sobota, 8 kwietnia 2017

„Zabić celebrytę”, czyli premiera ze złamanymi nogami w tle


Na zdjęciu: Łukasz Pruchniewicz (po lewej), Dagna Dywicka i Gabriel Geitzky. 
Zdjęcie zrobiono podczas próby, zanim  Pruchniewicz złamał nogę
 (fot. Teatr Żeromskiego/Facebook)

Temat sztuki Radosława Paczochy „Zabić celebrytę”, którą premierowo wystawił Teatr im. Żeromskiego, nie jest nowy – świat telewizji, pogoń za złudną sławą i kasą, wielki blichtr, za którym czai się pustka umysłowa i moralna. To wszystko już było, zwłaszcza w kinie. Pojawia się też stałe w takich przypadkach pytanie: jak daleko można się posunąć, żeby wzrosły słupki oglądalności? Tekst Pachochy  o Jasonie Tavernerze, który prowadzi własne telewizyjne show, jest zgrabnie skonstruowany, chwilami zabawny, trochę zwodzi widza (to dobrze), pod koniec serwuje kawanaławiczność (to źle), a w sumie dobrze się to przedstawienie ogląda. Rzekłbym nawet – z zaciekawieniem, co dla widza przychodzącego do teatru jest ważne.

Jasne punkty tego spektaklu to Ewelina Gronowska w roli pielęgniarki, śpiewająca Dagna Dywicka, biała, ascetyczna scenografia Marii Kanigowskiej, muzyka gra na żywo przez Marcina Nenko i Karola Krąża. Powinienem jeszcze powiedzieć o dwóch, a właściwie czterech aktorach i zaraz to zrobię. W następnym akapicie.
       
Przygotowaniom do tego „Zabić celebrytę” towarzyszyły dość dramatyczne perypetie, które w klubie piłkarskim mało kogo by nie zdziwiły, ale w teatrze są jednak niecodziennie. Najpierw Andrzej Plata, który miał grać główną postać, złamał nogę. Na scenie zastąpił go reżyser, Gabriel Gietzky, który – jak  sam przyznał – od 15 lat nie występował jako aktor. A tydzień temu kolejny aktor Łukasz Pruchniewicz … także złamał nogę. Dawid Żłobiński o tym, że go zastąpi, dowiedział się pięć dni przed premierą. I Gietzky, i Żłobiński dali radę. A obaj kontuzjowani aktorzy mają zagrać w przedstawieniu, oczywiście, gdy wrócą do zdrowia.

Tak więc zważywszy na wspomniane okoliczności, uważam  że premiera była bardzo udana. Nie mówiąc o tym, że napisany przed czterema laty tekst niespodziewanie stał się bardzo aktualny.         

Radosław Paczocha: „Zabić celebrytę”. Reżyseria – Gabriel Gietzky, scenografia – Maria Kanigowska, muzyka – Marcin Nenko. Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, premiera 8 kwietnia 2017 r.

niedziela, 26 marca 2017

Konklawe, czyli thriller


Czy możliwy jest thriller, w którym nie dochodzi do morderstwa i nikt nie dybie na cudze życie, a mimo to czytelnik trzymany jest w napięciu do ostatniej strony? Tak, pod warunkiem, że jego autorem jest Robert Harris, znany m.in. z „Autora widmo”, „Oficera i szpiega” oraz „Trylogii rzymskiej”.  Jest jeszcze jeden warunek: powieść musi dotyczyć niezwykłego i tajemniczego wydarzenia, a takim z pewnością jest konklawe.   

„Konklawe” Harrisa rozpoczyna się z chwilą śmierci papieża, którego imię w powieści nie pada, ale nietrudno doszukać się podobieństwa z papieżem Franciszkiem – Kuria go nie cierpiała, ponieważ preferował ubóstwo i prostotę. Do Rzymu przybywają kardynałowie z całego świata, żeby wybrać nowego Ojca Świętego. Wśród nich jest  nikomu nieznany Benitez z Filipin, którego papież potajemnie uczynił kardynałem niedługo przed swą śmiercią. Filipińczyk zostaje dopuszczony do głosowania, a taką decyzję podejmuje włoski kardynał Lomeli, kierujący obradami. To on jest głównym bohaterem powieści.   

Dzięki Harrisowi czytelnik ma wrażenie, że jest bezpośrednim świadkiem wydarzeń rozgrywających się w Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie odbywa się konklawe, oraz w Domu Świętej Marty, gdzie nocują kardynałowie. Pasjonujące jest śledzenie wyników kolejnych głosowań, a także intryg – kardynałowie nie są świętymi, tylko zwykłymi ludźmi, mającymi swoje słabości i namiętności.  I chociaż wcześniej można się domyśleć, kto zostanie powieściowym papieżem, to już na sam koniec Harris serwuje nam niespodziankę, której nie sposób było przewidzieć. Pełne zaskoczenie. „Konklawe” to także gotowy materiał na scenariusz filmowy, ale to akurat nie jest zaskoczeniem.


Robert Harris, „Konklawe”. Tłumaczenie Andrzej Szulc, Wydawnictwo Albatros 2017, s. 336. 

sobota, 18 marca 2017

„Zaucha. Welcome To The. PRL” – kiepska fantasmagoria

Scena ze spektaklu (Fot. Teatr im. Żeromskiego)

Nic już nie przywróci życia Andrzejowi Zausze. A już na pewno nie spektakl „Zaucha. Welcome To The. PRL” w Teatrze im. Żeromskiego. Choć może się mylę. Ten spektakl jest tak kiepski, że jedynym antidotum na niego wydaje się posłuchanie piosenek Zauchy w oryginale.

Nie wiem, co złego uczynił  Zaucha realizatorom widowiska, ale nie zasłużył sobie na podobne potraktowanie. Znajomi – w przerwie i po – pytali mnie, o czym jest spektakl, więc odpowiadałem im, adekwatnie do tego, zobaczyłem, że ni ch.ja, nie wiem. Wtedy słyszałem, a to dobrze, bo myśleliśmy, że tylko my jesteśmy tacy niekumaci.  Ja z kolei myślałem sobie: dobrze, że nie tylko ja jestem taki niekumaty. Pytanie, o czym jest przedstawienie, trzeba by zadać realizatorom, bez pewności, że udzielą sensownego wyjaśnienia. 

Według zapowiedzi, jest to alternatywna historia Polski, opowiedziana po tym, jak wokalista Andrzej Zaucha nie zginął w 1991 r. od kuli wystrzelonej przez zazdrosnego męża. Na czym opowieść polega? Na przytaczaniu dat jak w kalendarium, wydumanych tekstach i marnej fantasmagorii. Nazwisko Andrzeja Zauchy pada ze sceny kilkaset razy, choć prawdę mówiąc nie wiadomo po jasną cholerę.

Niestety, śpiewogra (uwaga: to ironia) nie broni się nawet piosenkami i ich wykonaniem (wyjątek „Don’t Stop Me Now” Queenu śpiewany przez Grzegorza Margasa i „C'est la vie” zanucony przez Krzysztofa Grabowskiego), co zauważyło nawet moje niewprawne ucho. Odtworzenie fragmentów utworów w wykonaniu samego Zauchy okazało się błędem. Odsłoniło bowiem przepaść, jaka dzieli aktorów od znakomitego wokalisty. 


Mam nadzieję, że przedstawienie jest tylko wypadkiem przy pracy w kieleckim teatrze. I że następnym razem obejdzie się też bez telebimowych wstawek, które świadczą o realizatorskiej bezradności. Amen.

„Zaucha. Welcome To The. PRL”. Dramaturgia: Szymon Bogacz, Zuzanna Bućko, reżyseria: Adam Biernacki . Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Premiera 18 marca 2017 r. 

niedziela, 5 lutego 2017

Antoni Pawlak, „Walizka światła”, recenzja


Antoni Pawlak znalazł się w gronie jurorów tegorocznej nagrody Nike i będzie oceniał kandydatów, lecz to nie znaczy, że jego twórczości oceniać nie można. Można, a nawet trzeba. Tym bardziej że jest okazja.

Autor kultowej „Książeczki wojskowej” (tak, kultowej, wiem, co piszę), opublikował właśnie nowy tom wierszy pt. „Walizka światła”. Tom bodaj dwudziesty, bo Pawlak płodnym poetą jest. To jeszcze nie komplement, płodnych poetów ci u nas dostatek, jak nigdzie indziej, tylko że wiersze Pawlaka mają zwyczajnie tę cechę, że są dobre. Również te z „Walizki światła”. Ci, co się znają na poezji, a ja nieskromnie przyznaję się, że trochę się znam, docenią ich wartość.

A doceniam tym bardziej, że znajduję w tej poezji również  to, co najbardziej lubię: sarkazm, ironię, powściągliwość , dystans do świata i samego siebie. Dużo pisze autor „Walizki światła” o umieraniu. Już wiersz otwierający tomik traktuje o samobójstwie poety Antoniego, który wdrapał się po skrzypiących schodach/ na pachnący schnącą bielizną strych i zawisł na przerzuconej przez/ belkę stropową smudze światła. Czyli też dystans i powściągliwa ironia.

Są tu wiersze-poematy („Noc w której próbowaliśmy umierać”) i wiersze, gdzie kilka słów wystarczy,  by oddać to, o czym inni napisali grube księgi (po dwudziestym wieku pozostanie/ kilka piosenek Beatlesów/ i złowieszcza opowieść o holokauście).  I chociaż poeta daje nam do zrozumienia, że przygotowuje się do śmierci („Podróż w nieznane”), czekam na kolejny jego tomik. Do wierszy Pawlaka chce się wracać.       

Na koniec chciałem powiedzieć, że tytuł i okładka też mi się podobają.

Antoni Pawlak, „Walizka światła”, Instytut Mikołowski, Mikołów 2016, s. 44

sobota, 28 stycznia 2017

sobota, 14 stycznia 2017

Premiera w Żeromskim – Kropka, kreska, muzyka


Na pierwszym planie Olga Mysłowska i Paweł Paczesny fot. Agata Andrusyszyn/Teatr im. Żeromskiego

Najnowsza premiera w Teatrze im. Żeromskiego nie jest spektaklem, tylko koncertem, co pewnie nie wszystkim się spodoba.

Zastanawiałem się, czy widowiska o tytule „Kropka Kreska Kropka Kreska” nie nazwać rock operą, ale nie, opera to też nie jest, są tu elementy performance’u, jednak fabuły brak. Mówienie o dramaturgii też jest nadużyciem. Ale owszem, mamy za to mnóstwo rocka i to takiego z lat osiemdziesiątych, spod znaku Talking Heads, granego na syntezatorach korg, moog i na gitarach. Są też kompozycje oryginalne, współczesne, braci Lewoców oraz kapel o nazwach PCK kolektyw i Polpo Motel. Muzyka brzmi więc niemal bez przerwy, jest śpiew i melorecytacja. Ponieważ jak mówiłem – jest to koncert. Aha, tytuł został  zaczerpnięty z alfabetu Morse’a i nic nie znaczy.
         
Wykonawcy to zarazem współautorzy koncertu – jako kompozytorzy, tekściarze i tłumacze tekstów Talking Heads. Z wyjątkiem aktorki Magdaleny Grąziowskiej, nie są na stałe związani z kielecką sceną. Świetna jest Olga Mysłowska z Polpo Motel, śpiewająca i grająca na korgu. Swoją kamienną twarzą przypomina jedną z dziewczyn pojawiających się w słynnym teledysku Roberta Palmera, z tą różnicą, że gra naprawdę i naprawdę śpiewa. I to jak.

Tak, to nie jest spektakl, tylko cholerny koncert. Do teatru nie chodzi się na koncerty. Ale powiem Wam, że mnie ten koncert w teatrze się spodobał. Przez ponad godzinę nie znudziłem się i ani razu nie zakląłem. Czyli nie jest źle. Nie szukajcie więc w „Kropce Kresce” ukrytych sensów. Słuchajcie muzyki.     

„Kropka Kreska Kropka Kreska”. Reżyseria Paweł Paczesny. Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, premiera 14 stycznia 2017 r.

wtorek, 29 listopada 2016

Prosty poradnik dla dyktatora

Naucz się dobrze kłamać. Ludzie wierzą w proste kłamstwa, które objaśniają im skomplikowany świat.

Toleruj tych, którzy mogą ci się przydać, nawet jeśli ich nie cierpisz. Później się ich pozbędziesz. 

Znajdź wrogów i obwiń ich o wszelkie zło, za które ty odpowiadasz.

Jeśli ktoś cię atakuje, mów: „jesteśmy atakowani”. Tak rodzi się wspólnota.

Jesteś patriotą. Powtarzaj to nieustannie.

Często powołuj się na Boga. Bóg jest przecież z tobą.

Nie zapominaj jednak, że to ty masz być Bogiem dla innych. 

Nie wierz nikomu. Każdy może cię zdradzić.

Pielęgnuj w sobie nienawiść i staraj się zarazić nią innych. Nienawiść zaprowadzi cię daleko, ludzie kochają nienawidzić .

Mów, że twoja krzywda jest krzywdą większości. Wtedy nikt nie odbierze ci prawa do zemsty.

Rządząc, myśl tylko o sobie, nie o innych. Twoje dobro jest najważniejsze, bo przecież nikt nie może cię zastąpić.  

niedziela, 16 października 2016

Strona lewa, strona prawa

Bohater przedwojennej powieści Józefa Wittlina „Sól  ziemi” Piotr Niewiadomski nie potrafił odróżnić prawej strony od lewej. To jednak przypadłość nie tylko postaci literackich.

Jadę z rodzoną siostrą na pogrzeb kuzynki we wsi pod Ostrowcem. Rejon zamieszkany głównie przez elektorat pisowski, co w sumie nie ma znaczenia. Chociaż może ma.

Dojeżdżamy do wsi i rozglądamy się za kościołem. „Pierwsze co widzisz to wieża kościoła” – jak pisał poeta. Ale kościoła nie widać. Z naprzeciwka na rowerze jedzie facet. Na oko czterdzieści lat, wąsy. Raczej tubylec. Zatrzymuję samochód, odkręcam szybę i pytam o kościół. Facet mija nas, ale zaraz hamuje. Przez chwilę myśli.

– Dojedzie pan do skrzyżowania i skręci w lewo – mówi nie zsiadając z roweru i wskazuje ręką kierunek. Przy czym mówiąc „w lewo” pokazuje na prawo. Trochę jestem zdezorientowany.

– To w lewo czy prawo? – pytam.  – Bo pokazuje pan w prawo.

Facet przygląda się swoim rękom.

– Zara – mówi bardziej do siebie niż do mnie. – Ta jest lewa – wyciąga przed siebie lewą. – A ta prawa – to samo robi z prawą.

Ale pewien nie jest. Zostawia rower na środku drogi i podchodzi do samochodu.

– To ja jeszcze raz pokażę. Dojedzie pan do skrzyżowania, a potem skręci… w tę! – wykrzykuje z zadowolony, że pokazał właściwy kierunek.  

piątek, 14 października 2016

Poeta patriotyczny

Więc kapustę kiszoną będę sławił
I białego orła w locie
I wierzbę płaczącą przytulał,
I garnki na płocie.

I żyto polskie, i ogórki,
Ziemniaki oraz krowy,
Rzeki, jeziora, pagórki
Będę sławił polskimi słowy.

Będę chwalił natchniony
Polskie gumna i traktory,
Polską wódkę i piwo,
Także baby i bachory.

I polskich mężczyzn wychwalę,
Ale tutaj jest taka sprawa,
Najbardziej będę sławił
Prezesa Jarosława .