piątek, 30 grudnia 2011

Garcia Márquez i Vargas Llosa

Mam przed sobą dwie książki (już chyba kiedyś tak zaczynałem wpis) dwóch południowoamerykańskich noblistów. Pierwsza, już jest w sprzedaży, to „Nie wygłoszę tu mowy” Kolumbijczyka Gabriela Garcii Márqueza. Druga, „Listy do młodego pisarza” (premiera 26 stycznia), jest autorstwa Mario Vargasa Llosy. Co łączy obie książki (poza tym że są świetnie napisane i są niewielkie objętościowo)? To mianowicie, że z obu możemy się sporo nauczyć.
Książka Márqueza to zbiór przemów, wygłoszonych przez niego przy różnych okazjach. Jest tu m.in. mowa wygłoszona w 1982 roku w Sztokholmie, gdy pisarz odbierał nagrodę Nobla. Oto fragment tego tekstu zatytułowanego „Toast za poezję”:

„W każdej pisanej przeze mnie linijce zawsze staram się , z lepszym lub gorszym skutkiem, przywołać nieprzystępne duchy poezji i pozostawić w każdym słowie świadectwo mojego oddania dla jej wieszczych przymiotów i dla jej nieustającego zwycięstwa nad głuchymi siłami śmierci”.
Kiedy w październiku 2011 r. Vargas Llosa przyjechał do Polski, opowiadał m.in. o swoim pisarstwie (pisałem o tym w Notesie). „Listy do młodego pisarza” są pełnym rozwinięciem jego myśli z tamtego spotkania. Tutaj zacytuję tylko jeden fragment:
„Pośród rozlicznych rozterek związanych z powołaniem literackim jednego jestem pewien: pisarz ma głębokie przekonanie, że twórczość literacka to coś najwartościowszego, co go spotkało i może spotkać, najlepszy możliwy dlań sposób życia, niezależnie od ewentualnych konsekwencji społecznych, politycznych czy społecznych”.

Być może warto rozmawiać, ja natomiast jestem pewien, że warto czytać. Zwłaszcza noblistów.

Gabriel Garcia Márquez, „Nie wygłoszę tu mowy”. Przełożyła Weronika Ignas-Madej, Muza S.A. 2011, s. 124.
Mario Vargas Llosa, „Listy do młodego pisarza”. Przekład Marta Szafrańska-Brandt, Znak 2012, s. 122.

czwartek, 29 grudnia 2011

Berlin, późne lato

Taki właśnie tytuł kołacze mi się w głowie. „Berlin, późne lato”. Chodzi oczywiście o moją nową powieść, którą dopiero zacząłem pisać, a będę nad nią pracował pewnie z rok. Można więc by powiedzieć, że dysponuję kluczykiem do samochodu, który jeszcze nie został zbudowany (na razie gotowy jest zderzak i kilka elementów silnika).

Tylko że z tytułami jest różnie – w ostatniej chwili może pojawić się nowy. Ale w tym przypadku dorobienie nowego kluczyka do gotowego samochodu nie będzie problemem.

Na zdjęciu: Berlin, 1939
Fot. Deutsches Bundesarchiv

środa, 28 grudnia 2011

No to się pisze nową książkę

Chociaż syreny zamilkły, Otto jeszcze długo słyszał ich wycie w swej głowie, raz wysokie, raz niskie tony rozbijały mu czaszkę od wewnątrz. Zasnął o piątej, a po siódmej już wstał, tym razem obudzony przez budzik. Półprzytomny pokuśtykał do kuchni, nastawił wodę na kawę i zrobił sobie śniadanie: pajdę gliniastego chleba z marmoladą. Kończyły mu się i tak skromne zapasy i z niechęcią pomyślał, że znów go czeka stanie w długiej kolejce po coś do jedzenia. Coś, co akurat będzie można kupić. Z przyjemnością zjadłby porządną zupę, lecz na to nie miał co liczyć i co go zresztą specjalnie nie martwiło. Kupi zapewne to, co zwykle. Chleb, kawę, margarynę lub masło, a jeśli mu się poszczęści, to cukier i kawałek sera. Słyszał w radiu wielokrotnie: mimo wojny i reglamentacji, zaopatrzenie stolicy w żywność jest doskonałe, a spożycie mięsa wręcz wzrosło na początku roku. Rolf wyjaśnił mu dlaczego. Mięso pochodziło ze wschodu, z rosyjskich i ukraińskich gospodarstw, a raczej z tego, co z nich zostało po przejściu frontu. Wycofujące się wojska niemieckie zabijały należące do bolszewików zwierzęta i wysyłały je do ojczyzny. Najwięcej trafiało do Berlina. – Za rok już tak dobrze nie będzie – przewidywał Rolf, a jego przepowiednie właśnie zaczęły się sprawdzać. Mięsne transporty przychodziły coraz rzadziej, więcej przyjeżdżało pociągów z rannymi.
Otto siedząc wysunął lewą nogę, która bolała go zawsze w deszczowe i zimne dni, a także rano, niezależnie od pogody. To była pamiątka z Wielkiej Wojny. W okopach spędził raptem dwa dni, podczas ostrzału ranił go odłamek francuskiego szrapnela i Otto został odesłany do szpitala na tyłach. Młody niedoświadczony lekarz wyjął mu z nogi żelazny fragment pocisku, ale przy okazji uszkodził nerw. Od tamtej pory Otto lekko utykał, jego kończyna nie dawała się wyprostować w kolanie, jednak przez długie lata nie uskarżał się na swój los. Mógł przecież, tak jak wielu jego rówieśników, w ogóle nie wrócić do domu albo wrócić – z dużo poważniejszym okaleczeniem.
Kiedy więc latem tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego razem z Elsą odprowadzali Ericha na Dworzec Anhalcki, bo stamtąd pociągi zabierały żołnierzy 6. Armii na wschód, modlił się w skrytości, żeby synowi przydarzyło się to, co jemu ćwierć wieku wcześniej: jakaś niegroźna kontuzja, dzięki której chłopak znajdzie się na tyłach frontu.
Rok wcześniej, gdy Erich wyruszał na podbój Francji, modlił się podobnie, lecz jego prośby też nie zostały wysłuchane. Z Paryża syn przywiózł Elsie perfumy i jedwabne pończochy, a jemu koniak i butelkę prawdziwego szampana. Nie pytali go, w jaki sposób zdobył te prezenty.
Wtedy, na Dworcu Anhalckim, pośród głośnego tłumu wojskowych i cywilów, widział Ericha po raz ostatni.

Na zdjęciu: Berlin, 1933, Potsdamer Platz
Fot. Waldemar Titzenthaler

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Thompson, czyli dekadencja i gonzo

Żeby przed lekturą mieć wyobrażenie, czym jest „Dziennik rumowy”, trzeba przywołać Hemingwaya, Bukowskiego i Lowry’ego. Ale za tą książką kryje się jedyny w swoim rodzaju pisarz – Hunter S. Thompson.

Polscy czytelnicy znają Thompsona z powieści „Lęk i odraza w Las Vegas”, a także z jej ekranizacji („Las Vegas Parano”) z Johnny Deppem w roli głównej (Depp był przyjacielem autora). Opublikowany przez Niebieską Studnię „Dziennik rumowy” jest de facto pierwszą powieścią tego amerykańskiego pisarza i dziennikarza. Zaczął ją pisać w 1960 r., a opublikował dopiero w 1998.

Thompson, miłośnik alkoholu i narkotyków, zasłynął jako twórca stylu gonzo, łączącego reportaż z powieścią, fikcję z wydarzeniami autentycznymi. „Dziennik rumowy” nie jest może tak dobrym przykładem gonzo jak „Lęk i odraza w Las Vegas”, lecz z pewnością daje pojęcie o tym stylu. Głównym bohaterem książki jest amerykański dziennikarz Paul Kemp, który na początku lat 60. XX wieku włóczy się po świecie w poszukiwaniu zatrudnienia w którejś z anglojęzycznych gazet. W końcu zostaje reporterem w „Daily News”, ledwo zipiącej gazecie, ukazującej się w Puerto Rico.

Gorący klimat karaibskiej wyspy nie służy takim ludziom jak Kemp i jego znajomi z redakcji. Poza tym tubylcy nie przepadają za dziennikarzami, co jakiś czas „na mieście” dochodzi do poważnych awantur między reporterami a miejscowymi. Podstawowym zajęciem Kempa, Sali, Yeamona czy ponętnej blondynki imieniem Chenault jest picie rumu z lodem. Bardzo dużej ilości rumu. Kemp i spółka prawie bez przerwy są pijani. Upał i alkohol sprzyjają wybrykom graniczącym czasami z szaleństwem.

Bohaterowie „Dziennika rumowego” żyją z dnia na dzień, nie planują przyszłości. Jeśli mają marzenia, to ich nie ujawniają, jakby się ich wstydzili. Są samotni. Nie liczą specjalnie na miłość, najwyżej na seks. Wiedzą, że nigdzie nie zagrzeją na dłużej miejsca, ważne, żeby mieć trochę dolarów na rum i mieszkanie.

Tę dekadencką powieść można traktować jako zapowiedź tego, co wydarzyło się później: w 2005 roku 68-letni Thompson popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę. Tym samym styl gonzo w najbardziej ekstremalny sposób wyszedł poza literaturę. Autor „Dziennika rumowego” wykazał się także pośmiertną fantazją. Jego prochy zostały wystrzelone z armaty w kształcie logo gonzo (zaciśnięta pięść trzymająca dojrzały pejotl, który jest rośliną o narkotycznym działaniu). Uroczystość odbyła się przy dźwiękach piosenki „Mr. Tambourine Man” Boba Dylana.

Hunter S. Thompson, „Dziennik rumowy”. Przełożył Krzysztof Skonieczny, Niebieska Studnia 2010, s. 238

(recenzję publikowałem wcześniej w Salonie Kulturalnym)

niedziela, 25 grudnia 2011

Berlin 1943

Berlin późnym latem 1943 był coraz częściej bombardowany przez samoloty RAF-u, choć apogeum miało dopiero nadejść w listopadzie. Na froncie wschodnim Niemcy powoli zaczynały odwrót, co odbiło się na codziennym życiu mieszkańców stolicy, racje żywnościowe były coraz mniejsze. Na rozkaz Goebbelsa pozamykano kina, teatry i restauracje.

Oczywiście, mimo różnych niedogodność, sytuacja berlińczyków w tamtym czasie była o niebo lepsza niż warszawiaków. Dość powiedzieć, że podczas wojny nikt w Berlinie nie umarł z głodu (jeśli śmierć głodowa nie spotkała berlińskich Żydów, to tylko dlatego, że w większości zostali deportowani do obozów zagłady).

W takim oto Berlinie, który wcale nie jest moim ulubionym miastem, będzie się toczyć akcja mej nowej książki. I nie będzie to kryminał.

sobota, 24 grudnia 2011

Życzę Wam

zdrowych i spokojnych Świąt,
dużo szczęśliwych chwil,
ciekawych książek,
szczypty prawdziwej poezji
i żebyście na swej drodze spotykali
jak najwięcej dobrych i mądrych ludzi
                                         Grzegorz

piątek, 23 grudnia 2011

Moje wiersze w kwartalniku

Ukazał się nowy numer „Świętokrzyskiego Kwartalnika Literackiego”. A w nim sześć moich wierszy z tomiku „Data”.

Obecnie „ŚKL” jest kwartalnikiem tylko z nazwy. Najnowsze wydanie to poczwórny numer (31-34), w sumie aż 280 stron z wierszami, esejami, recenzjami. Czasopismo wychodzi pod egidą kieleckiego Oddziału Związku Literatów Polskich, któremu szefuje Stanisław Nyczaj, zarazem redaktor naczelny „ŚKL”.

Dobrze, że kwartalnik wychodzi, w czasach gdy tytuły kulturalno-literackie z przyczyn finansowych praktycznie znikły z rynku, takie wydawnictwo jest ewenementem (dotuje je Urząd Marszałkowski). Nie mogę się jednak powstrzymać przed kąśliwością, choć pewnie z grzeczności nie powinienem tego robić, skoro są w nim moje wiersze. Powinienem cmokać z zachwytu. Ale ja nie zawsze jestem grzeczny.

Otóż, według mej oceny, nie wszystkie teksty, jakie się w „ŚKL” znalazły, zasłużyły na publikację. Szlag mnie trafia, gdy czytam o „ojcowiznach”, „szczytach pamięci”, „pamięci rozpłomienionej”, „lustrze ostatnich kropel ciemności”, „łzie pod powieką”. Ta ocierająca się o grafomanię poezja mnie mierzi i nie chcę mieć z nią nic wspólnego. I jeszcze jedno – gdy wydawca recenzuje wydaną przez siebie książkę, to już żenada.

czwartek, 22 grudnia 2011

Podpisałem umowę z Dobrą Literaturą

Teraz mogę już to oficjalnie potwierdzić: podpisałem umowę z wydawnictwem Dobra Literatura na wydanie mojej powieści „Droga do Tarvisio”.

Książka, nad którą pracowałem pół roku, będzie liczyć ok. 200 stron, jej wydanie planowane jest na kwiecień 2012 r. (choć zawsze może być poślizg). Ukaże się w serii Z Wykrzyknikiem i będzie dystrybuowana w całej Polsce, w księgarniach tradycyjnych i internetowych.

Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać i przygotowywać się do pisania nowej powieści, zupełnie innej od tego, co dotychczas publikowałem.

niedziela, 18 grudnia 2011

Václav Havel nie żyje

Václav Havel w 2008 roku
Takich wiadomości nie chce się przekazywać. Zmarł Václav Havel, jeden z najwybitniejszych Czechów, były prezydent Republiki Czeskiej, w czasach komuny wielokrotnie więziony opozycjonista, przyjaciel Polski i oczywiście – świetny dramaturg. Spektakle według jego sztuk – „Audiencja” i „Protest” – miałem przyjemność oglądać w czasach, gdy Polska szykowała się już do zmiany ustroju, ale autor był jeszcze więziony w czeskim więzieniu. Potem wybuchła aksamitna rewolucja i Havel został prezydentem.

I już Go nie ma, tak znakomitego czlowieka. Niech to szlag.

Fot. David Sedlecký

sobota, 17 grudnia 2011

Tak mogłaby się zaczynać powieść

Znów obudził się niewyspany. W nocy był kolejny nalot i razem z innymi mieszkańcami kamienicy musiał do trzeciej nad ranem siedzieć w schronie, który był niczym innym jak piwnicą, aż odwołano alarm przeciwlotniczy. Dopiero wtedy blokowy, który nazywał się Hinze, łaskawie pozwolił im wrócić do mieszkań. Tej nocy bomby spadały daleko od nich, gdzieś na przedmieściach Berlina, chyba w rejonie Spandau. Choć właściwie Otto nie miałby nic przeciwko, gdyby jakiś angielski lotnik wreszcie dobrze wycelował i trafił w ich dom. Tylko tego małego pani Müller byłoby szkoda, dziecko nie było niczemu winne, może jeszcze doktora Schneidera zajmującego mieszkanie pod nim, dla pozostałych nie znalazłby współczucia. Dla siebie też nie.

Tak mogłaby się zaczynać moja nowa powieść, której akcja toczyłaby się w Berlinie, jesienią 1943 roku. Może zresztą będzie się tak zaczynać.

środa, 14 grudnia 2011

Najlepsza książka roku 2011

W Salonie Kulturalnym wybraliśmy najlepsze książki roku 2011 w kategoriach literatura piękna oraz literatura faktu. W tej pierwszej pierwsze miejsce zajęła powieść Huberta Klimko-Dobrzanieckiego „Bornholm, Bornholm”, w drugiej książka Timothy’ego Snydera „Skrwawione ziemie”.
Dzisiaj przypominam, publikowaną w Salonie, swoją recenzję „Bornholm, Bornholm”:
Nareszcie świetna polska powieść, która na dodatek nie jest kryminałem! „Bornholm, Bornholm” ma dwóch głównych bohaterów, których życie związane jest z duńską wyspą na Bałtyku. Pierwszy, Horst Bartlik, jest Niemcem – poznajemy go w przeddzień wybuchu drugiej wojny światowej. Drugi to żyjący współcześnie Duńczyk, którego imienia nie znamy. Historie obu przeplatają się w powieści, zmienia się też narracja z trzecioosobowej – w przypadku Bartlika, na pierwszoosobową – w przypadku drugiego bohatera.
Obaj mężczyźni nie mają ze sobą nic wspólnego, ale pozornie. Ich osobiste życie się sypie. Horst stwierdza, że z żoną go nic nie łączy, szuka pocieszenia w okazjonalnym seksie i z ulgą, podobnie jak jego żona, przyjmuje powołanie do wojska do garnizonu na Bornholmie.  Duńczyk opowiada o swoim nieudanym życiu przemawiając do matki pozostającej w śpiączce. Nareszcie może być szczery i wyjawić, jak dzieciństwo z toksyczną matką, która wychowywała go samotnie na Bornholmie, boleśnie zaważyło na jego dorosłości. Bohaterowie „Bornholm, Bornholm” zmagają się z fatalizmem i samotnością, obaj rozpaczliwie szukają miłości.
Książka Dobrzanieckiego przekonuje psychologizmem postaci i realiami niemiecko-duńsko-angielsko-bornholmskimi. Znajdziemy w niej także posępny klimat utworów Thomasa Bernharda, może dlatego, że polski pisarz obecnie mieszka w Wiedniu, a mieszkając tam przesiąkł Bernhardowską dekadencją, co jest komplementem. Z kolei wieloletnim pobytem autora na Islandii można by tłumaczyć emocjonalny chłód, jakim obdarzył niektóre postaci swej książki. Tylko że oczywiście byłaby to zbyt prosta interpretacja tej mistrzowskiej prozy. Prozy uniwersalnej, w której nie ma zbędnych słów, jest za to esencja prawdziwej literatury. Brawa dla autora.  
Hubert Klimko-Dobrzaniecki, „Bornholm, Bornholm”, Znak 2011, s. 240.

wtorek, 13 grudnia 2011

Radio Kielce, wtorek, godz. 19.30-21.00

Dzisiaj w audycji „Dobry wieczór – wieczór z literaturą” Radia Kielce, jako zaproszony gość, będę się odrobinę udzielał. Na tematy literackie, rzecz jasna. A zaprosiła mnie redaktor Eliza Kumańska. Jeśli będziecie mieli czas i chęć, zapraszam do słuchania. Przez Internet też można.

sobota, 10 grudnia 2011

Moja powieść wyjdzie w Dobrej Literaturze

Dobre wieści dla siebie przywiozłem z Łodzi, z Salonu Ciekawej Książki, gdzie spotkałem się z Agnieszką Brzezińską, właścicielką wydawnictwa Dobra Literatura. To właśnie Dobra Literatura opublikuje w kwietniu 2012 r. moją powieść „Droga do Tarvisio”. Książka ukaże się w twardej okładce, w nowej serii Z Wykrzyknikiem.

I wiecie co? Cieszę się.

piątek, 9 grudnia 2011

Dziś Remarque, w sobotę Łódź

W sobotę jadę do Łodzi na Salon Ciekawej Książki, na którym nigdy nie byłem. Odbędę też ważne dla mnie spotkanie. Chodzi o moją powieść „Droga do Tarvisio”.

Kilka dni temu otrzymałem z Bellony „Na ziemi obiecanej”. To nie dokończona powieść Ericha Marii Remarque’a o ludziach ocalałych z Holocaustu. Remarque zaczął ją pisać dwa lata przed śmiercią, miała być zwieńczeniem jego pisarstwa. Finału nie zdążył napisać; tego, jak się powieść kończy, możemy się tylko domyślać na podstawie notatek autora dołączonych do książki.

Tymczasem sięgnąłem po inną powieść Remarque’a „Czas życia i czas śmierci”. Twórczość niemieckiego pisarza obracała się wokół tych samych tematów: wojny, emigracji, smutnych miłości, bezradności człowieka wobec Historii. Tak jest w „Na ziemi obiecanej”, tak jest w „Czasie życia i czasie śmierci” i innych książkach. Wszystkie jego utwory tworzą jedną wielką, wspaniałą powieść.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Wygrali tomik „Data”

Pierwszy konkurs, jaki zorganizowałem w Notesie, już się zakończył. Niestety, nie mogłem nagrodzić wszystkich uczestników, choć chętnie bym to zrobił. Ale trzy osoby otrzymają po tomiku „Data” z autorską dedykacją.

Najpierw odpowiedź na konkursowe pytanie: „Sierżant Garcia nie żyje” (chodziło o tytuł mojego poprzedniego tomiku wierszy).

A tomik „Data” wylosowali:

Irena z Damasławka
Edyta z Gliwic
Krzysztof z Czarnocina

Gratuluję nagrodzonym – mam nadzieję, że moje wierszyki przypadną Wam do gustu. A wszystkim, którzy wzięli udział w konkursie, bardzo dziękuję za zainteresowanie!

piątek, 2 grudnia 2011

O Pradze raz jeszcze

Nie mogę uwolnić się od Pragi. Ale też i nie chcę.

Czytam książkę francuskiego pisarza Laurenta Bineta pt. „HHhH”, którą dostałem z Wydawnictwa Literackiego. To rzecz o zamachu na kata Pragi Reinharda Heydricha, dokonanym w 1942 r. przez dwóch czechosłowackich cichociemnych. Specjalnie piszę „czechosłowackich”, ponieważ Josef Gabčik był Słowakiem, a Jan Kubiš Czechem.

Ich czyn, według mnie, był jednym z najdonioślejszych aktów oporu w okupowanej Europie. Wspominam o tym w swojej powieści „Droga do Tarvisio”, która dopiero się ukaże.

A Laurent Binet poświęcił temu zamachowi całą książkę. Jego „HHhH” (to skrót od niemieckiego Mózg Himmlera nazywa się Haydrich) jest powieścią autotematyczną, czyli powieścią o pisaniu powieści o Heydrichu, Gabčiku, Kubišu, Pradze i II wojnie światowej. Ze względu na temat bardzo bliska mi to książka i nie mogę się od niej oderwać. A skoro nie mogę się oderwać, znaczy, że jest dobra.

Gdy byłem w Pradze, odwiedziłem oczywiście cerkiew św. Cyryla i Metodego, w której kryptach po zamachu ukrywali się Gabčik i Kubiš. I gdzie, zdradzeni, zginęli.

środa, 30 listopada 2011

Tomik „Data” do wygrania – konkurs

No dobra, zbierałem się i zbierałem, aż wreszcie zebrałem. Zanim ukaże się moja powieść (rokowania są dobre), chcę Wam zaproponować konkurs, w którym nagrodami są trzy egzemplarze mojego nowego tomiku „Data”.

Aby jednak całkiem łatwo nie było (w końcu to konkurs), proszę, żebyście odpowiedzieli na jedno pytanie:

Jaki tytuł nosi mój poprzedni, wydany przed „Datą”, tomik?

Zapraszam! Maile z odpowiedziami nadsyłajcie na ten adres: g.kozera@op.pl (podpowiadam, że odpowiedź znajdziecie na Notesie). Termin do niedzieli 4 grudnia br. Potem dokonam losowania i do trzech zwycięzców wyślę po tomiku z dedykacją.

niedziela, 27 listopada 2011

Znów o psie

Jeśli się śmiejesz, że o psie znów piszę,
Musisz to wiedzieć, wesoły kolego,
Że od ludzi może wszystko mnie spotkać,
A od mego psa – nic złego.

czwartek, 24 listopada 2011

Odwyk

Wyznam wam szczerze, jak na spowiedzi,
Nawet jeżeli was to zniesmaczy,
Ale od dawna to we mnie siedzi:
Poetów mają w dupie Polacy.

Więc się czasami sam pukam w czoło,
Bo na cholerę są mi te wiersze.
Wiedzą to przecież wszyscy wokoło:
Pisanie wierszy jest niedzisiejsze.

Tak jak czytanie – zupełne passé,
Jednak wyłącznie to moja wina,
Nikt mi nie kazał, skoro jest to złe,
Lubić Herberta. I Jesienina.

I składać strofy głupio nocami,
Jakby mnie siłą do krzesła przykuł.
I myślę sobie, że wszystko na nic,
Po raz kolejny skończę na odwyku.

wtorek, 22 listopada 2011

Mendoza w starym, dobrym stylu


Być może „Niewinność zagubiona w deszczu”, jak zauważył któryś z recenzentów, jest tylko wprawką literacką Eduarda Mendozy, ale niejeden pisarz chciałby zapewne być autorem podobnej wprawki.

Sam Mendoza, ceniony również w Polsce hiszpański pisarz, nazywa „Niewinność…” opowiadaniem, do którego napisania zainspirowały go własne doświadczenia z teatrem. Jednak na dobrą sprawę jedyne, co łączy ten utwór z „teatralnością”, to niewielka liczba głównych bohaterów. Jest ich troje: zakonnica Consuelo, bogaty ziemianin Augusto Aixelà de Collbató oraz pewien rozbójnik, który pojawia się w dalszej części opowiadanej historii.

A rzecz się dzieje w prowincji Barcelona w połowie XX wieku. Do don Augusta przychodzi młoda przeorysza, z prośbą o wsparcie dla prowadzonego przez siostry szpitala, z którego zakonnica chciałaby zrobić przytułek dla starych ludzi. Bogacz, znany nie tylko w okolicy uwodziciel i utracjusz, nie udziela jednoznacznej odpowiedzi. Siostra Consuelo będzie więc jeszcze przychodzić do niego wielokrotnie, za każdym razem z coraz większą chęcią. Zła opinia, jaką ma ziemianin, niewiele dla mniszki znaczy, płomienne uczucie, którą nią zawładnie, jest silniejsze…

„Niewinność…” jest melodramatem pozbawionym patosu i tkliwości, nie potępiającym nikogo. W tym niewielkich rozmiarów utworze znalazło się też miejsce na powieść łotrzykowską i obyczajową. Mendoza, który zwykle ma skłonność do ironii i groteski, tym razem obywa się bez nich. Książkę czyta się znakomicie, bo i znakomicie jest napisana.

Eduardo Mendoza, „Niewinność zagubiona w deszczu”. Tłumaczenie Zofia Wasitowa, Znak literanova, Kraków 2011, s. 134.

(powyższą recenzję publikowałem najpierw w Salonie Kulturalnym)

czwartek, 17 listopada 2011

Broniewski: Polak, katolik, alkoholik

Tytuł nie jest drwiną. Takimi słowy przedstawiał się Władysław Broniewski, jeśli wyczuwał, że jego rozmówca miał poczucie humoru (dzisiaj też nie każdemu by się to spodobało, znam takich). A wiem to z książki, którą dostałem z wydawnictwa Iskry. To biografia poety znakomicie napisana przez Mariusza Urbanka, a zatytułowana „Broniewski. Miłość, wódka, polityka”.
Pan Antoni Szperlich z Iskier był tak dobry, że do biografii dorzucił mi jeszcze wybór poezji Broniewskiego „Wierszem przez życie”. Nie jestem pewien, czy wiedział, jaką mi niespodziankę sprawi. Szkoła, na szczęście, nie zdołała mi obrzydzić Broniewskiego. W domu moich rodziców był album z fotografiami i wierszami Broniewskiego, wydany niedługo po śmierci poety w 1962 r. Czasami więc czytałem jego utwory i nie było to „Słowo o Stalinie” ani wiersze sławiące rewolucję, socjalizm itp. Były tam za to przepiękne i przejmujące liryki, zwłaszcza te adresowane do Anki – tragicznie zmarłej córki poety.
O wielowymiarowości czy też niejednoznaczności Broniewskiego pisze Mariusz Urbanek i w biografii, i we wstępie do zbioru wierszy. Tak, Broniewski nie był człowiekiem ze spiżu, w jego życiu było wiele dramatów, zakrętów, uległości – zwłaszcza powojenny kompromis z komunistami zaważył na ocenie jego poezji. Ale jeśli odrzucimy ideologię, to okaże się, że większość tych utworów to poezja najwyższej klasy. I za to cenię Broniewskiego, że był prawdziwym – nie, nie Polakiem – poetą.

Urodziny Jasnorzewskiej – w Szczecinie

24 listopada br. minie 120. rocznica urodzin Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Poetka urodziła się w Krakowie, lecz nie wiem, czy tam w jakiś szczególny sposób będzie świętowana ta rocznica. Wiem za to, że w Szczecinie – tak. Właśnie tam 24 listopada o godz. 12.30 w Książnicy Pomorskiej odbędzie się spotkanie literackie pn. „Urodziny Lilki”. W programie czytanie wierszy poetki, gawęda o niej, wystawa pamiątek, a na koniec degustacja urodzinowego tortu.

Poniżej zamieszczam plakat imprezy, jaki mi przesłał Rafał Podraza, szczeciński dziennikarz i poeta, propagator twórczości Magdaleny Samozwaniec – siostry Jasnorzewskiej.

wtorek, 15 listopada 2011

I tak, jako dezinformator, trafiłem na antysemickiego bloga

Długo na to czekałem. Pewien jawnie antysemicki blog (a może portal? serwis? diabli wiedzą co to jest) raczył był przekopiować moją recenzję „Cmentarza w Pradze” Eco, którą opublikowałem w Salonie Kulturalnym oraz mój wpis z Notesu poświęcony Staremu Cmentarzowi Żydowskiemu w Pradze.

W jednym i drugim tekście pisałem, że choć tzw. Protokoły Mędrców Syjonu są fałszywką i bredniami, i tak są tacy, którzy uznają je za prawdziwe. No i miałem rację, czego dowodzi komentarz wspomnianego antysemickiego bloga (pisownia i interpunkcja oryginalna):

ta recenzja jest klasycznym przykładem dezinformacji. Protokóly sa u nas .... w obu domenach. Poniewaz mamy teraz pełny i bezpośredni dostęp do informacji z całego świata ( tel komórkowe) wystarczy porównac zdarzenia w Afryce – Wiosna Arabska , ludobójstwo w Norwegii , dodać butne wypowiedzi Przydenta Obamy, Sarkozego i Putina i porównać z Protokółami. Recenzja będzie oczywistym bełkotem i dodatkowym potwierdzeniem istnienie i stosowani Protokółów .Dodajmy do tego to co się dzieje z Polską w ostatnie 20 lat!!Czysta poezja kłamstwa i dezinformacji .. jak w notesie poniżej! My to jednak poetom wybaczamy –i trudno im odmówic wyobrazni – bo ta właśnie produkuje kłamstwa i fałsz.

Specjalnie nie podaję nazwy owego serwisu (to to wykropkowane miejsce), bo nie chcę mu robić reklamy. Powiem tylko, że prowadzi go niejaki Bohdan Szewczyk z Kanady, człowiek biedny, bo prosi o datki i podaje swoje konto. Poza tym jak wiadomo, w Kanadzie przestrzenie są duże, więc wszystko lepiej widać, wszelakie spiski również. Zdrowia życzę panu Szewczykowi, jest mu potrzebne.

A być uznanym przez antysemitę za dezinformatora – dla mnie to komplement.

sobota, 12 listopada 2011

„Ale” robi różnicę

Usłyszałem dzisiaj, jak pewien trzydziestoparoletni mężczyzna mówi: „Ja tam jestem tolerancyjny, ale prawda jest taka, że rządzą nami pedały i transwestyci”.

Kiedyś indziej ktoś inny powiedział o sobie: „Nie jestem antysemitą, ale przecież za tym wszystkim stoją Żydzi”.

Innym razem usłyszałem: „Ci Wietnamczycy faktycznie ciężko zapieprzają, ale czemu jest ich tak dużo w Polsce?”.

Jeśli ktoś tak konstruuje swoją wypowiedź, jest dokładnie odwrotnie niż chciałby, żeby uważano. Czyli: jest nietolerancyjny, jest antysemitą, jest ksenofobem.

To „ale” robi dużą różnicę. I odsłania prawdę.

piątek, 11 listopada 2011

„Wycinka” Bernharda, czyli rzecz o zakłamaniu

„Wycinka” to wybitna powieść wybitnego pisarza, jakim bez wątpienia był Thomas Bernhard, choć nie jest to proza na każdy gust, a częste powtórzenia, jeśli się ich nie polubi lub nie zaakceptuje, mogą drażnić. Ale mnie to pisarstwo swoją bezkompromisowością zachwyca od dawna.

Polscy miłośnicy twórczości austriackiego pisarza Thomasa Bernharda (1931-1989) w ostatnich miesiącach mają powody do zadowolenia, w trzech różnych wydawnictwach ukazały się bowiem Bernhardowskie „Autobiografie”, „Moje nagrody” „Dawni mistrzowie” i „Spotkanie. Rozmowy z Kristą Fleischmann”, a Czytelnik zapowiada jeszcze „Korektę”. Tymczasem przeczytałem „Wycinkę. Ekscytację”, rzecz znakomitą, zarazem bardzo charakterystyczną dla autora „Wymazywania”. To na pewno jedna z najlepszych książek, z którymi dane było mi obcować w tym roku.

Powieść jest monologiem, prowadzonym przez narratora, który siedzi w półmroku w „uszatym fotelu” podczas tzw. „artystycznej kolacji” w wiedeńskim mieszkaniu. Został tu zaproszony przez małżeństwo Auersbergerów, swoich przyjaciół z młodości, z którymi jednak przez ćwierć wieku nie utrzymywał żadnego kontaktu. Okazją do zorganizowania „kolacji artystycznej” jest wizyta starego aktora Burgtheater, sławnej wiedeńskiej sceny, o której jednak narrator, podobnie jak Bernhard, ma bardzo złe zdanie.

Tylko że złe zdanie bohater „Wycinki” ma również o wszystkich gościach uczestniczących w tym spotkaniu. Siedząc w „uszatym fotelu”, na uboczu, rozprawia się w myślach z kabotyńskim małżeństwem Auersbergerów, pozerskim aktorem Burgtheater i zwyczajnie głupią pisarką Jeannie Billroth. Narrator szydzi, drwi i okazuje pogardę zakłamanym wiedeńczykom, na których patrzy tego wieczoru. Nie ma litości dla nikogo, jedynym wyjątkiem w „Wycince” jest Joana, niespełniona artystka, wspólna przyjaciółka narratora i Auersbergerów, która kilka dni wcześniej powiesiła się. „Kolacja artystyczna” jest także stypą po niej, tyle że o zmarłej nikt nie pamięta – poza narratorem.

Książka w momencie opublikowania (1984) wywołał skandal w Austrii, ponieważ dawny przyjaciel Bernharda, kompozytor Lampersberg dostrzegł siebie w postaci Auersbergera – homoseksualisty i alkoholika, i pozwał za to autora do sądu. Ale dla czytelnika polskiego fakt ten nie ma większego znaczenia, ta proza jest wielka trafnością i uniwersalnością ostrych ocen – nie tylko artyści i nie tylko wiedeńscy potrafią być zakłamani i nikczemni.

Chcecie posmakować mistrzowskiej literatury? Czytajcie Bernharda.

Thomas Bernhard, „Wycinka. Ekscytacja”. Przełożyła Monika Muskała, Czytelnik, Warszawa 2011, s. 189.

(powyższą recenzję publikowałem wcześniej w Salonie Kulturalnym)

środa, 9 listopada 2011

„Ziarno prawdy” – pierwszorzędny kryminał

Poniżej zamieszczam swoją recenzję „Ziarna prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego, jaka ukazała się wcześniej w Salonie Kulturalnym.

Znacie takie kryminały, że choć jest godzina pierwsza w nocy, a rano trzeba wstać, to nie możecie się od nich oderwać, bo zostało sto stron do końca, a Wy – kosztem snu – chcecie się dowiedzieć, kto zabił? Raz na jakiś czas trafiają się takie książki. Należy do nich nowa powieść Zygmunta Miłoszewskiego „Ziarno prawdy”.

Powieść jest nowa, ale jej autor jest już znany czytelnikom, m.in. za sprawą świetnego kryminału „Uwikłanie”, który doczekał się filmowej adaptacji. W „Uwikłaniu” śledztwo prowadził prokurator Teodor Szacki, w „Ziarnie prawdy” również on jest głównym bohaterem, jest jednak zasadnicza różnica: pan prokurator przeniósł się po rozwodzie z Warszawy do Sandomierza. Tak, Sandomierza znanego z kryminalnego serialu „Ojciec Mateusz” . W książce Miłoszewskiego jest zresztą kilka ironicznych odniesień do tej telewizyjnej produkcji. Przy czym „Ojciec Mateusz” przy „Ziarnie prawdy” to uładzona opowiastka dla grzecznych dzieci.

Jest 2009 rok, tuż po Wielkanocy. Obok Archiwum Państwowego, mieszczącego się w dawnej synagodze, znalezione zostają zwłoki Elżbiety Budnik, miejscowej działaczki społecznej, kobiety o nieskazitelnej opinii. Nie ulega wątpliwości, że kobieta została zamordowana, przy czym zabójstwa dokonano przy użyciu noża, jaki jest wykorzystywany przy koszernym uboju zwierząt. Wskazywałoby więc to, że zbrodni dopuścili się właśnie Żydzi albo że jest to prowokacja. Tymczasem kolejna ofiara zostaje zabita również w „rytualny” sposób…

Zygmunt Miłoszewski w swoim kryminale wkroczył na – szczególnie w Polsce – grząski grunt antysemityzmu, ksenofobii oraz leżącego na drugim biegunie filosemityzmu. Ale powiedzmy też, że poradził sobie z tym znakomicie, cykającą bombę rozbroił ironią, sarkazmem i humorem. Jego „Ziarno prawdy” to kapitalna intryga, bohaterowie nie szeleszczący papierem, świetnie sportretowany Sandomierz i… trochę pikanterii obyczajowej.

Nie ma co więcej mówić: to pierwszorzędny kryminał!

Zygmunt Miłoszewski, „Ziarno prawdy”, W.A.B., Warszawa 2011, s. 399.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Sekundnik

Czasami
zatrzymuję czas

przypadkowo
i niechcący

patrzę na cyferblat
a sekundnik
pod moim spojrzeniem
zmienia się
w martwe źdźbło

lecz nie ma w tym
prestidigitatorstwa
tajemnicy
metafizyki
fizyki kwantowej

nic z tych rzeczy

mój zegarek
to stworzenie niedoskonałe

upodabnia się do mnie

sobota, 5 listopada 2011

Targi Książki w Krakowie, 5 listopada 2011 r. Fotorelacja

Targi Książki są świętem dla czytelników (przynajmniej dla tych z Krakowa), ale też zaciemniają obraz polskiego czytelnictwa i rynku książki. Przybywająca do hali targowej masa ludzi złaknionych książek i kontaktu z autorami, mogłaby sugerować, że Polacy czytają dużo. A tak przecież nie jest, czytamy zatrważająco mało, mniej niż Czesi i Rosjanie. Ale co tam, cieszmy się tym kilkudniowym świętem.

Jacek Dehnel podpisywał m.in. powieść „Saturn”

Brytyjski pisarz Graham Masterton

Jakub Porada

Janusz Rudnicki, jeden z moich ulubionych współczesnych pisarzy polskich

Krzysztof Materna i Wojciech Mann

Jacek Dukaj

Marek Krajewski

Elżbieta Dzikowska

Rafał Kosik

wtorek, 1 listopada 2011

Facebook pośmiertny

Gdy mnie już
nie będzie
ile z „Lubię to”
zamieni się w znicze
które ktoś
prawdziwie
przyniesie i zapali
na moim grobie

Praga i jej cmentarze

Jako niepoprawny czechofil nie mogę sobie odmówić pokazania tych fotografii, zwłaszcza dzisiaj.



Grób pisarza Karela Čapka. Cmentarz Wyszehradzki. To dzięki Čapkowi do światowego języka wszedł słowiański robot

    
Grób poety i pisarza Jana Nerudy. Cmentarz Wyszehradzki. Neruda w XIX w. opisał telewizję (która według niego była systemem luster). Swój pseudonim noblista Pablo Neruda wziął właśnie od czeskiego Nerudy


Grób kompozytora Bedřicha Smetany. Cmentarz Wyszehradzki
 
 Cmentarz Wyszehradzki

Grób Franza Kafki. Nowy Cmentarz Żydowski

Grób pisarza Oty Pavla. Nowy Cmentarz Żydowski. O Pavlu, autorze wspaniałej „Śmierci pięknych saren”, śpiewał w latach 80. Andrzej Garczarek w swoim protest-songu „Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał”. Wtedy o Pavlu usłyszałem po raz  pierwszy

Stary Cmentarz Żydowski  


niedziela, 30 października 2011

Jarmark

Zadzwoń do Janka niech dokupi zniczy
a jeszcze roku temu była tutaj z nami
może to i lepiej bo dłużej by grzeszył
wata cukrowa! wata cukrowa!
pan wrzuci do puszki to na renowację
ledwie się wcisnąłem tyle samochodów
mamo mamo ja chcę obwarzanka
ciasno się robi ludzie mrą jak muchy
zobacz jak tamta się dziś zestroiła
nawet się nie męczył rach ciach i po sprawie
w robocie ciężko takie przyszły czasy
muszę się odchudzić bo już się nie mieszczę
pójdziemy na lewo to jest krótsza droga
będzie pół roku jak są po rozwodzie
chyba ze dwa lata pani nie widziałam
najlepiej sztuczne wtedy nie ukradną
w końcu go rzuciła tego pijanicę
przecież mówiłam żebyś włożył czapkę
wszystkich nas to czeka pomódlmy się chwilę
no ale brykę Marian sobie kupił
a ja tam wolę „Taniec z gwiazdami”

chińskie pozytywki piszczą nad grobami

niedziela, 23 października 2011

Tako rzecze Mario Vargas Llosa

Wracam jeszcze do sobotniego spotkania Mario Vargasa Llosy z czytelnikami w Krakowie. Z wypowiedzi Mistrza wynotowałem kilka myśli odnoszących do pisarstwa i roli pisarza. Mam nadzieję, że Was zainteresują.

Obecnie moje powieści są jaśniejsze niż wtedy, gdy byłem młody. Młody pisarz ucieka od przejrzystości, gdyż uważa, że oznacza ona powierzchowność. Ja szukam teraz jasności, co nie oznacza, że pracuje mi się łatwiej i przyjemniej, wręcz przeciwnie.

Najtrudniej jest dobrze opowiedzieć historię, spośród tysiąca sposobów trzeba wybrać jeden, najlepszy.

Niektórzy w Ameryce Łacińskiej uważają, że moje powieści są lewicowe, a moje opinie polityczne prawicowe.

Nie mógłbym tak jak Conard, którego bardzo cenię, pisać w innym języku niż mój ojczysty. Po hiszpańsku myślę, mówię, piszę, marzę i śnię.

Uwielbiam poprawiać samego siebie.

Powieść czy wiersz są w pewnym sensie autobiografią pisarza, ale zawierają nie tylko wydarzenia, które miały miejsce naprawdę, również takie, które mogłyby się wydarzyć, to znaczy autor chciałby, żeby się wydarzyły. Zawierają także jego fantazje, sny i kłamstwa.

Pisarz, który izoluje się od świata, przecina więzy łączące go z rzeczywistością, a tym samym ryzykuje, że jego literatura straci witalność i oddech.

Pisarz ma obowiązek moralny brać udział w tym, co się dzieje w jego kraju. Nie mówię, że musi się angażować w życie polityczne, powinien natomiast uczestniczyć w debacie publicznej. Pisarz może wnieść świeżość do języka, którym posługuje się polityka.

Pisarz jest obecny w swoich bohaterach, w jednych bardziej, w innych mniej, ale jest w każdym z nich.

Powieścią, która zmieniła moje życie była „Pani Bovary” Flauberta, gdy ją przeczytałem, wpadłem w trans niemal religijny i wiedziałem już, że literatura jest moim powołaniem.

Jeśli pisarz przestaje się zajmować formą swoich utworów, jest stracony.

Oprócz pisarstwa zawsze zajmowałem się dziennikarstwem, któremu zawdzięczam wiele tematów do swoich książek.

Mario Vargas Llosa, Kraków 22.10.2011

sobota, 22 października 2011

Mario Vargas Llosa. Kraków 22.10.2011

Do kina Kijów w Krakowie przyszło 600 osób, by zobaczyć i posłuchać laureata Nagrody Nobla, peruwiańskiego pisarza Mario Vargasa Llosę. Autor „Miasta i psów” odpowiadał na pytania Filipa Łobodzińskiego (Newsweek Polska), Macieja Stasińskiego (Gazeta Wyborcza) i Abla Murcii Soriano (Instytut Cervantesa). Na szybko wrzucam kilka zdjęć z tego spotkania.
Mario Vargas Llosa
 
Od lewej: Maciej Stasiński, Abel Murcia Soriano, Mario Vargas Llosa i Filip Łobodziński 




piątek, 21 października 2011

Kierunek Kraków. Llosa

Jeszcze nigdy nie byłem na spotkaniu z laureatem literackiej Nagrody Nobla. Jutro, czyli w sobotę, będę miał szansę uczestniczyć w takim spotkaniu. Wybieram się do Krakowa, by posłuchać, co ma do powiedzenia Mario Vargas Llosa, ubiegłoroczny noblista. Wprawdzie nie dostałem jeszcze potwierdzenia akredytacji, ale i tak wejdę, w każdym razie nie zakładam, że będzie inaczej. Już się cieszę.

P.S. Właśnie dostałem maila z wydawnictwa Znak, że akredytacja czeka na mnie :)

niedziela, 16 października 2011

Copywriterze, ucz się od poetów

Dwa dni spędziłem w stolicy na szkoleniu z copywritingu. Było ciekawe, nie powiem, tylko że dla tych, którzy dopiero stawiają pierwsze kroki w copywritingu i uczą się pisać teksty reklamowe, marketingowe czy informacyjne. Nie chcę wyjść na zarozumiałego buca, ale dużo nowego się nie dowiedziałem. W ciągu ponad 20 lat zawodowego pisania, nawet gdybym nie chciał, tego i owego musiałem się nauczyć. Również tego, co jest przydatne w pracy copywritera.

Ale tak przy okazji wspomnianego szkolenia pomyślałem sobie, że odnajduję się w tym zawodzie nie tylko dzięki wielu latom spędzonym w dziennikarstwie. Również dzięki temu, że mam stały kontakt z poezją, jako piszący, i jako czytający. Nie wiem, jak jest w przypadku innych copywriterów, ale mnie znajomość wierszy Różewicza, Herberta, Szymborskiej, Lipskiej i innych wybitnych współczesnych poetów bardzo pomaga. O Szekspirze nie wspominając. To od nich uczyłem się i ciągle uczę nadawać słowom nowe znaczenia.

środa, 12 października 2011

Koszmary poranne

Poranne wstawanie jest dla mnie rzeczą koszmarną. Przez „poranne” rozumiem pobudkę przed godziną siódmą. W nocy co innego, mogę siedzieć długo (choć już nie tyle, co parę lat wcześniej). Ale poranki, jeszcze teraz, jesienią… Brrr. Akcja horrorów rozgrywa się zwykle wieczorem i w nocy, lecz przecież poranne przebudzenie to także horror.

A jutro, czyli w czwartek, muszę, o zgrozo, wstać przed piątą rano, wsiąść w samochód i jechać ze trzy godziny. Okropna rzecz.

Ja w ogóle bardzo lubię spać. Pewnie dlatego, że mało sypiam i jestem permanentnie niewyspany.

sobota, 8 października 2011

90. urodziny Tadeusza Różewicza

Tadeusz Różewicz (z lewej) i niemiecki pisarz Günter Grass
Fot. Michał Kobyliński/gilling.info
Mistrz


Gdy jedni czytali Biblię
ja co wieczór czytałem Różewicza
który stworzył poezję po Oświęcimiu
i nauczył mnie
że głód najlepiej opisać
zapachem chleba
że słowa nie są papierowymi kulkami
które bezkarnie wrzuca się do kosza
i że śmietniki kryją prawdę
To bardzo dużo

Nie piszę wierszy okolicznościowych, ale tym razem nie mogłem się oprzeć. 9 października 2011 r. Tadeusz Różewicz kończy 90 lat! Różewicz – mój Mistrz, który już dawno powinien otrzymać Nobla i który pewnie już go nie dostanie, co nie zmienia faktu, że jest jednym z najwybitniejszych światowych poetów współczesnych.

Wychowałem się poetycko na Różewiczu. Dzień bez jego poezji uważałem za stracony. Początkowo swoje wiersze pisałem Różewiczem, zanim nie dorobiłem się własnego stylu (mam nadzieję). Choć pewnie i dzisiaj, czasami, echa poetyki Mistrza można dopatrzeć się w moich linijkach. Przesiąkłem Różewiczem.

Najbardziej wyczytanym przeze mnie zbiorem Różewiczowskich wierszy jest „Na powierzchni poematu i w środku” kupiony jakimś cudem w 1983 r., czyli zaraz gdy się ukazał. Nie rozstawałem się z tą książką. Każdy nowy wiersz Mistrza publikowany w miesięczniku „Odra” oznaczał dla mnie święto.

Byłem jeszcze studentem, gdy w 1986 – z okazji 65. urodzin Poety, napisałem duży artykuł o jego twórczości, jeden z pierwszych zamieszczonych przeze mnie w prasie. Rok później swoją pracę magisterską poświęciłem dramatowi Różewicza pt. „Pułapka” – o Franzu Kafce. Różewicz towarzyszy mi więc od dawna (Kafka też). Zbiory wierszy, dramatów i prozy Różewicza zajęłyby w mojej domowej bibliotece oddzielną półkę. Już jako dziennikarz i recenzent miałem to szczęście, że każdy nowy tomik Różewicza przysyłał mi Pan Jan Stolarczyk w Wydawnictwa Dolnośląskiego.

Mistrza spotkałem tylko raz, kilka lat temu. Po spotkaniu autorskim rozmawiałem z nim chwilę. Nie, nie przeprowadzałem z nim wywiadu, nawet nie śmiałem go o to prosić, bo był zmęczony. Wiedziałem zresztą, że wywiadów udziela bardzo rzadko. Pytał mnie, czy z dziennikarstwa można wyżyć. Odpowiedziałem mu, że tak i było to bliskie prawdy. Rozmawialiśmy też o angielskim futbolu.

W 2002 r. w wierszu „kropka nad i” z tomiku „Szara strefa” Tadeusz Różewicz napisał:

ileż to razy czułem pokusę
aby postawić kropkę nad
ale zwlekam uciekam
nudzę marudzę
słyszę dobroduszny śmiech Leopolda Staffa
jednak niczego Pana nie nauczyłem
Panie Tadeuszu

Mam nadzieję przeczytać jeszcze wiele nowych wierszy Mistrza. Panie Tadeuszu, dużo zdrowia!

PS. W polskiej Wikipedii hasło „Tadeusz Różewicz” ilustrowane jest czarno-białym zdjęciem mężczyzny, który na pewno Tadeuszem Różewiczem nie jest. Co gorsza, zagraniczne Wikipedie również zamieściły tę fotografię z polskiej edycji. Aż dziw, że nikt jeszcze tego nie zmienił. Wikipedyści, zróbcie coś z tym!

czwartek, 6 października 2011

Nobel dla szwedzkiego poety

Po piętnastu latach przerwy poeta dostał w tym roku literackiego Nobla - Szwed Tomas Tranströmer (ur. 1931), twórca znany i ceniony. To cieszy, choć mówiąc szczerze, wolałbym gdyby nagrodzono Polaków, Tadeusza Różewicza lub Adama Zagajewskiego. Dobrze chociaż, że Szwedzka Akademia przyznała nagrodę osobie spoza swojego grona, nie tak jak to było w 1974, gdy laureatami zostali... dwaj członkowie Akademii. Oczywiście, Szwedzi. W tym roku przynajmniej nie ma żenady.

sobota, 1 października 2011

O księżycu

Błyszczy w ciemności kawałek księżyca,
Jednak ten rogal jest nudny i tani,
Więc już nikogo dzisiaj nie zachwyca.
Gdyby się chociaż ktoś powiesił na nim...

piątek, 30 września 2011

Nie dziwię się już

W ubiegłym roku Polacy wydali na książki 2,9 mld złotych*. Myślicie, że to dużo? Na alkohol w tym samym czasie wydali 26 mld zł, czyli prawie dziesięć razy więcej. Dlatego nie zdziwię się, jeśli w wyborach zwycięży partia, której zwycięstwa nie życzę.

Poza tym nie dziwię się już:
- że w przeszłości do Sejmu weszły Samoobrona i LPR,
- że tak dużą popularnością cieszą się debilne seriale i inne telewizyjne show,
- że można być nikim i wzbudzać zainteresowanie mas,
- że chamstwo jest wszechogarniające,
- że samolot nie może roztrzaskać się o brzozę, bo podstawowe prawa fizyki są nieistotne,
- że można kwestionować wielkość Miłosza,
- że są tacy, co zawsze mają rację,
- że Polską rządzą masoni, Żydzi i kto tam jeszcze,
- że to wszystko wina Tuska.

Dziwię się jedynie, że jeszcze jestem.

*Dane liczbowe pochodzą z „Newsweek Polska” nr 38/2011

czwartek, 29 września 2011

List od aktora

Napisał do mnie aktor Bartosz Dermont, który jest lektorem dwóch moich książek, jakie ukażą się w formie audiobooków (wciąż nie wiem kiedy). Podziękował za to, że w swoim wcześniejszym wpisie na Notesie nazwałem go „zdolną bestią”, uważa to określenie za cenny komplement. A ja mu podziękowałem za udaną interpretację lektorską.

Miłe są takie listy, poprawiają humor. Poza tym słońce świeci, kręgosłup już prawie nie dokucza (ćwiczę codziennie!), powieść „Droga do Tarvisio” niemalże skończona, więc nie ma co narzekać. Gdyby jeszcze politycy nie pchali się drzwiami i oknami. Przyznam szczerze, że mam dosyć tej całej kampanii wyborczej. Ale na wybory pójdę, bo na myśl o tym, że do władzy mógłby dojść pewien pan ze swoją wyjątkowo wesołą kompanią... Nie, lepiej nie dopuszczać takich myśli.

środa, 21 września 2011

Jeszcze parę praskich zdjęć

Tym, którzy w Pradze byli dla przypomnienia, a tym, którzy jeszcze nie byli dla zasmakowania, kilka zdjęć z tego pięknego miasta.

Staroměstské náměstí. Staré Město. Czyli  Rynek Staromiejski na Starym Mieście

 Dorożka na Starym Mieście

Synagoga hiszpańska

Ulica Nerudova na Hradczanach

Młyn na Kampie
 Rotunda św. Marcina na Wyszehradzie

poniedziałek, 19 września 2011

Cmentarz w Pradze. Il Cimitero di Praga

W niedzielę wieczorem wróciłem z Pragi. Czekał na mnie, tak jak przypuszczałem, przysłany z wydawnictwa Noir sur Blanc przedpremierowy egzemplarz powieści Umberta Eco „Cmentarz w Pradze” (premiera 2 listopada).

A jeszcze w piątek byłem na tym starym cmentarzu żydowskim, gdzie – według chorych teorii spiskowych, o których pisze Eco – mieli się nocą spotykać rabini z całego świata, by planować zgładzenie chrześcijan.

Na istniejącym od średniowiecza kirkucie ludzi chowano jednego na drugim, ponieważ nie pozwolono Żydom dokonywać pochówków w innym rejonie Pragi. Ziemia na cmentarzu jest więc wybrzuszona, a spiętrzenie macew ogromne.

Oczywiście nie spotkałem żadnych spiskowców, bo spotkać ich nie mogłem. Była natomiast grupa Żydów, którzy kołysząc się odmawiali kadisz nad grobem rabina Löwa. Możecie zobaczyć ich na zdjęciu powyżej.