wtorek, 3 września 2013

Niepublikowany wywiad z Jarosławem Śmietaną

|Jarosław Śmietana  (Fot. Henryk Kotowski/ Wikipedia.pl)

Zmarł Jarosław Śmietana, wybitny gitarzysta jazzowy. W 2008 roku spotkałem się z Nim kilkakrotnie w jego pracowni przy ul. Kraszewskiego w Krakowie. Rozmawialiśmy o wydaniu Jego płyty przez Ferment. Do realizacji projektu ostatecznie nie doszło, ale z tych spotkań pozostał mi – nigdy niepublikowany – wywiad, jaki przeprowadziłem z gitarzystą. Tekst nie był autoryzowany przez Artystę.

Grzegorz Kozera: Co było pierwsze: jazz czy gitara?
Jarosław Śmietana: Gitara. Pochodzę z pokolenia, które jest na styku muzyki jazzowej i rockowej, albo inaczej: funkcję muzyki pop od jazzu przejęła muzyka rockowa. Jazz w latach czterdziestych i pięćdziesiątych był muzyką pop, spełniał jej rolę, nie było innej alternatywy. Ja należę do pokolenia lat sześćdziesiątych. Byłem malusieńkim chłopcem, ale przeżyłem ten boom Betlesów, Rolling Stonsów, Led Zeppelinów, Hendriksa i dopiero po Hendriksie, usłyszawszy nagrania Milesa Davisa zainteresowałem się jazzem. Jako chłopak, który chodził do szkoły muzycznej i grał utwory bardziej zaawansowane niż przeciętny zjadacz chleba, zainteresowałem się jazzem i on mnie wciągnął niesamowicie. To było w roku 1970, nie miałem jeszcze dwudziestu lat. W tym roku byłem już gitarzystą, grałem Hendriksa i obowiązujący repertuar muzyki soul, B.B. Kinga, Erica Claptona, słuchałem Johna Mayalla i w młodzieżowych zespołach licealno-podwórkowych grywaliśmy repertuar progresywny: rocka albo bluesa. Od tego zacząłem. Dopiero jak usłyszałem płytę Davisa „Bitches Brew” to w ciągu sekundy straciłem całe zainteresowanie rockiem i bluesem i powiedziałem sobie, że jazz to jest muzyka, która mnie interesuje i której poświęcę całe życie, więc muszę nadrobić stracone lata, żeby stać się muzykiem jazzowym.

Nie kusiło Pana, żeby zostać rockowym idolem, chłopakiem z gitarą, na którego lecą dziewczyny?
Ja doceniam energię i witalność rocka, doceniam to, co wniósł do muzyki – ekspresję i witalność i pewnego rodzaju cios, ale dla mnie nie jest to do końca zjawisko muzyczne, bardziej socjologiczne. Zawsze mnie denerwowało, że krytycy, którzy piszą o muzyce, analizują teksty, co on tam chciał powiedzieć, a trzeba sobie jasno powiedzieć, że wiele tekstów w piosenkach rockowych jest żenująco banalnych, więc to mnie zawsze śmieszyło. Rock to bardziej bunt niż wartości muzyczne, bo pominąwszy może niektóre kompozycje Beatlesów i Hendriksa, które są na pograniczu geniuszu, to wiele rzeczy jest wręcz prymitywnych. Jak to zrozumiałem, to w ogóle przestało mnie interesować, bo pomyślałem sobie, że w muzyce chodzi przecież o muzykę i trzeba walczyć o przekaz muzyczny. Przekaz semantyczny zostawiłbym poetom, byli tacy jak Bob Dylan, późniejsze teksty Lennona są znakomite, ale przerażającą większość tekstów piosenek rockowych to są banały na żenująco niskim poziomie, a robiono z tego Bóg wie jaka filozofię. A muzycznie tam były dwa albo trzy akordy. Później nastąpiła finezja, czego przykładem Led Zeppelin. Ale to są wyjątki.
Ja kocham poezję, ale z muzyką musi być połączona z potrzeby, tak jak to zrobił Niemen z Norwidem, czy jak to robili Grechuta czy Zygmunt Konieczny. To było wspaniałe, ale też rzadkie. Dlatego skupiłem się na muzyce i musiałem wybrać, czy będę chłopakiem z gitarą, który całe życie, także na starość, chodzi w skórzanej kurtce. Mnie jednak chodzi o muzykę w muzyce i poezję w poezji. Ja się obraziłem na muzykę instrumentalno-wokalną, przez dwadzieścia kilka lat zajmowałem się tylko muzyką instrumentalna, tylko czystą muzyką. Jeśli jest to wielka muzyka – jak się słucha Prokofiewa czy Strawinskiego, to nie potrzeba tekstu, tak samo gdy się słucha Milesa czy Coltraine’a, jest to tak przejmujący ładunek ekspresji, że nie musi wspierać się głupawym tekstem.

Pierwsza gitara?
Kupiła mi ją babcia, ona widziała moją pasję i straszną chęć grania, rodzice zdecydowanie odmówili.

A chcieli, żeby kim Pan był?
Inżynierem, to było zaplanowane konsekwentnie. Mój ojciec był inżynierem, wspaniały człowiek, później, jak zobaczył, że moja pasja jest nie do przejednania, stał się moim wielkim fanem i przyjacielem w poczynaniach muzycznych, wielkim orędownikiem. Ale wcześniej był bardzo przeciwny. Zmuszono mnie do studiowania na Politechnice Krakowskiej, gdzie byłem trzy semestry. Kończąc średnią szkołę muzyczną studiowałem już na Politechnice, bo ojciec nie wyobrażał sobie, że mogę iść w innym kierunku. Jego podejście zmieniło się dopiero, gdy zrezygnowałem po trzech semestrach, w momencie gdy zdałem egzamin i zostałem przyjęty do Akademii Muzycznej w Katowicach. Czyli była ciągłość wyższego kształcenia i to była jedyna droga, by załagodzić konflikt rodzinny, bo nie mogłem rzucić studiów i nic nie robić. Z duszą na ramieniu zdawałem ten egzamin do Katowic, ze stu kandydatów przyjęto tylko dziewięć osób, w tym mnie, więc byłem szczęśliwy, że zostałem przyjęty na wydział jazzu. Wtedy z pełna świadomością zrezygnowałem z politechniki, co i tak było ciosem dla mojej rodziny, ale musieli to zaakceptować. Pomyślałem sobie, że jak mam być nieszczęśliwym inżynierem, choćby na ustabilizowanej posadzie, to wolę być nieustabilizowanym szczęśliwym muzykiem. A studiowałem na kierunku zapory wodne.


A ta pierwsza gitara?
Zwykła, akustyczna gitarka, kupiona w Domu Towarowym za ówczesne 500 zł, byle jaka, ale była, bo wcześniej nie miałem żadnego instrumentu. Nie nadawała się do nawet półprofesjonalnego grania, tylko do brzdąkania, ale miałem na czym ćwiczyć. Później następny instrument musiałem sobie kupić sam. Ale gdy moje granie stało się oficjalne, musze przyznać, że rodzice bardzo mnie popierali, głównie ojciec. Na początku jednak była to walka – do momentu pojawienia się namacalnego dowodu w postaci zdania egzaminów na studiów.
Pierwszą gitarę elektryczną zrobiłem sobie sam. Czeska gitara Yolana w komisie krakowskim kosztowała wtedy 3-4 tysiące złotych, co było miesięczną pensją mojego ojca, który nie mógł sobie na to pozwolić, zresztą, nawet gdyby mógł, to też by mi jej nie kupił. Mnie zaś może po roku grania na koncertach stać by było, by ja sobie kupić. Wystawałem godzinami przed wystawą komisu patrząc się w yolanę i oglądając jej szczegóły. To było dla mnie nieosiągalne marzenie, które trudno dzisiaj z czymkolwiek porównać. Z desperacji zacząłem z przyjacielem budować taką gitarę, nieudolnie oczywiście, ale zbudowałem ją w końcu i nawet na niej grałem. To była kopia gitary Gibson Les Paul, o której marzyłem bardzo, jaka ta kopia była, taka była. Pół roku trwała ta budowa, wyrzynaliśmy z kumplem, malowali, nabijali przystawki i progi, ale końcu miałem ten instrument. Potem były półamatorskie gitary, zaczęliśmy grać i zarabiać pieniądze w klubach. Przez lata grałem na pożyczonych gitarach.

Teraz ile ma Pan gitar?
Teraz? Zapraszam do drugiego pokoju
(Idziemy do pokoju, gdzie w dwóch rzędach stoi obok siebie kilkanaście gitar elektrycznych i akustycznych, wszystkie najlepszych marek, od Gibsona, Fendera po Yamahę i Höfnera. Jarek Śmietana pokazuje też instrumenty schowane w szafach i różnych półkach. Liczymy, ze w sumie jest ich 35).

Ma Pan ulubioną, przy takiej liczbie może być trudne?
Staram się je traktować, tak jak rodzice traktują dzieci, równorzędnie. To nie są instrumenty, które kupowałem po to, żeby wzbogacić kolekcję – to jest całe moje życie, 35 lat na profesjonalnej scenie jestem, średnio wychodzi jeden instrument na rok i z każdym jestem związanym, na każdym coś nagrałem. Gdy byłem bardzo młody, po dwóch i pół latach oszczędzania przy pracy w Niemczech, udało się kupić gitarę Les Paul, jedną z pierwszych w Polsce. To był rok 1972. Wycieczki przychodziły do mnie oglądać tego Les Paula. Raz przyjechał człowiek ze Szczecina. Cała noc jechał pociągiem do Krakowa, żeby pół godziny posiedzieć i pooglądać te gitarę. Kosztowała wtedy majątek, 1600 dolarów. W tej chwili to brzmi realnie, ale wtedy... Pięć lat przeciętnej pensji polskiej. Oszczędzałem do tego stopnia, że nawet herbaty sobie odmawiałem. Miałem szczęście, bo dostałem prace w orkiestrze enerdowskiej, jak mnie usłyszał lider tej orkiestry w Krakowie, to mi zaproponował współpracę i z nimi przez dwa i pół roku zarobiłem na tego Les Paula. Gdzieś tam, jak już wiedziałem, że chcę być stricte jazzowym gitarzystą, zdecydowałem, że muszę mieć pudło Gibsona, więc sprzedałem też gitarę i do tej pory nie mogę odżałować. Minęło 35 lat i ja ciągle żałuję, że tę pierwszą gitarę, na którą tak ciężko pracowałem, musiałem sprzedać. Już więcej tego błędu nie popełniłem, dlatego tak dużo się ich uzbierało. Jak już kupowałem jakąś gitarę, bo mi była potrzebna do pracy, to robiłem wszystko, żeby została ze mną. Żebym nie musiał cierpieć, jak z powodu tej pierwszej gitary. Ta gitara jest gdzieś w Rosji i jest już nie do odzyskania.

Próbował Pan zdefiniować jazz?

Każdy oczekuje tej definicji, ale tego się nie da zdefiniować jednym zdaniem, równie dobrze można by zapytać o definicję muzyki poważnej.

W taki razie, co jest w jazzie dla Pana najważniejsze?
Specyficzne poczucie czasu, czego nie ofiarowuje żadna muzyka, tylko jazz.

Na czym to polega?
To jest trudne do opisania. Nie chodzi o to, że ma być równo. Są sprzecnzości. Jeśli ktos gra bardzo zrelaksowanie, z tyłu całości, to zazwyczaj, w większości wykonań różnych gatunków muzycznych, ma się wrażenie, że jest w tym mało energii, że jest to muzyka, która się wlecze. Natomiast w jazzie najwybitniejsi artyści jazzowi grają w zrelaksowany sposób, a potrafią zachować energie typową dla muzyki granej „z przodem”, granej z ciosem. Czyli dwie rzeczy sprzeczne ze sobą: z jednej strony relaks i luz, takie granie z tyłu, z drugiej – olbrzymi power i cios. Tylko najwięksi artyści to potrafią. To jest właśnie charakterystyczne dla dobrych wykonań jazzowych. Nie jest sztuka grać „z ciosem”, jeśli się gra głośno i „do przodu”, jest sztuka grać z ciosem, grając zrelaksowanie i spokojnie. To jest prawdziwa sztuka w jazzie i to jest prawdziwy jazz, granie zrelaksowane i zarazem energetyczne, połączenie wody z ogniem, coś, co się pozornie wydaje niemożliwe. Tutaj bardzo jazz zbliża się do muzyki poważnej, najwięksi muzycy i największe orkiestry światowe grają zrelaksowanie a z ciosem, grają jak kapele rockowe, na akustycznych instrumentach, a mają takie uderzenie.... Filharmonicy berlińscy, gdy grają Beethovena, to na koncercie ma się wrażenia podobne jak podczas występu Rolling Stonesów. Zresztą Stonesi też przez lata nabrali takiej ogłady, że oni nie muszą grać strasznie głośno, żeby mieć sound i cios. I ja to nazywam jazzem. Jazz to wniósł do muzyki, wcześniej tego nie było, muzyka była sztywna, a jazz wniósł czas. Czas to jest jazz.

Jazz w Europie nie jest tak popularny jak w Polsce, przynajmniej jeśli mierzyć liczbą sprzedawanych płyt. Co takiego jest w kraju nad Wisłą, że więcej ludzi słucha jazzu niż gdzie indziej? Że był zakazany?
Na pewno tak. Jazz zawsze był kojarzony z wolnością i dlatego zawsze było większe zainteresowanie u nas niż w jakimkolwiek innym kraju. Jazzmani byli utożsamiani z wolnością, powiewem świeżego powietrza, traktowaniem życia inaczej niż w przaśnej komunie. A oprócz tego przez lata wyrobiła się pewna publiczność, która ceni sobie jazz. Bo tak naprawdę to jest to muzyka najlepsza jaka jest, jeśli jest grana na najwyższym poziomie. Jazzowi zaszkodziło bardzo dużo średnich albo słabych wykonawców, którzy pod hasłem jazz produkowali i sprzedawali rzeczy mierne i nudne, czasami bełkotliwe. Prawdziwy jazz zawiera sobie wszystkie elementy, dla mnie jazzem jest Zimmerman czy Ivo Pogorlić grający Chopina czy Nigel Kennedy grający koncert Chryslera czy Edgara. Zespół Carlosa Santany, a także pierwsze trzy płyty Led Zeppelin. Jazzmanem był Jimi Hendrix. Ich muzyka ma wspaniałą przestrzeń, elementy improwizacji, specyficzny swing, są otwarte i kreatywne. Tak więc słowo „jazz” rozszerzyłbym na kreatywność z dobrym poczuciem czasu.

Jest cała plejada znakomitych jazzmanów, z którym Pan współpracował. Z którym muzykiem Pan nie zagrał, a chciałby
?
Nigdy nie miałem okazji, choć już było blisko, żeby zagrać z wybitnym pianistą Herbie Hancockiem. Miał zagrać na mojej płycie „Ballads And Other Songs”, ale menedżerskie układy spowodowały, że nie udało nam się terminów odpasować. Po śmierci Milesa Davisa i Joe Zawinula, który w zeszłym roku zmarł, to jeden z najważniejszych najważniejszych muzyków na scenie artystycznej, która mnie interesuje. Zresztą, to jest człowiek bliski mi pod każdym względem. Nie znaczy to, że ja się zbliżam do jego poziomu, ale doskonale rozumiem to, co robi i wszystkie jego poczynania artystyczne są dla mnie przekonujące

Jazz, rock, blues, hip hop, orkiestra symfoniczna. Które rejony muzyczne, które chętnie by pan odwiedził?
Są na pewno dziedziny muzyki, które mnie nie interesują, nie dlatego, żebym je lekceważył, ale nie czuję się z nimi związany. Np. country – nigdy nie miałem nic wspólnego, to nie jest nasza kultura. Współpracowałem z orkiestrami symfonicznymi, ale nie grałem nigdy stricte muzyki klasycznej. Uważam, że nie za bardzo można, trzeba się na coś zdecydował. Ja kocham muzykę klasyczna i lubię ją łączyć z jazzem. Nie grałem też jazzu tradycyjnego. Tych gatunków nie tknąłem i chyba nie będę tykał.

Co pan bardziej lubi: grać koncerty czy pracować w studio?
Wolę koncert. Wszyscy z moich znajomych i przyjaciół twierdzą, że ja na koncertach dostaję ekstra skrzydeł. Ja to kocham, lubię reakcje i interakcje z publicznością, dla mnie jest ważne, kto przychodzi na koncert, czy ludzie mnie słuchają czy rozmawiają. Nie lubię koncertów, na których publiczność rozmawia. Rzadko to się zdarza na szczęście, ale jeśli się zdarzy, to potrafię przerwać koncert i poprosić, żeby się skupili, albo poszli na dyskotekę. Jeśli mam te interakcje, to od razu gram na innym poziomie. Także podczas nagrań w studiu staram się, żeby byli jacyś ludzie i słuchali mnie, bo wtedy mam wrażenie, że gram dla nich i gram lepiej niż gdybym był sam w czterech ścianach studyjnych.

Sławek Wierzcholski powiedział, że dobrze Pan śpiewa. Będzie Pan śpiewał? Na „Polish Standards” pierwsza próba już jest, co prawda przez wokoder, ale zawsze. Dobre pytanie, skąd pan to wie, bo ja właśnie planuję coś takiego, przymierzam się do tego dość skrupulatnie, gdyż nie chciałbym, żeby to było zrobione słabo. Uważam, że jeśli już się śpiewa, to trzeba to zrobić porządnie. Pośpiewuję sobie oczywiście jak każdy muzyk, niektórzy muzycy są odważniejsi w tej sprawie, niektórzy mniej, ja do tej pory się nie odważyłem, ale mnie korci. Tak że pytanie jest dobre i niewykluczone, że coś takiego się ukaże.

Fot. Henryk Kotowski/ Wikipedia.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz