sobota, 31 marca 2012

„Moja ABBA” – premiera w Teatrze im. Żeromskiego

Wróciłem z premiery w Teatrze im. Żeromskiego. A właściwie polskiej prapremiery sztuki Tomasza Mana „Moja ABBA” w reżyserii autora.

Już kiedyś pisałem, że lubię ten teatr. Nieprzypadkowo (ktoś inny mógłby napisać: nie bez kozery) bohater mojej powieści „Droga do Tarvisio”, będąc w Pradze, przypomina sobie grany tutaj przed laty „Proces” według powieści Kafki.

Lubię więc Teatr im. Żeromskiego, pamiętający czasy swojego patrona, co nie znaczy, że wszystkie spektakle mi się podobają. „Moja ABBA” mnie nie zachwyciła. Niby wszystko jest w porządku: to zgrabnie napisana sztuka o Polce z prowincji, która od lat 70. jest fanką szwedzkiego zespołu i ciągle słucha jego piosenek. Aktorów – Joanny Kasperek, Mirosława Bielińskiego, Dagny Dywickiej i Wojciecha Niemczyka – też trudno się czepić, grają nieźle, a chwilami dobrze.

Zatem o co chodzi? Ano o to, że jest to spektakl z gatunku tych, o których się szybko zapomina. Autor, niczym twórcy filmu „Mamma Mia!”, próbował się podczepić po fenomen ABBY. Im wyszło znakomicie, jemu – tak sobie, i wcale nie chodzi mi o to, żeby porównywać dzieło filmowe z teatralnym. Wiem natomiast, że na kieleckiej scenie były grywane przedstawienia – „Proces”, „Beckett”, „Transatlantyk” i jeszcze kilka – o których pamięta się po latach. „Moja ABBA” to spektakl na jeden sezon.

piątek, 30 marca 2012

Gadanina

Nie byłoby bezsensownego i czczego gadulstwa na świecie, gdyby ludzie to, co chcieliby powiedzieć, musieliby napisać – poprawnie stylistycznie, bez błędów ortograficznych i interpunkcyjnych.

wtorek, 27 marca 2012

Więcej piszę, mniej czytam

Ostatnio więcej piszę niż czytam, chociaż bloga trochę zaniedbałem. Na usprawiedliwienie mam tylko to, że kończę pracę nad książką, a raczej nad jej pierwszą wersją, którą potem będę poprawiał i zmieniał. Żeby domknąć fabułę, potrzebuję jeszcze tygodnia.
Co nie znaczy, że nic nie czytam, to niemożliwe w moim przypadku . Teraz „Pirata stepowego” Stanisława Łubieńskiego (wyd. Czarne). To reportaż historyczny o nieznanym w Polsce Nestorze Machnie, ukraińskim atamanie, watażce i anarchiście, który walczył zarówno z białymi, jak i z czerwonymi. Dla jednych bohater, dla innych bandyta. Kontrowersyjna, ale barwna postać.  
I oczywiście Kafka – podczytuję jego „Listy”.
    

wtorek, 20 marca 2012

Dla zakochanych w Kafce

Jeszcze jedna książka, którą zawdzięczamy temu, że sto lat wcześniej nie było Internetu.  Dla zakochanych w Kafce – zakochanych czytelniczo i biograficznie – to wydarzenie. Nakładem W.A.B. ukazały się bowiem „Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców” Franza Kafki  – w wyborze, przekładzie i z komentarzem Roberta Urbańskiego. Duża część listów publikowana jest w Polsce po raz pierwszy.
Niezwykła lektura, epistolograficzna odmiana autobiografii. Obcowanie z tą książką to obcowanie z samym autorem „Przemiany”, jego codziennym życiem, pracą twórczą, uczuciami (kobiety i Kafka!), zmaganiem się z chorobą i słabościami (np. Kafka panicznie bał się myszy i robactwa). Dzięki tej książce współczesny czytelnik ma możliwość być blisko Kafki jak nigdy wcześniej. I później też.    
Niektóre z tych listów, pisanych po niemiecku i czesku, znajdują się w Muzeum Kafki na Malej Stranie w Pradze. Ale to, niestety, faksymile, nie oryginał.  
I jeszcze dwa słowa o kolorze okładki – fioletowej. Podobny odcień fioletu jest na okładce mojej „Drogi do Tarvisio”, powieści, gdzie Kafka też się pojawia. Ja wiem, że to przypadek. Do tej pory Kafka kojarzył się – przynajmniej mnie – z kolorem czarnym. Teraz również z fioletowym. Polubiłem ten kolor.
Plac Franza Kafki w Pradze i dom, w którym pisarz się urodził
     

czwartek, 15 marca 2012

Kobieta z fotografii

Na to zdjęcie natknąłem się przeglądając album „Trzecia Rzesza” (Vesper, 2009) z kolorowymi fotografiami wykonanymi głównie przez niemieckich fotografów w czasie drugiej wojny światowej.

Tę konkretną fotografię zrobił Hugo Jaeger, osobisty fotograf Hitlera, w październiku 1939 roku w getcie w Kutnie. To początek okupacji, głód jeszcze nie był powszechny, decyzja o ostatecznym rozwiązaniu nie zapadła, ale Żydzi zaczęli już być izolowani od reszty społeczeństwa i znakowani gwiazdami Dawida. Ludzie widoczni na zdjęciu stoją za ogrodzeniem z drutu kolczastego i desek. To granica oddzielająca ich od wolnego świata.

Główną postacią na fotografii jest młoda, ładna kobieta w chustce na głowie. Ona jedyna się uśmiecha. Kobieta po lewej wygląda na zakłopotaną, dwaj mężczyźni niechętnie, wręcz wrogo spoglądają w wycelowany w nich obiektyw. Na razie jest to tylko obiektyw.

Jest słoneczny, jesienny dzień. Ładna kobieta nie patrzy na fotografującego ją Jaegera, tylko gdzieś obok, może na jakiegoś niemieckiego oficera. Jej uśmiech jest odrobinę zalotny, jakby chciała w ten sposób obłaskawić okupanta, zyskać jego przychylność, ale w oczach czai się niepewność. Kobieta zdaje się mieć nadzieję na przeżycie. Przeczucia pozostałych są raczej złe.

Nic nie wiem o tej ładnej kobiecie z fotografii. Na lewej ręce nosi obrączkę, być może była zamężna. Czy miała dzieci? Lepiej, żeby nie. Prawdopodobnie żyła jeszcze rok, dwa, najwyżej trzy lata, a potem została wywieziona do obozu zagłady na wschodzie Polski.

Dopóki jednak nie mam stuprocentowej pewności, mogę się naiwnie łudzić, że jednak ocalała, po wojnie wyjechała do Ameryki lub Izraela i dożyła spokojnej starości.
Getto w Kutnie 1939, fot. Hugo Jaeger

poniedziałek, 12 marca 2012

Pierwsza recenzja „Drogi do Tarvisio”

Moja powieść „Droga do Tarvisio”, jeszcze przed publikacją, doczekała się pierwszej recenzji, którą zamieszczam poniżej. Autorem jest wrocławski dziennikarz i publicysta Piotr Adamczyk, a swoją recenzję napisał dla wydawnictwa Dobra Literatura (w którym książka się ukaże).
Bohater „Drogi do Taravisio” to pechowy hipochondryk. W podróż po Europie miał zabrać piękną kobietę, ale los się odwraca, wręczając mu w zamian maść na hemoroidy. W drodze boli go krzyż, zarówno ten katolicki, niesiony przez pielgrzymów, jak i własny. Oba utrudniają mu życie, przy czym kręgosłup można sobie jeszcze jakoś nasmarować. Wad narodowych i kompleksów zasmarować się nie da, nie ma na nie żadnej maści, nie ma też od nich ucieczki.
Polacy są ciemni i zacofani, na piechotę niosą w świat swój odpustowy katolicyzm. Ci, którzy przesiedli się już na niemieckie samochody, wiozą swoją szarość, nijakość oraz powierzchowność. Podążają do Europy, która teoretycznie jest już jedna i wspólna, w praktyce jednak nadal pełna uprzedzeń oraz podziałów narodowościowych i kulturowych. Myślimy schematami, dlatego spotkana po drodze Czeszka jest miła i gotowa iść do łóżka, Niemcy są podejrzani o genetyczny nazizm, podobnie zresztą jak Austriacy, dodatkowo obciążeni zboczeńcami seksualnymi typu Priklopila i Fritzla. Włosi też nie lepsi, w dodatku Rzym ma niemieckiego papieża: „pozdrawiam fszystkich Polakuf, obhroncy Westerplatte podajcie szie!”
Powieść Grzegorza Kozery jest bardzo niepoprawna polityczna. Zmusza jednak do refleksji. Słychać w niej żal człowieka, który głosował za przystąpieniem swojego kraju do UE, ale nadal nie godzi się z tym, że kaci żyją lepiej niż ich ofiary. Dlatego w kwestii różnic cywilizacyjnych w obrębie wspólnej Europy chciałby wyraźnie powiedzieć, że czyste toalety niekoniecznie świadczą o czystości sumień.
Piotr Adamczyk

piątek, 9 marca 2012

Ucieknę w kosmos

Berlin. Pomnik pamięci europejskich Żydów zamordowanych w czasie II wojny światowej
Tak sobie myślę, że akcję kolejnej swojej książki umieszczę chyba w… kosmosie, a bohaterami uczynię przybyszów z obcej planety, bo to jedyny sposób, by uciec od tematyki drugiej wojny światowej i Holocaustu. Ostatnio większość z tego, co piszę i czytam, dotyczy właśnie tamtych strasznych czasów i tylko patrzeć, jak zaczną nawiedzać mnie w nocy koszmary. Właściwie to już nawiedzają.

Z niedawnego wyjazdu do Berlina najmocniej zapamiętałem ponury Stadion Olimpijski, bo kojarzy mi się z Hitlerem, i pomnik pamięci pomordowanych Żydów. A pogoda była brudno-szara i miałem wrażenie, że znajduję się w czarno-białym filmie, współczesnym, ale z wojennymi reminiscencjami.

Oczywiście, z tym kosmosem to żart, nie potrafiłbym napisać powieści s-f, fantasy też nie.

niedziela, 4 marca 2012

Premiera „Drogi do Tarvisio” 16 kwietnia


Mam już oficjalne potwierdzenie z wydawnictwa Dobra Literatura – premiera mojej powieści „Droga do Tarvisio” została zaplanowana na poniedziałek 16 kwietnia 2012 r. Tego dnia książka będzie dostępna w księgarniach w całym kraju.
Jeszcze raz zamieszczam okładkę „Drogi…”. W porównaniu z poprzednią wersją została odrobinę zmieniona.

sobota, 3 marca 2012

Co łączy zespół Rush ze Starachowicami?

Geddy Lee, fot. Enrico Frangi
Rush to słynne kanadyjskie trio grające ciężkiego rocka, założone w 1968 roku. Grupa była inspiracją dla takich kapel jak Metallica, Iron Maiden czy Dream Theater. Liderem zespołu jest wokalista i basista Geddy Lee. Tylko w Stanach Rush sprzedał 25 milionów płyt. Zespół istnieje do dzisiaj.
Starachowice przez długie lata były wsią sąsiadującą z miastem Wierzbnik. W kwietniu 1939 roku doszło do połączenia obu i tak powstało miasto Starachowice-Wierzbnik. Pod samodzielną nazwą Starachowice zaczęły funkcjonować po wojnie. W Starachowicach urodzili się m.in. aktorzy Krystyna Janda, Bogusz Bilewski, Marek Bargiełowski, piosenkarz Janusz Radek i śpiewający poeta Tomasz Kordeusz. O swym dzieciństwie spędzonym w Starachowicach Janda opowiada w książce „Gwiazdy mają czerwone pazury”.
Ja do Starachowic mam stosunek ambiwalentny. Z jednej strony nie lubię tego miasta, z drugiej czuję do niego słabość. Ja też się urodziłem w Starachowicach. Nigdy w tym mieście nie mieszkałem, ale jako dziecko bywałem w nim w czasie wakacji, gdy przyjeżdżałem do rodziny na podstarachowicką wieś. Pamiętam, że wyjazd syrenką wujka na zakupy to było duże wydarzenie, a Starachowice wydawały mi się wielkim miastem.
Ale wróćmy do Geddy’ego Lee, który urodził się w 1953 r. w Toronto. Jego rodzice przyjechali do Kanady w 1947. Nazywają się Mania Rubinstein i Morris Weinrib. Oboje pochodzą ze Starachowic, w 1942 przeżyli likwidację starachowickiego getta, potem pracowali w miejscowym obozie pracy, a jeszcze później byli więźniami obozów koncentracyjnych w Dachau i Bergen-Belsen. W 2006 r. Geddy przyjechał z matką do Starachowic, zobaczyć miejsce, w którym spędziła dzieciństwo i młodość, przypadającą na straszne czasy .
O gehennie starachowickich Żydów pisze amerykański historyk Christopher R. Browning w wydanej niedawno u nas książce „Pamięć przetrwania. Nazistowski obóz pracy oczami więźniów” (wyd. Czarne). Niech Was nie zniechęca tytuł, nie jest to żadna nudna naukowa rozprawa. Browning zdecydował się napisać książkę o mało znanym fragmencie historii polskich Żydów z jednego powodu. Po wojnie w Niemczech odbył się proces gestapowca Walthera Beckera, który dowodził likwidacją starachowickiego getta. Niemiecki sąd uznał jednak zeznania dwudziestu ośmiu świadków obciążających zbrodniarza za niespójne i uniewinnił kata. „Pamięć przetrwania” powstała więc, jak wyjaśnia Browning, żeby Becker przynajmniej odpokutował „swoje winy w piekle historii”.             
W czasie lektury „Pamięci przetrwania” często ściska gardło. I to cholerne poczucie wstydu, gdy się czyta, że Polacy bili brawo i się cieszyli, kiedy starachowiccy Żydzi byli pędzeni do obozu pracy.