niedziela, 17 września 2017

Odwiedziny w Słupsku

14 września na zaproszenie wydawnictwa Dobra Literatura gościłem w Słupsku, gdzie miałem spotkanie autorskie w ramach Bałtyckich Klimatów Literackich, organizowanych przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Słupsku, przy współudziale Biblioteki w Ustce.

To był bardzo intensywny dzień.  Udzieliłem trzech wywiadów: dla Radia Słupsk, „Głosu Pomorza” (tutaj można zobaczyć wideorozmowę) oraz Telewizji Słupsk.  Razem z Agą Brzezińską (szefowa DL) i Izą Żurawską (pracuje w DL) zwiedziłem Muzeum Pomorza Środkowego, czyli zamek książąt pomorskich, gdzie oprócz cennych pamiątek historycznych znajduje się największa na świecie kolekcja obrazów i rysunków Witkacego. Pojechaliśmy też do Ustki, żebym przez chwilę mógł po dziesięciu latach znowu zobaczyć Bałtyk.

A potem odbyło spotkanie autorskie w kawiarni Kafeina, prowadzone przez Piotra Michalaka, od razu powiem – bardzo miłe dla mnie spotkanie z Czytelnikami. Rozmawialiśmy m.in. o mojej najnowszej powieści „Noc w Berlinie”, która wyjdzie wiosną 2018 r., a także o „Berlin, późne lato” i „Królikach Pana Boga”. 

Słupsk jest pięknym, zabytkowym miastem, ale i tak najcieplej będę wspominał spotkania z ludźmi. Poznałem wreszcie osobiście Ilonę Gostyńską-Rymkiewicz, która projektuje okładki do moich powieści. Cieszę się, że mogłem spotkać Danutę Srokę, dyrektor MBP w Słupsku, Czytelniczki Annę Bielską-Capar i Ewę Maruszewską oraz Andrasa Asztalosa, rodowitego Węgra i byłego dyplomatę, który od lat mieszka w Słupsku. Prawdziwą przyjemnością była rozmowa z nim o węgierskiej muzyce, literaturze i historii.

Zamieszczam kilka fotografii z moich odwiedzin w Słupsku. Niestety, nie mam swoich zdjęć z spotkania, więc trzy „pożyczyłem” je od Obserwatora Słupsk (mam nadzieję, że mi wybaczy).

Z Agą Brzezińską
Prace Witkacego w Muzeum Pomorza Środkowego
Słupski, stuletni Ratusz

Podczas spotkania autorskiego, razem z Piotrem Michalakiem (Fot. Obserwator Słupsk)
Z Agą Brzezińską i Danutą Sroką (Fot. Obserwator Słupsk)
Podczas spotkania. Druga z prawej to Iza Żurawska (Fot. Obserwator Słupsk)
  

wtorek, 5 września 2017

Czasem coś o brzozie rymnę

Lepiej pisać wiersze krótkie,
Jak być kurką lub kogutkiem,
Żabką, myszką albo misiem.
Innych nie chce pisać mi się.

No i rymy niegłębokie,
Żeby banał wyszedł bokiem,
Zawsze kogoś to połechce.
Innych pisać mi się nie chce.

Czasem coś o brzozie rymnę,
Krwi przelanej i niewinnej,
Lesie, gdzie trwa martwa cisza.
Innych nie chce mi się pisać.

Tylko pisząc wiersze takie 
Mogę poczuć się Polakiem,
Zachwyconym nową władzą.
Może mnie do lektur wsadzą.

sobota, 15 lipca 2017

Nie wierzyli

Uwierzcie.

Nie wierzyli.

Tam zagłada, nie ma ocalonych.

Odpowiadali: niemożliwe, to się nie może zdarzyć,
człowiek nie jest aż taką bestią.

Tam zagłada, nie ma ocalonych, uwierzcie.

Nie wierzyli. Będziemy pracować, będziemy żyć.

Uciekajcie, nie dajcie się zaprowadzić na rzeź.

Nic nam się nie stanie, człowiek nie jest aż taką bestią.

Brońcie się, tam zagłada, nie ma ocalonych.

Chcemy żyć, starzy i młodzi, wszyscy chcemy żyć.

Oni kłamią, tam śmierć, uwierzcie. 

Nie wierzyli. Nie chcieli uwierzyć. Mówili: nic nam się nie stanie,
człowiek nie jest aż tak zły.

Pociągi jechały dzień i noc, dzień i noc, dzień i noc
prosto w otchłań.

wtorek, 2 maja 2017

Sesja foto w sepii

Odbyła się dzisiaj u mnie w domu mała sesja fotograficzna, nie dla mojej próżności, tylko z konkretnego powodu. Zdjęcia wykonała Sylwia Bętkowska, jest ich więcej, tutaj prezentuję cztery. Według mnie foty są bardzo udane.





sobota, 8 kwietnia 2017

„Zabić celebrytę”, czyli premiera ze złamanymi nogami w tle


Na zdjęciu: Łukasz Pruchniewicz (po lewej), Dagna Dywicka i Gabriel Geitzky. 
Zdjęcie zrobiono podczas próby, zanim  Pruchniewicz złamał nogę
 (fot. Teatr Żeromskiego/Facebook)

Temat sztuki Radosława Paczochy „Zabić celebrytę”, którą premierowo wystawił Teatr im. Żeromskiego, nie jest nowy – świat telewizji, pogoń za złudną sławą i kasą, wielki blichtr, za którym czai się pustka umysłowa i moralna. To wszystko już było, zwłaszcza w kinie. Pojawia się też stałe w takich przypadkach pytanie: jak daleko można się posunąć, żeby wzrosły słupki oglądalności? Tekst Pachochy  o Jasonie Tavernerze, który prowadzi własne telewizyjne show, jest zgrabnie skonstruowany, chwilami zabawny, trochę zwodzi widza (to dobrze), pod koniec serwuje kawanaławiczność (to źle), a w sumie dobrze się to przedstawienie ogląda. Rzekłbym nawet – z zaciekawieniem, co dla widza przychodzącego do teatru jest ważne.

Jasne punkty tego spektaklu to Ewelina Gronowska w roli pielęgniarki, śpiewająca Dagna Dywicka, biała, ascetyczna scenografia Marii Kanigowskiej, muzyka gra na żywo przez Marcina Nenko i Karola Krąża. Powinienem jeszcze powiedzieć o dwóch, a właściwie czterech aktorach i zaraz to zrobię. W następnym akapicie.
       
Przygotowaniom do tego „Zabić celebrytę” towarzyszyły dość dramatyczne perypetie, które w klubie piłkarskim mało kogo by nie zdziwiły, ale w teatrze są jednak niecodziennie. Najpierw Andrzej Plata, który miał grać główną postać, złamał nogę. Na scenie zastąpił go reżyser, Gabriel Gietzky, który – jak  sam przyznał – od 15 lat nie występował jako aktor. A tydzień temu kolejny aktor Łukasz Pruchniewicz … także złamał nogę. Dawid Żłobiński o tym, że go zastąpi, dowiedział się pięć dni przed premierą. I Gietzky, i Żłobiński dali radę. A obaj kontuzjowani aktorzy mają zagrać w przedstawieniu, oczywiście, gdy wrócą do zdrowia.

Tak więc zważywszy na wspomniane okoliczności, uważam  że premiera była bardzo udana. Nie mówiąc o tym, że napisany przed czterema laty tekst niespodziewanie stał się bardzo aktualny.         

Radosław Paczocha: „Zabić celebrytę”. Reżyseria – Gabriel Gietzky, scenografia – Maria Kanigowska, muzyka – Marcin Nenko. Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, premiera 8 kwietnia 2017 r.

niedziela, 26 marca 2017

Konklawe, czyli thriller


Czy możliwy jest thriller, w którym nie dochodzi do morderstwa i nikt nie dybie na cudze życie, a mimo to czytelnik trzymany jest w napięciu do ostatniej strony? Tak, pod warunkiem, że jego autorem jest Robert Harris, znany m.in. z „Autora widmo”, „Oficera i szpiega” oraz „Trylogii rzymskiej”.  Jest jeszcze jeden warunek: powieść musi dotyczyć niezwykłego i tajemniczego wydarzenia, a takim z pewnością jest konklawe.   

„Konklawe” Harrisa rozpoczyna się z chwilą śmierci papieża, którego imię w powieści nie pada, ale nietrudno doszukać się podobieństwa z papieżem Franciszkiem – Kuria go nie cierpiała, ponieważ preferował ubóstwo i prostotę. Do Rzymu przybywają kardynałowie z całego świata, żeby wybrać nowego Ojca Świętego. Wśród nich jest  nikomu nieznany Benitez z Filipin, którego papież potajemnie uczynił kardynałem niedługo przed swą śmiercią. Filipińczyk zostaje dopuszczony do głosowania, a taką decyzję podejmuje włoski kardynał Lomeli, kierujący obradami. To on jest głównym bohaterem powieści.   

Dzięki Harrisowi czytelnik ma wrażenie, że jest bezpośrednim świadkiem wydarzeń rozgrywających się w Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie odbywa się konklawe, oraz w Domu Świętej Marty, gdzie nocują kardynałowie. Pasjonujące jest śledzenie wyników kolejnych głosowań, a także intryg – kardynałowie nie są świętymi, tylko zwykłymi ludźmi, mającymi swoje słabości i namiętności.  I chociaż wcześniej można się domyśleć, kto zostanie powieściowym papieżem, to już na sam koniec Harris serwuje nam niespodziankę, której nie sposób było przewidzieć. Pełne zaskoczenie. „Konklawe” to także gotowy materiał na scenariusz filmowy, ale to akurat nie jest zaskoczeniem.


Robert Harris, „Konklawe”. Tłumaczenie Andrzej Szulc, Wydawnictwo Albatros 2017, s. 336. 

sobota, 18 marca 2017

„Zaucha. Welcome To The. PRL” – kiepska fantasmagoria

Scena ze spektaklu (Fot. Teatr im. Żeromskiego)

Nic już nie przywróci życia Andrzejowi Zausze. A już na pewno nie spektakl „Zaucha. Welcome To The. PRL” w Teatrze im. Żeromskiego. Choć może się mylę. Ten spektakl jest tak kiepski, że jedynym antidotum na niego wydaje się posłuchanie piosenek Zauchy w oryginale.

Nie wiem, co złego uczynił  Zaucha realizatorom widowiska, ale nie zasłużył sobie na podobne potraktowanie. Znajomi – w przerwie i po – pytali mnie, o czym jest spektakl, więc odpowiadałem im, adekwatnie do tego, zobaczyłem, że ni ch.ja, nie wiem. Wtedy słyszałem, a to dobrze, bo myśleliśmy, że tylko my jesteśmy tacy niekumaci.  Ja z kolei myślałem sobie: dobrze, że nie tylko ja jestem taki niekumaty. Pytanie, o czym jest przedstawienie, trzeba by zadać realizatorom, bez pewności, że udzielą sensownego wyjaśnienia. 

Według zapowiedzi, jest to alternatywna historia Polski, opowiedziana po tym, jak wokalista Andrzej Zaucha nie zginął w 1991 r. od kuli wystrzelonej przez zazdrosnego męża. Na czym opowieść polega? Na przytaczaniu dat jak w kalendarium, wydumanych tekstach i marnej fantasmagorii. Nazwisko Andrzeja Zauchy pada ze sceny kilkaset razy, choć prawdę mówiąc nie wiadomo po jasną cholerę.

Niestety, śpiewogra (uwaga: to ironia) nie broni się nawet piosenkami i ich wykonaniem (wyjątek „Don’t Stop Me Now” Queenu śpiewany przez Grzegorza Margasa i „C'est la vie” zanucony przez Krzysztofa Grabowskiego), co zauważyło nawet moje niewprawne ucho. Odtworzenie fragmentów utworów w wykonaniu samego Zauchy okazało się błędem. Odsłoniło bowiem przepaść, jaka dzieli aktorów od znakomitego wokalisty. 


Mam nadzieję, że przedstawienie jest tylko wypadkiem przy pracy w kieleckim teatrze. I że następnym razem obejdzie się też bez telebimowych wstawek, które świadczą o realizatorskiej bezradności. Amen.

„Zaucha. Welcome To The. PRL”. Dramaturgia: Szymon Bogacz, Zuzanna Bućko, reżyseria: Adam Biernacki . Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Premiera 18 marca 2017 r. 

niedziela, 5 lutego 2017

Antoni Pawlak, „Walizka światła”, recenzja


Antoni Pawlak znalazł się w gronie jurorów tegorocznej nagrody Nike i będzie oceniał kandydatów, lecz to nie znaczy, że jego twórczości oceniać nie można. Można, a nawet trzeba. Tym bardziej że jest okazja.

Autor kultowej „Książeczki wojskowej” (tak, kultowej, wiem, co piszę), opublikował właśnie nowy tom wierszy pt. „Walizka światła”. Tom bodaj dwudziesty, bo Pawlak płodnym poetą jest. To jeszcze nie komplement, płodnych poetów ci u nas dostatek, jak nigdzie indziej, tylko że wiersze Pawlaka mają zwyczajnie tę cechę, że są dobre. Również te z „Walizki światła”. Ci, co się znają na poezji, a ja nieskromnie przyznaję się, że trochę się znam, docenią ich wartość.

A doceniam tym bardziej, że znajduję w tej poezji również  to, co najbardziej lubię: sarkazm, ironię, powściągliwość , dystans do świata i samego siebie. Dużo pisze autor „Walizki światła” o umieraniu. Już wiersz otwierający tomik traktuje o samobójstwie poety Antoniego, który wdrapał się po skrzypiących schodach/ na pachnący schnącą bielizną strych i zawisł na przerzuconej przez/ belkę stropową smudze światła. Czyli też dystans i powściągliwa ironia.

Są tu wiersze-poematy („Noc w której próbowaliśmy umierać”) i wiersze, gdzie kilka słów wystarczy,  by oddać to, o czym inni napisali grube księgi (po dwudziestym wieku pozostanie/ kilka piosenek Beatlesów/ i złowieszcza opowieść o holokauście).  I chociaż poeta daje nam do zrozumienia, że przygotowuje się do śmierci („Podróż w nieznane”), czekam na kolejny jego tomik. Do wierszy Pawlaka chce się wracać.       

Na koniec chciałem powiedzieć, że tytuł i okładka też mi się podobają.

Antoni Pawlak, „Walizka światła”, Instytut Mikołowski, Mikołów 2016, s. 44

sobota, 28 stycznia 2017