poniedziałek, 20 czerwca 2016

Dziecinny wierszyk nie dla dzieci

Stroszą piórka i czuprynki,
Podkładają innym świnki,
Stroją bardzo groźne minki
Zwykłe gnojki skurwysynki.

Szydzą z biednej starowinki,
Lżą chłopaków i dziewczynki,
Truchłem żywią się padlinki
Marne gnojki skurwysynki.

Rozsiewają złe nowinki,
Zastawiają wnyków linki,
Tną szczebelki u drabinki
Małe gnojki skurwysynki.

Żeby nie odczuwać winki,
Klepią co dzień cne godzinki,
Ale  brzydkie ich uczynki,
Bo to gnojki skurwysynki!

niedziela, 12 czerwca 2016

„Szalbierz” – świetna premiera w Żeromskim

Paweł Sanakiewicz (fot. Klaudyna Schubert dla Teatru im. Żeromskiego)
Ucieszyłem się, gdy dowiedziałem dwa tygodnie temu, że Teatr im. Żeromskiego zamierza wystawić „Szalbierza” – sztukę węgierskiego pisarza György Spiró. Ucieszyłem się, bo po pierwsze utwór Spiró jest znakomity (pamiętam telewizyjną inscenizację z Tadeuszem Łomnickim), a po drugie (niech mi ten prywatny wtręt będzie darowany) – trzy tygodnie wcześniej miałem przyjemność poznać osobiście autora.

Głównym bohaterem „Szalbierza”, sztuki z 1983 roku,  jest Wojciech Bogusławski, uważany za ojca polskiego teatru. Jest rok 1815, Bogusławski przyjeżdża do Wilna, gdzie w tamtejszym, bankrutującym teatrze ma wystąpić w napisanej przez siebie operze. Na miejscu okazuje się, że kontrakt jest nieaktualny, za kilka godzin odbędzie się premiera „Tartuffe’a” Moliera, na której pojawi się carski gubernator, a Bogusławski ma zagrać tytułową postać. Po gwałtownych targach dochodzi do porozumienia,  mistrz zgadza się wystąpić za odpowiednią gażę. Rozpoczynają się gorączkowe przygotowania do spektaklu…     

Przedstawienie w reżyserii Pawła Aignera nie zawiodło moich oczekiwań. Tak jak w oryginale, mamy tutaj „teatr w teatrze”, ale obserwujemy także wyrafinowaną  grę, jaką Bogusławski prowadzi z reżyserem, aktorami, gubernatorem. To mądry, aluzyjny spektakl o ludziach sceny, teatrze i jego związkach z polityką, zarazem z dużą dozą autoironii – Wilno zostało zastąpione przez Kielce.

Główną rolę powierzono Pawłowi Sanakiewiczowi i był to doskonały pomysł obsadowy. Występujący gościnnie aktor krakowskiej Bagateli pokazuje całą złożoność i niejednoznaczność postaci Bogusławskiego. W jego ujęciu stary mistrz jest chciwy, cyniczny, wyrachowany, ale też inteligentny i przebiegły. Sanakiewiczowi partneruje na scenie aż siedemnastu aktorów, z tego grona wyróżniłbym Beatę Pszeniczną (Kamińska), Mirosława Bielińskiego (dyrektor Każyński) i debiutanta Kacpra Sasina (Rybak).        

Na koniec powtórzę jeszcze to, co już napisałem na portalu społecznościowym: w mojej ocenie „Szalbierz” to najlepszy spektakl na kieleckiej scenie od ponad dwóch lat, czyli od inscenizacji „Jakisia i Pupcze”. Gratuluję dyrektorowi kieleckiego teatru Michałowi Kotańskiemu, że zdecydował się na tę premierę. Idźcie na „Szalbierza”, nie zawiedziecie się! 

György Spiró: „Szalbierz”, tłumaczenie Mieczysław Dobrowolny. Teatr im. Żeromskiego w Kielcach, reżyseria – Paweł Aigner, scenografia – Magdalena Gajewska, kostiumy – Zofia de Ines, muzyka – Piotr Klimek. Premiera 11 czerwca 2016 r.

poniedziałek, 16 maja 2016

Ponownie w Czechach

Po blisko dwuletniej przerwie znów odwiedziłem Pragę. I Czeski Krumlow – w tym pięknym średniowiecznym mieście na południu Czech byłem po raz pierwszy. Zobaczcie kilka zdjęć, które tam zrobiłem.
Na tle panoramy Krumlova
Widok na krumlowski zamek
To też Krumlov
Widok na miasto z zamku
A to już Praga i dzielnica Žižkov
Pomnik Jaroslava Haška
Pomnik Jana Žižki na górze Vitkov
Swoją ulicę na Žižkovie ma urodzony tutaj noblista, poeta Jaroslav Seifert
Za mną - mur Lennona na Malej Stranie

niedziela, 10 kwietnia 2016

„Solfatara”, czyli powieść jak wulkan


„Solfatara” to imponująca powieść, która na pewno się spodoba miłośnikom „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego. Oba utwory łączy podobny klimat i do pewnego stopnia podobna szkatułkowa  konstrukcja, przy czym zaznaczmy, że dzieło Macieja Hena to utwór oryginalny i niezwykły, niezależnie od konotacji w „Rękopisem”.

Napisana z rozmachem (ponad 900 stron!) historia rozgrywa się w Neapolu w ciągu 10 dni 1647 roku. Opowiada nam ją Fortunato Petrelli, redaktor i wydawca gazety „Wiadomości Neapolitańskie”, inaczej mówiąc – jeden z pierwszych redaktorów i reporterów. W mieście wybucha bunt mieszkańców przeciwko hiszpańskiej władzy (Królestwo Neapolu podlegało wówczas Hiszpanii), władzę przejmuje lud. Na czele rewolty staje rybak Masaniello (postać autentyczna), człowiek niezrównoważony psychicznie. W mieście dochodzi do morderstw i rabunków, których ofiarami padają przede wszystkim arystokraci. Ale zginąć właściwie może każdy…  W tych niespokojnych czasach, czując zagrożenie, Fortunato postanawia spisać swoje życie, przy okazji wyjaśniając – często mroczne – tajemnice z przeszłości.

Jest w tej książce wszystko, czego się oczekuje od dobrej literatury: intrygujące historie, miłość i zbrodnia, znakomity język – stylizowana na archaiczną polszczyznę. Imponuje też erudycja Hena, świetna orientacja w realiach epoki, znajomość ówczesnej muzyki i malarstwa. Na kartach „Solfatary” pojawią się dziesiątki postaci – większość z nich jest autentyczna. Mamy więc piękne księżniczki, ludzi szlachetnie urodzonych, zwykłych mieszczan i plebs, w tym kurtyzany, do których główny bohater ma słabość. Są też artyści, przede wszystkim muzycy i malarze, a sam Fortunato to utalentowany lutnista. Wreszcie – jest jeden Polak, szlachcic nazwiskiem Stefan Ligęza. Maciej Hen „pożyczył” go z powieści Józefa Hena „Crimen”. Za zgodą ojca, bo Maciej jest synem Józefa. 

Na koniec wyjaśnijmy tytuł – Solfatara to uśpiony wulkan w pobliżu Neapolu, mniej znany od Wezuwiusza, ale dla utworu Hena dużo ważniejszy. Według mitologicznych miało się tu znajdować wejście do Hadesu, później ludzie zaczęli wierzyć (i wierzą do dzisiaj), że pobyt w tym miejscu dobrze wpływa na potencję, wyzwala namiętność. A namiętność zdaje się być kluczem do zrozumienia wybitnej powieści Hena.            

Maciej Hen: „Solfatara”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015, s. 917.

Recenzja ukazała się również w Oknie Literatura

piątek, 8 kwietnia 2016

Co jest pewne


Pewna jest tylko śmierć i, jak mówią, pewne są podatki,
ale przecież kilka innych rzeczy też jest pewnych na tym świecie.
Pewne jest, że przed pewną śmiercią nie zdążysz
przeczytać wszystkich dobrych książek,
które chciałbyś przeczytać, i wszystkich filmów,
mądrych i zabawnych, także nie obejrzysz.
Nie pojedziesz do wszystkich najlepszych miejsc, o których istnieniu wiesz,
ani nie zwiedzisz tych wszystkich wspaniałych muzeów,
gdzie geniusz jest oprawiony w ramy, zaklęty w marmur.
Nie zdążysz wysłuchać całej muzyki, którą napisano na chwałę Boga
i dla radości człowieka, a więc dla twojej radości również .
Nie poznasz wszystkich pięknych kobiet, które są w twoim zasięgu,
nie zdążysz nawet wyśnić wszystkich snów o nich, to pewne.
Nie pomożesz wszystkim bezdomnym psom ani kotom, których ci żal,
i wszyscy inni także będą musieli sobie poradzić bez ciebie.
Wierząc w drugie lub trzecie życie możesz dać sobie nadzieję,
że kiedyś ci się to uda, że zdążysz, jednak nie ma w tym grama pewności,
więc na wszelki wypadek nie licz na wiele, nie licz na wiele.
Niech wystarczy ci kilka chwil. Są wszystkim, co tutaj dostaniesz,
to pewne.

2016

piątek, 18 marca 2016

Fragment „Hotelu” w magazynie „Pocisk”

W drugim, marcowym numerze Magazynu Literacko-Kryminalnego „Pocisk” został zamieszczony fragment mojej powieści  „Co się zdarzyło w hotelu Gold”.   

W numerze m.in. opowiadanie Katarzyny Puzyńskiej, wywiad z Katarzyną Bondą, felieton Łukasza Orbitowskiego i prawdziwe historie kryminalne.


poniedziałek, 7 marca 2016

Dwie dobre wiadomości


To był dla mnie dobry dzień za sprawą dwóch wiadomości. Najpierw dowiedziałem się, że Radio Kielce na początku maja wystartuje z cyklem słuchowisk zrealizowanych na podstawie mojej powieści kryminalnej „Co się zdarzyło w hotelu Gold”.

A wieczorem dowiedziałem się, że „Króliki Pana Boga” są na liście książek zakwalifikowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus. Lista jest długa (70 tytułów), a ja jestem realistą, więc spokojnie do tego podchodzę. Dwa lata temu na podobnej liście znalazła się inna moja powieść „Berlin, późne lato”. No ale wiadomość i tak jest przyjemna.    

sobota, 5 marca 2016

„Wszyscy chcą żyć” – premiera w Teatrze im. Żeromskiego

Odtwórca głównej roli Krzysztof Grabowski
(fot. Aleksandra Rybak/ Teatr im. Żeromskiego)
Hanocha Levina kielecka publiczność poznała przed dwoma laty, gdy Piotr Szczerski wystawił w Teatrze im. Żeromskiego znakomitą sztukę „Jakiś i Pupcze”. Sama inscenizacja też była wspaniała. Szczerski przymierzał się również do realizacji innego utworu izraelskiego dramaturga „Wszyscy chcą żyć”. Śmierć mu to uniemożliwiła, więc reżyserii podjął się Dawid Żłobiński, kielecki aktor, ale też asystent Szczerskiego przy kilku spektaklach.

Żłobiński, który w „Jakisiu i Pupcze” grał jedną z dwóch tytułowych postaci, czuje Levina. A nie jest to autor łatwy do zagrania . W jego dramatach styl wysoki miesza się z niskim, absurd z realizmem, błyskotliwe myśli z dosadnością, wesołość z okrucieństwem. Nie inaczej jest we „Wszyscy chcą żyć”, gdzie akcja przypomina karuzelę z lunaparku – tutaj zresztą, wraz z łóżkiem bohatera,  to główny element scenografii. 

Levin pisał smutne komedie, „Wszyscy chcą żyć” jest nawet bardzo smutna. Nie pamiętam, kiedy w teatrze happy end tak mną wstrząsnął. Opowieść o hrabim szukającym człowieka, który zgodziłby się za niego umrzeć, jest rozpisana na osiemnastu wykonawców, przy czym ciężar przedstawienia dźwiga na swoich barkach jeden aktor – Krzysztof Grabowski, grający właśnie hrabiego Poznę. Pozostałym aktorom pozostały w udziale przede wszystkim dopełniające epizody, choć kilka osób warto wyróżnić: Beatę Wojciechowską (żona Poznabuchna), Teresę Bielińską i Janusza Głogowskiego (rodzice Pozny), Edwarda Janaszka (Gulgelewicz), Mirosława Bielińskiego (Jach Śmierciciecki) czy Andrzeja Platę (Anioł Wybawca). 

Gra zespołowa może się więc podobać, podobnie inscenizacja, choć z małymi wyjątkami. Np. pomysł z kiełbasą, będącą substytutem łatwo się domyślić czego, reżyser mógł sobie darować. Ale jako całość spektakl jest jak najbardziej ok. Ja lubię takie, Levinowskie klimaty. Świetną robotę wykonuje też zespół klezmerski Tempero z Krakowa – i muzyka, i sami muzycy są ważną częścią tego udanego przedstawienia.          

Hanoch Levin: „Wszyscy chcą żyć”. Przekład Agnieszka Olek. Reżyseria – Dawid Żłobiński, scenografia i kostiumy Hanna Szymczak, oprawa muzyczna – zespół Tempero, reżyseria światła – Damian Pawella, asystent reżysera – Dagna Dywicka. Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, premiera 5 marca 2016 r.
Teresa Bielińska i Janusz Głogowski
(fot. Aleksandra Rybak/ Teatr. im. Żeromskiego)
     
     

niedziela, 21 lutego 2016

Barwne średniowiecze

Karol Wielki trzymał pod poduszką woskową tabliczkę, żeby coś na niej nabazgrać, gdy zmagał się z bezsennością. Pisać jednak praktycznie nie umiał i jak zauważa angielski historyk Michael Prestwich, była to jedna z jego niewielu wad. Potrafił za to pływać, co w VIII wieku należało do rzadkich umiejętności.

Z kolei pierwszą – po starożytnych – autorką sztuk teatralnych była siostra zakonna  Rozwita z Gandersheim, która napisała m.in. „Thais”, utwór o nawróconej prostytutce.

Zafrapowała mnie również postać Villarda de Honnecourta. O nim wprawdzie nic wiadomo, ale zostawił po sobie intrygujący szkicownik z niezwykłymi rysunkami budynków, zwierząt i maszyn. Niektórzy porównują autora do Leonarda, mimo że na podstawie zachowanych rysunków nie da się zrekonstruować większości dziwnych maszyn. 

To tylko niektórzy bohaterowie „Ludzi średniowiecza. Barwnych żywotów z odległej przeszłości”. Pięknie wydana książka Prestwicha (ponad 170 kolorowych ilustracji) pokazuje, jak bogate w kulturę i wydarzenia były czasy pomiędzy 800 a 1500 rokiem. Prestwich to człowiek Zachodu, więc w swoich esejach pokazuje przede wszystkim twórców, naukowców i władców działających w Zachodniej Europie, ale też ze Skandynawii,  Azji i krajów arabskich.

Nasz krąg kulturowy reprezentuje Jan Żiżka, ociemniały przywódca husytów. Nikogo z Polski jednak nie ma (Kopernik się nie załapał rocznikowo na opisywany okres) i jest jedyna wada „Ludzi średniowiecza”, jeśli w ogóle o wadzie można w tym przypadku mówić.       

Michael Prestwich, „Ludzie średniowiecza. Barwne żywoty z odległej przeszłości”. Przełożone przez Tomasza Hornowskiego , Rebis, Poznań 2015, s. 288

Recenzja ukazała się również na portalu Okno Literatura