czwartek, 8 września 2016

Znów u Andrzeja Kozery (zdjęcia)

Pod ośmiu miesiącach znowu odwiedziłem Andrzeja Kozerę, pińczowskiego malarzy i rzeźbiarza. Spotkaliśmy się na jego uroczej działce, położonej tuż nad Nidą. Andrzej wprowadzał mnie w tajniki malarstwa, a wiedza ta jest mi potrzebna do powieści, nad którą od trzech miesięcy pracuję – główny bohater jest malarzem. Pogawędziliśmy chwilę, a na koniec Andrzej ugościł mnie krupnikiem własnej roboty, bardzo dobrym zresztą.  

Wrzucam kilka zdjęć, co byście mogli zobaczyć, jak było.


środa, 31 sierpnia 2016

Państwo n-s

Kto będzie mógł i kogo będzie na to stać, ten wyjedzie.

Ale większość pozostanie w narodowo-socjalistycznym państwie.

Niektórzy dobrze się urządzą i będą bili brawo, inni zobojętnieją, jeszcze inni zostaną zneutralizowani, bo szkoda, żeby się zmarnowało hasło  „Śmierć wrogom ojczyzny”.

Jednak w ostatecznym rozrachunku zapłacą wszyscy.   

Tak było kiedyś i tak będzie teraz.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Wakacje w Ujnach

Nie zdążyłem jeszcze napisać o swoich tegorocznych wakacjach, które nie  były długie, ale udane. Osiem dni spędziłem w Ujnach, wsi pod Pierzchnicą w województwie świętokrzyskim. Nie trzeba wyjeżdżać Bóg wie gdzie, by zaznać spokoju i wypocząć. Gościny użyczył mi Romek Sadowski, świetny facet, który oprócz rozlicznych zajęć (kiedyś np. był gitarzystą zespołu Limit Blues), prowadzi gospodarstwo agroturystyczne „Kuźnia i Wiatr”. No i powiem Wam, że było bardzo przyjemnie, tego właśnie potrzebowałem. A czas na pisanie nowej powieści także znalazłem.

Popatrzcie sobie na fotografie.

          
Wspólne zdjęcie z Romkiem Sadowskim

poniedziałek, 4 lipca 2016

70. rocznica pogromu Żydów w Kielcach

Tablica na kamienicy przy ul. Planty 7/9 w Kielcach (fot. Wikipedia)

Kto to wie, panie, jak tam było. Straszna tragedia. No zabili tych Żydów. Ale czy to Polacy z Kielc zabili, ja nie wiem. Może to Ruskie zrobiły, komuchy przebrane dla niepoznaki? Tak mówią. Bo nie kielczanie. No byli tam, stali, ale czy zabijali, ja nie wiem. Nie, dziecka krew na macę to nie, chociaż… Z Żydami, panie, nie wiadomo. Może oni sami to wszystko zorganizowali, cwane są, nie znasz pan ich? Jak to po co? Żeby  na Polaków było. Albo dla pieniędzy. Albo żeby wojna była. Taki naród, panie. Szkoda, że Hitler ich nie wybił do ostatniego, bo pogromu by nie było. A tak to teraz mówią wszędzie, że to nasza wina, a to przecież nie Polacy z Kielc zabijali. Ja jednak myślę, panie, że to Żydy zrobiły. Same się pozabijały na tych Plantach.        

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Dziecinny wierszyk nie dla dzieci

Stroszą piórka i czuprynki,
Podkładają innym świnki,
Stroją bardzo groźne minki
Zwykłe gnojki skurwysynki.

Szydzą z biednej starowinki,
Lżą chłopaków i dziewczynki,
Truchłem żywią się padlinki
Marne gnojki skurwysynki.

Rozsiewają złe nowinki,
Zastawiają wnyków linki,
Tną szczebelki u drabinki
Małe gnojki skurwysynki.

Żeby nie odczuwać winki,
Klepią co dzień cne godzinki,
Ale  brzydkie ich uczynki,
Bo to gnojki skurwysynki!

niedziela, 12 czerwca 2016

„Szalbierz” – świetna premiera w Żeromskim

Paweł Sanakiewicz (fot. Klaudyna Schubert dla Teatru im. Żeromskiego)
Ucieszyłem się, gdy dowiedziałem dwa tygodnie temu, że Teatr im. Żeromskiego zamierza wystawić „Szalbierza” – sztukę węgierskiego pisarza György Spiró. Ucieszyłem się, bo po pierwsze utwór Spiró jest znakomity (pamiętam telewizyjną inscenizację z Tadeuszem Łomnickim), a po drugie (niech mi ten prywatny wtręt będzie darowany) – trzy tygodnie wcześniej miałem przyjemność poznać osobiście autora.

Głównym bohaterem „Szalbierza”, sztuki z 1983 roku,  jest Wojciech Bogusławski, uważany za ojca polskiego teatru. Jest rok 1815, Bogusławski przyjeżdża do Wilna, gdzie w tamtejszym, bankrutującym teatrze ma wystąpić w napisanej przez siebie operze. Na miejscu okazuje się, że kontrakt jest nieaktualny, za kilka godzin odbędzie się premiera „Tartuffe’a” Moliera, na której pojawi się carski gubernator, a Bogusławski ma zagrać tytułową postać. Po gwałtownych targach dochodzi do porozumienia,  mistrz zgadza się wystąpić za odpowiednią gażę. Rozpoczynają się gorączkowe przygotowania do spektaklu…     

Przedstawienie w reżyserii Pawła Aignera nie zawiodło moich oczekiwań. Tak jak w oryginale, mamy tutaj „teatr w teatrze”, ale obserwujemy także wyrafinowaną  grę, jaką Bogusławski prowadzi z reżyserem, aktorami, gubernatorem. To mądry, aluzyjny spektakl o ludziach sceny, teatrze i jego związkach z polityką, zarazem z dużą dozą autoironii – Wilno zostało zastąpione przez Kielce.

Główną rolę powierzono Pawłowi Sanakiewiczowi i był to doskonały pomysł obsadowy. Występujący gościnnie aktor krakowskiej Bagateli pokazuje całą złożoność i niejednoznaczność postaci Bogusławskiego. W jego ujęciu stary mistrz jest chciwy, cyniczny, wyrachowany, ale też inteligentny i przebiegły. Sanakiewiczowi partneruje na scenie aż siedemnastu aktorów, z tego grona wyróżniłbym Beatę Pszeniczną (Kamińska), Mirosława Bielińskiego (dyrektor Każyński) i debiutanta Kacpra Sasina (Rybak).        

Na koniec powtórzę jeszcze to, co już napisałem na portalu społecznościowym: w mojej ocenie „Szalbierz” to najlepszy spektakl na kieleckiej scenie od ponad dwóch lat, czyli od inscenizacji „Jakisia i Pupcze”. Gratuluję dyrektorowi kieleckiego teatru Michałowi Kotańskiemu, że zdecydował się na tę premierę. Idźcie na „Szalbierza”, nie zawiedziecie się! 

György Spiró: „Szalbierz”, tłumaczenie Mieczysław Dobrowolny. Teatr im. Żeromskiego w Kielcach, reżyseria – Paweł Aigner, scenografia – Magdalena Gajewska, kostiumy – Zofia de Ines, muzyka – Piotr Klimek. Premiera 11 czerwca 2016 r.

poniedziałek, 16 maja 2016

Ponownie w Czechach

Po blisko dwuletniej przerwie znów odwiedziłem Pragę. I Czeski Krumlow – w tym pięknym średniowiecznym mieście na południu Czech byłem po raz pierwszy. Zobaczcie kilka zdjęć, które tam zrobiłem.
Na tle panoramy Krumlova
Widok na krumlowski zamek
To też Krumlov
Widok na miasto z zamku
A to już Praga i dzielnica Žižkov
Pomnik Jaroslava Haška
Pomnik Jana Žižki na górze Vitkov
Swoją ulicę na Žižkovie ma urodzony tutaj noblista, poeta Jaroslav Seifert
Za mną - mur Lennona na Malej Stranie

niedziela, 10 kwietnia 2016

„Solfatara”, czyli powieść jak wulkan


„Solfatara” to imponująca powieść, która na pewno się spodoba miłośnikom „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego. Oba utwory łączy podobny klimat i do pewnego stopnia podobna szkatułkowa  konstrukcja, przy czym zaznaczmy, że dzieło Macieja Hena to utwór oryginalny i niezwykły, niezależnie od konotacji w „Rękopisem”.

Napisana z rozmachem (ponad 900 stron!) historia rozgrywa się w Neapolu w ciągu 10 dni 1647 roku. Opowiada nam ją Fortunato Petrelli, redaktor i wydawca gazety „Wiadomości Neapolitańskie”, inaczej mówiąc – jeden z pierwszych redaktorów i reporterów. W mieście wybucha bunt mieszkańców przeciwko hiszpańskiej władzy (Królestwo Neapolu podlegało wówczas Hiszpanii), władzę przejmuje lud. Na czele rewolty staje rybak Masaniello (postać autentyczna), człowiek niezrównoważony psychicznie. W mieście dochodzi do morderstw i rabunków, których ofiarami padają przede wszystkim arystokraci. Ale zginąć właściwie może każdy…  W tych niespokojnych czasach, czując zagrożenie, Fortunato postanawia spisać swoje życie, przy okazji wyjaśniając – często mroczne – tajemnice z przeszłości.

Jest w tej książce wszystko, czego się oczekuje od dobrej literatury: intrygujące historie, miłość i zbrodnia, znakomity język – stylizowana na archaiczną polszczyznę. Imponuje też erudycja Hena, świetna orientacja w realiach epoki, znajomość ówczesnej muzyki i malarstwa. Na kartach „Solfatary” pojawią się dziesiątki postaci – większość z nich jest autentyczna. Mamy więc piękne księżniczki, ludzi szlachetnie urodzonych, zwykłych mieszczan i plebs, w tym kurtyzany, do których główny bohater ma słabość. Są też artyści, przede wszystkim muzycy i malarze, a sam Fortunato to utalentowany lutnista. Wreszcie – jest jeden Polak, szlachcic nazwiskiem Stefan Ligęza. Maciej Hen „pożyczył” go z powieści Józefa Hena „Crimen”. Za zgodą ojca, bo Maciej jest synem Józefa. 

Na koniec wyjaśnijmy tytuł – Solfatara to uśpiony wulkan w pobliżu Neapolu, mniej znany od Wezuwiusza, ale dla utworu Hena dużo ważniejszy. Według mitologicznych miało się tu znajdować wejście do Hadesu, później ludzie zaczęli wierzyć (i wierzą do dzisiaj), że pobyt w tym miejscu dobrze wpływa na potencję, wyzwala namiętność. A namiętność zdaje się być kluczem do zrozumienia wybitnej powieści Hena.            

Maciej Hen: „Solfatara”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015, s. 917.

Recenzja ukazała się również w Oknie Literatura

piątek, 8 kwietnia 2016

Co jest pewne


Pewna jest tylko śmierć i, jak mówią, pewne są podatki,
ale przecież kilka innych rzeczy też jest pewnych na tym świecie.
Pewne jest, że przed pewną śmiercią nie zdążysz
przeczytać wszystkich dobrych książek,
które chciałbyś przeczytać, i wszystkich filmów,
mądrych i zabawnych, także nie obejrzysz.
Nie pojedziesz do wszystkich najlepszych miejsc, o których istnieniu wiesz,
ani nie zwiedzisz tych wszystkich wspaniałych muzeów,
gdzie geniusz jest oprawiony w ramy, zaklęty w marmur.
Nie zdążysz wysłuchać całej muzyki, którą napisano na chwałę Boga
i dla radości człowieka, a więc dla twojej radości również .
Nie poznasz wszystkich pięknych kobiet, które są w twoim zasięgu,
nie zdążysz nawet wyśnić wszystkich snów o nich, to pewne.
Nie pomożesz wszystkim bezdomnym psom ani kotom, których ci żal,
i wszyscy inni także będą musieli sobie poradzić bez ciebie.
Wierząc w drugie lub trzecie życie możesz dać sobie nadzieję,
że kiedyś ci się to uda, że zdążysz, jednak nie ma w tym grama pewności,
więc na wszelki wypadek nie licz na wiele, nie licz na wiele.
Niech wystarczy ci kilka chwil. Są wszystkim, co tutaj dostaniesz,
to pewne.

2016