czwartek, 15 sierpnia 2013

Kiedy Sławomir Mrożek przyjeżdżał do Kielc...


Sławomir Mrożek (1930-2013) przyjeżdżał do Kielc kilkakrotnie, zawsze okazją była premiera jego sztuki na scenie Teatru im. Żeromskiego. W połowie lat 90. była to „Miłość na Krymie” w reżyserii Piotra Szczerskiego, jedenaście lat później kielecki tatr wystawił „Wielebnych” w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza. W tym smutnym dniu przypominam swój artykuł „Toast z Mrożkiem”, który ukazał się w kieleckim „Słowie Ludu” w listopadzie 2005 r.    

Toast z Mrożkiem

Historia ze Sławomirem Mrożkiem w roli głównej powtarza się w kieleckim teatrze co jedenaście lat. Tyle bowiem czasu minęło między poprzednią a najświeższą wizytą w Kielcach słynnego dramaturga. Najważniejsze, że jest to historia z happy endem.
Gwoli ścisłości trzeba dodać, że po raz pierwszy Sławomir Mrożek odwiedził Kielce w latach pięćdziesiątych, gdy Teatrem im. Żeromskiego kierowało małżeństwo Byrskich. Była to wizyta ściśle prywatna, a Mrożek nie był jeszcze znanym pisarzem, prawdę mówiąc prawie nikt o nim wtedy nie słyszał. Co innego w roku 1994, gdy na kieleckiej scenie odbyła się premiera Mrożkowskiej „Miłości na Krymie” w reżyserii Piotra Szczerskiego. Mrożek przyjął zaproszenie i do Kielc przyjechał w glorii autora, którego sztuki wystawiane są na całym świecie. Na stałe mieszkał jeszcze Meksyku (wcześniej długie lata spędził w Paryżu), gdzie wraz z żoną Suzanne, Meksykanką, prowadził rancho, a wolnych chwilach pisał sztuki.

Premiera "Wielebnych"
Jak u siebie
Jedenaście lat temu, w maju 1994 roku, autor „Tanga” i „Policji” spędził w Kielcach trzy dni. Jak przyznał, zaraz po wejściu do budynku Teatru im. Żeromskiego, poczuł się jak u siebie. Obejrzał inscenizację „Miłość na Krymie”, następnego dnia spotkał się z kieleckim widzami, których przyszło tak wielu, że trzeba było dostawiać krzesła na widowni. Na koniec zwiedził miasto.
Podczas tamtej wizyty pisarz komplementował kieleckich aktorów, choć robił to w charakterystyczny dla siebie sposób, czyli bez nadmiaru słów. O reżyserze i wykonawcach powiedział, że są to „jego ludzie”. Jeszcze później do dyrektora Szczerskiego przysłał list, w którym napisał: „Potwierdziło się, że wasze przedstawienie jest mi bliskie i bliskie jest teatrowi. Ja nie wiem, co to jest teatr i wszystkie teoretyczne nauki na ten temat mnie nie zadowalają. Kieruję się wyczuciem i jemu wierzę”.  

A tutaj ja na zdjęciu z Mistrzem!
Sentyment zwyciężył
Chociaż dramaturg od dziewięciu lat mieszka już na stałe w Krakowie, w tym roku jego przyjazd do Kielc na premierę sztuki „Wielebni” wcale nie był pewny, gdyż pisarz ma ostatnio problemy zdrowotne. Sentyment do Kielc jednak zwyciężył. Mrożek razem żoną Suzanne w sobotni wieczór zjawił się przed budynkiem przy ulicy Sienkiewicza, a między pracownikami teatru przemknęło tylko jedno słowo: „Przyjechał!”. Zdenerwowanie było duże, do tego stopnia, że dyrektor Szczerski odstąpił od zwyczaju i nie zapowiedział spektaklu ze sceny ani nie powitał przy publiczności wyjątkowego gościa.
Wszystkim zależało na opinii Mrożka, lecz wszyscy też się jej obawiali: pisarz znany jest z powściągliwości, a jednocześnie dość surowo ocenia inscenizacje swoich utworów. A im bardziej reżyser ingeruje w tekst, tym bardziej jest to ostra ocena. Tymczasem w „Wielebnych” reżyser Grzegorz Chrapkiewicz dokonał pewnych cięć, skrócił na przykład finał. No i początek spektaklu też mógł autora zszokować, o czym zresztą wcześniej mówił Robert Leszczyński, który dobierał utwory muzyczne do przedstawienia: na ekranie, w rytm głośnej i ostrej muzyki, pojawiają się projekcje z brutalnych gier komputerowych. Tego nie było w tekście i tego Mrożek na pewno się nie spodziewał; akcja jego sztuki toczy się przecież na protestanckiej plebanii w prowincjonalnym amerykańskim miasteczku.

„Strasznie się denerwuję”
Tak więc spektakl trwał w najlepsze, ale reżyser Grzegorz Chrapkiewicz go nie oglądał. Chodził tylko po foyer tam i z powrotem. - Strasznie się denerwuję - powtarzał. Aktorom w pierwszych scenach również towarzyszyła trema, choć na szczęście szybko ją opanowali. Napięcie i niepewność jednak rosły, zwłaszcza że podczas przerwy Mrożek nie dał po sobie poznać, co sądzi o kieleckim przedstawieniu. Dopiero po zakończeniu, gdy wyszedł na scenę, by razem z reżyserem i aktorami przyjąć owacje od publiczności, widać było, że nie jest źle. Nieco później, pytany przez dziennikarzy, czy mu się spektakl podoba, odparł krótko:  „Bardzo”. Dłuższych wypowiedzi nie udzielał, ponieważ miał przeziębione gardło i nie mógł głośno mówić. Bardziej rozmowna była za to jego małżonka, która cztery lata wcześniej oglądała także inscenizację „Wielebnych” w reżyserii Jerzego Stuhra w krakowskim Starym Teatrze. Miała więc porównanie. - Przedstawienie w Kielcach jest bardziej nowoczesne. Aktorzy zagrali po mistrzowsku - przyznała pani Suzanne Mrożek.  
Toast z reżyserem Grzegorzem Chrapkiewiczem


Nowe życie reżysera
Sam autor więcej powiedział na bankiecie z udziałem osób zaangażowanych w przygotowanie widowiska i, rzecz jasna, z udziałem licznych widzów. Za pośrednictwem Piotra Szczerskiego przekazał chyba najprzyjemniejszy z komplementów: - To przedstawienie jest najlepsze w moim życiu i zawsze będę o nim pamiętał.
Po czym wzniósł toast lampką wina. I wszyscy odetchnęli z ulgą, a reżyser promieniał ze szczęścia. - Usłyszeć taki komplement z ust Mrożka... Od jutra zaczynam nowe życie – zapowiedział Grzegorz Chrapkiewicz.
To był bardzo sympatyczny wieczór w Teatrze im. Żeromskiego, jeden z tych, do których będzie się wracać przez lata. Tym bardziej sympatyczny, że na premierę nie przyszli politycy, a nawet jeśli byli, to nie rzucali się w oczy. I wygrani, i przegrani nie muszą na razie zabiegać o względy wyborców i pokazywać się w takich miejscach jak teatr. A może się czegoś obawiali? W końcu powiedzenie „jak u Mrożka” nie kojarzy się najlepiej. Zwłaszcza w polityce.

GRZEGORZ KOZERA

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz