedł do tych obrazów jak do pokoju i poznał je dokładnie od wewnątrz, łącznie z postaciami, które Francuz namalował, albo przynajmniej był przy ich tworzeniu, a ona jedynie od czasu do czasu rzucała pytanie i widać było, że jest zafascynowana jego opowieścią.
    I nie wiadomo kiedy nadeszła pora kolacji, wrócili do „Włókniarza”, każde poszło do swojego pokoju, ona na piąte, on na trzecie piętro w bloku B, ale po kolacji znów się spotkali, profesor był w świetnym humorze – samemu sobie się dziwił, że to możliwe, wydawało mu się, że zna ją od zawsze, a gdy spytała, czy pójdzie z nią na dancing, nie odmówił, choć przecież nigdy na żadnym dancingu nie był i nie miał najmniejszego pojęcia o tańcu, lecz akurat tym się tego wieczoru nie przejmował. Zapłacił dziesięć złotych za wejście, po pięć za nią i za siebie, na sali było ze trzydzieści osób, niektórzy dokazywali już na parkiecie, ale oni najpierw usiedli, profesor zamówił dwie lampki czerwonego wina, niestety, głośna muzyka nie pozwoliła im rozmawiać, choć próbowali zamienić słowo nachylając się do siebie. Nagle Anita wzięła go za rękę, przybliżyła swoją twarz do jego twarzy, teraz prawie się dotykali policzkami, i powiedziała najzwyklejszym tonem na świecie:
    – Chodź, Aleksandrze, zatańczymy.
    A profesorowi Marcowi, historykowi sztuki, koneserowi i znawcy europejskiego malarstwa, nogi rozmiękły jeszcze bardziej niż przed południem, gdy zaproponowała mu pierwsze spotkanie, ponieważ już dawno żadna kobieta nie zwracała się do niego po imieniu, ostatnią, która mówiła do niego „Aleksandrze” albo „Alku” była żona, cicha i poczciwa kobieta, z którą spędził dwadzieścia jeden lat, ale teraz nie chciał myśleć o nieboszczce, świeć Panie nad jej duszą, teraz przebywał w towarzystwie Anity i tylko to się liczyło. Pozwolił więc Anicie poprowadzić się na parkiet, Anicie, która cały czas trzymała go za rękę, lecz tańczyli osobno, to znaczy ona tańczyła, gdyż profesor podrygiwał i lekko podskakiwał w miejscu naprzeciwko niej, inaczej nie potrafił, to był jego taniec. Jemu to nie przeszkadzało, nie pamiętał, czy kiedykolwiek czuł się tak swobodny, wręcz wyzwolony, a przy tym natchniony, jak dzisiaj, i wiedział, że zawdzięczał to kobiecie, która mogła być jego córką, ale przecież ani on jej nie traktował jak córkę, ani ona jego jak ojca, zaś spora różnica wieku, jaka ich dzieliła, nie musiała być przeszkodą, przeciwnie – mogła ich bardziej zbliżyć. Przemknęła mu myśl, że byłby z nią szczęśliwy, jednak nie powiedział tego głośno, bo nawet gdyby chciał, to i tak zagłuszyłaby go muzyka.
   Usiedli, dokończyli wino, profesor zamówił jeszcze po lampce, zwykle unikał alkoholu, lecz nie dzisiaj, gdy odmieniło się jego życie, gdy nabrało nowych i jasnych barw niczym obraz Lautreca. Pomyślał, że w tej chwili przypomina tego paryskiego malarza-kalekę: jest w towarzystwie pięknej kobiety, której – chociaż jest o głowę wyższa – nie przeszkadza jego niski wzrost, popija wino, na sali rozbrzmiewa muzyka, a dookoła bawią się ludzie.
    Po dancingu profesor Marzec odprowadził Anitę do jej pokoju, lecz nie wszedł do środka, nie miał śmiałości jej o to prosić, a ona też tego nie zaproponowała, pozostał na progu, ucałował jej dłoń, za co w podzięce uśmiechnęła się promiennie i było w tym uśmiechu również podziękowanie za wspaniały dzień, jaki z nim spędziła. A kiedy zamknęły się za nią drzwi, niczym nastolatek zbiegł na trzecie piętro i tego wieczoru nie oglądał muzealnych katalogów ani fotokopii obrazów, chciało mu się śpiewać i tańczyć, włączył radio, pokręcił gałką, aż znalazł stację, nadającą piosenki, które pasowały do jego nastroju, akurat Irena Santor śpiewała „Walc Embarras”, położył się na łóżku w ubraniu, pomyślał, że poleży parę minut i weźmie kąpiel, ale nie zdążył, bo zasnął i obudził się dopiero o świcie, nie mając pewności, czy poprzedni dzień był snem, czy też wszystko wydarzyło się naprawdę.
   Oboje byli z tego samego turnusu, do zakończenia ich kuracji pozostało zaledwie trzy dni i profesor żałował, że nie spotkał Anity od razu po przyjeździe, że nie dostrzegł, jak wspaniałą jest kobietą, nie mógł sobie darować tej straty czasu, dlatego postanowił, bo mimo wszystko nie było za późno, że wykorzysta każdą okazję i chwilę, żeby przebywać przy Anicie, rozmawiać z nią i czuć jej bliskość.
    Codziennie, każdego z tych trzech dni, jakie im zostały, czekał więc na nią po śniadaniu, obiedzie i kolacji, wczesnym popołudniem szli na spacer, on jej opowiadał o sztuce modernistycznej, znów o Toulouse-Lautrecu, lecz także o Gustavie Klimcie, Edvardzie Munchu i Alfonsie Musze, siedzieli na ławce w parku i profesor odważył się trzymać ją za rękę, tym bardziej że nie protestowała, w przeddzień wyjazdu powiedział do niej „kochanie”, zaś ona odwzajemniła mu się, nazywając go – nie wiadomo dlaczego – „króliczkiem”. Podczas tych trzech dni profesor Marzec nie wysłał ani jednego maila, nie zajrzał też ani razu do katalogów z reprodukcjami obrazów i wcale nie było mu z tym źle, co więcej – stwierdził, że czuje się szczęśliwy jak nigdy dotychczas.
   Jednak dzień odjazdu musiał nadejść i nadszedł, szybciej niż profesor przypuszczał, od rana czuł suchość w gardle i nie smakowało mu śniadanie, bo przecież nie wiedział, co z nimi dalej będzie, a nie chciał rozstawać się z Anitą, która mieszkała trzysta kilometrów od jego miasta. Tłumiąc lęk, by nie okazać słabości, spytał ją, czy się jeszcze spotkają, gdy już wyjadą z Buska, ona zaś natychmiast odparła, że oczywiście, zostawi mu przecież numer komórki, umówią się i on przyjedzie do niej albo ona do niego, na przykład na otwarcie wielkiej wystawy. I powiedziała to tak naturalnie, że profesorowi od razu zrobiło się lżej na duszy. Zapisał więc sobie jej numer i podał jej swój, tyle że telefonu stacjonarnego, ponieważ gdy trzy lata temu skradziono mu komórkę w tramwaju, całkowicie zrezygnował z używania telefonu komórkowego, a dla większej pewności na jego prośbę wymienili się także adresami mailowymi.
   Pożegnali się na dworcu, całując w policzki, i wzruszony profesor Marzec jednak czuł, mimo że bardzo się starał do tego nie dopuścić, iż wilgotnieją mu oczy. Jego autobus podjechał pierwszy, przez szybę widział, że Anita uśmiecha się i macha do niego ręką, również opowiedział jej czułym gestem, a kiedy samochód ruszył i po kilku chwilach zniknęła mu z pola widzenia, zamknął oczy, żeby pozostać z nią sam na sam.
    W dużym mieście, w swoim mieszkaniu w przedwojennej kamienicy, profesor Marzec niecierpliwie czekał nadejścia wieczoru, by zatelefonować do Anity, bo chociaż nie upłynęło osiem godzin od rozstania, już tęsknił za nią, za jej obecnością, bliskością i pragnął przynajmniej usłyszeć jej głos. Wybrał więc numer, jaki zapisała na kartce, przez moment w słuchawce była cisza, a potem usłyszał komunikat: „Wybrany numer nie istnieje”. Pomyślał, że na pewno w pośpiechu źle wystukał cyfry, sprawdził ponownie, czy się nie pomylił, ale wszystko było w porządku, najpierw zero, później numer, wybrał więc go jeszcze raz, jednak znowu usłyszał „Wybrany numer nie istnieje”. Nie rozumiał, o co chodzi, skąd ta pomyłka, powtórzył próbę, lecz ciągle słyszał ten straszny beznamiętny komunikat: „Wybrany numer nie istnieje” i przestał dopiero, gdy rozbolał go palec od stukania w klawiaturę telefonu. Zrozpaczony, ale nie zrezygnowany, zastanawiał się, co począć, wtedy przypomniał sobie o adresie mailowym, szybko podszedł do komputera, włączył go i napisał do niej list z błagalną prośbą o odpowiedź. Prośba jego została spełniona, odpowiedź otrzymał po minucie, tyle że nie przysłała jej Anita, był to list wysyłany automatycznie z serwera, z informacją, że podany adres jest błędny, w związku z czym maila nie można dostarczyć odbiorcy. Przeczytał jeszcze raz adres zapisany przez Anitę, upewnił się, że wpisał go poprawnie do skrzynki mailowej, lecz to nic nie pomogło, gdyż znów z serwera otrzymał zwrotną pocztę. W końcu się poddał, zrozumiał, że pozostaje mu jedynie czekać, aż to ona odezwie się do niego.
   Ale nie odezwała się wtedy ani nigdy później, nie zadzwoniła ani nie napisała najkrótszego listu, a gdy minęły cztery miesiące i profesor Marzec otwierał w swoim muzeum największą od  lat wystawę, na którą udało mu się ściągnąć dzieła Toulouse-Lautreca, Klimta, Muchy i innych modernistycznych mistrzów, patrząc na setki ludzi, które przyszły na wernisaż i nie dostrzegając w tym tłumie twarzy Anity, myślał, że Toulouse-Lautrec miał od niego więcej szczęścia, ponieważ nie doznał tak dużego rozczarowania, nie mówiąc o tym, że w przeciwieństwie do niego malarz dożył tylko trzydziestu czterech lat.
   A to, że rwa kluszowa po sanatoryjnym leczeniu przestała dokuczać, było dla profesora Marca nędznym pocieszeniem.

1 komentarz:

  1. hmm.... trochę średnio walentynkowe zakończenie;) niemniej czyta się świetnie!
    A biografia Toulouse-Lautreca znajduje się i w mojej domowej biblioteczce jako 14 tom Wielkich Biografii -i już wiem, że przesunę go w górę na liście pozycji oczekujących na przeczytanie:)
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń