sobota, 28 grudnia 2013

Premiera „Hotelu” w marcu 2014

Oto okładka mojej nowej powieści „Co się zdarzyło w hotelu Gold”. Na razie pokazuję tylko jej front, bo oprócz tylnej strony będą także tzw. skrzydełka. Prace redakcyjne właściwie zakończone, pozostaje jeszcze skład i korekta, a potem czekać na marcową premierę.

Okładkę zaprojektowała Ilona Gostyńska-Rymkiewicz, która przygotowała też okładki „Drogi do Tarvisio” i „Berlin, późne lato”. A nowa powieść ukaże się nakładem wydawnictwa Dobra Literatura, a więc w tym samym, w którym wyszły moje dwie ostatnie książki.  

wtorek, 24 grudnia 2013

Wigilia i trzy tygodnie Tomka

Dzisiaj Wigilia, życzę więc Wam zdrowych i spokojnych Świąt oraz jak najwięcej okazji do uśmiechów - na co dzień, nie tylko od święta. Trzymajcie się!
A dzisiaj mój wnuk Tomek kończy trzy tygodnie :)   

środa, 11 grudnia 2013

Ryszard Podlewski – Wybitny Wielkopolanin


 
Właśnie dowiedziałem się, że mój znajomy, dziennikarz, aforysta i fraszkopisarz, Ryszard Podlewski, został uhonorowany tytułem Wybitnego Wielkopolanina. Bardzo się cieszę.
   
Z Panem Ryszardem poznaliśmy się na Facebooku, a w październiku tego roku, gdy przez trzy dni przebywałem w Poznaniu, spotkaliśmy się jak najbardziej realnie – w Starym Browarze, gdzie posiedzieliśmy i pogadali przy herbacie.

Być może nigdy nie zawarlibyśmy znajomości, gdyby nie to, że przez dwadzieścia lat Ryszard Podlewski związany był z Kielcami. W połowie lat pięćdziesiątych, po studiach na Uniwersytecie Poznańskim, został bowiem skierowany do pracy w Polskim Radiu Kielce. Dla mnie istotne jest również, że znał mojego ojca Jerzego, a także innych nieżyjących już kieleckich dziennikarzy, m.in. Zbyszka Nosala.

Mieszkając i pracując w Kielcach Pan Ryszard był niezwykle aktywny – m.in. prowadził audycje radiowe, nagrywał reportaże, pisał teksty piosenek, współtworzył Klub Literacki „Ponidzie”, organizował spotkania z literatami. W 1975 r. wrócił z rodziną do Wielkopolski i rozpoczął pracę w Telewizji Poznań. Pan Ryszard od dawna jest na emeryturze, ale aktywności i energii może mu pozazdrościć niejeden młodzieniaszek: publikuje kolejne zbiory aforyzmów (przekładane na angielski i niemiecki), działa w Związku Literatów Polskich i Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, a także, co wśród jego rówieśników nie jest takie częste, swobodnie korzysta z Internetu.   

Panie Ryszardzie, serdecznie gratuluję zaszczytnego tytułu Wybitnego Wielkopolanina!        

niedziela, 8 grudnia 2013

Co się zdarzyło w hotelu Gold – fragment


Wiedeń 2012
Moja nowa powieść „Co się zdarzyło w hotelu Gold” wyjdzie nakładem Dobre Literatury w marcu 2014 r., na razie zamieszczam daję kolejny niewielki fragment (przed korektą) – mam nadzieję na zachętę.

Przed recepcją spacerował komisarz Blum, od razu pomyślałem, że czeka na mnie i nie myliłem się. Zapytał, czy możemy chwilę porozmawiać. Wiedziałem, że gdybym odmówił, nic by to nie dało, tylko pogorszyło moje położenie. Dlatego skinąłem głową, że się zgadzam. Wtedy komisarz powiedział, że pójdziemy do gabinetu, którego na czas naszej rozmowy użyczył mu dyrektor hotelu. Weszliśmy do obszernego i urządzonego stylowo pokoju, natychmiast zwróciłem uwagę na to, co wisiało na ścianach – oprócz fotografii przedstawiających hotel Gold w różnych latach, gabinet zdobiły także obrazy, były to raczej kopie, Klimta i Kokoschki, co mogło wskazywać, że dyrektor był miłośnikiem secesji i ekspresjonizmu. Blum, jak na zawodowca przystało, szybko spostrzegł moje zaciekawienie.
   – Interesuje pana malarstwo? – zadał mi niemal identyczne pytanie, jak kilka godzin wcześniej Goldberg.
   – Lubię się przypatrywać niektórym dziełom – odpowiedziałem podobnie jak tamtemu.
   – Na przykład jakim?
   – Tym, które mi się podobają.
  Komisarz stanął przy ścianie z obrazami, plecami do mnie.
   – Klimta, Kokoschki, Schielego? – zapytał patrząc na kopię Pocałunku Klimta.
   – Tak, lubię ich. Również Caravaggia, Rembrandta, van Gogha, Vermeera, Velazqueza i innych artystów, których prace są w waszych muzeach. Panie komisarzu, spotkał się pan ze mną, żeby rozmawiać o moich zainteresowaniach malarstwem? – Nie kryłem zaskoczenia.
  Odwrócił się w moją stronę, a na jego ustach błąkał się lekki uśmiech, który mógł oznaczać wszystko, zarówno drwinę, jak i pobłażliwość.
  – Kiedy to jest bardzo zajmujące – powiedział jak gdyby nigdy nic. – Mój ojciec był ramiarzem, miał niedaleko stąd, przy Rabengasse, pracownię, w której zawsze czekały do oprawy jakieś obrazy, które wiedeńczycy chcieli mieć u siebie w domach. Jako dziecko lubiłem tam przychodzić i tak jak pan oglądać je. Zwykle były to pejzaże i martwe natury, żadne wybitne dzieła, czasami rama była droższa od płótna, lecz dla mnie nie miało to znaczenia. Liczyło się, że mogę ich niemal dotknąć, często miałem ochotę to zrobić, choć ojciec oczywiście na to mi nie pozwalał. Ta bliskość była najważniejsza, wchodziłem wówczas w inny, bezpieczny świat, w którym nie było szkoły i codziennych obowiązków. W otoczeniu obrazów czułem się najlepiej. I wie pan, że tak mi zostało do dzisiaj?
   Gdyby nie okoliczności naszego spotkania, mógłbym mu podać rękę na znak, że świetnie go rozumiem.(...)
   Komisarz Blum nie czekał na moją odpowiedź i gładko zmienił temat.
   – Znamy już przyczynę śmierci tego człowieka – powiedział.

piątek, 6 grudnia 2013

Dzieci to poezja


Dzieci to poezja. Najczystsza i najbardziej naturalna. Mówię tak, ponieważ 3 grudnia 2013 roku urodził się w Krakowie Tomasz, syn Basi i Marka, a mój wnuk. Pierwszy. To zdjęcie zrobiłem mu  wczoraj (5 grudnia) zaraz po przyjeździe do domu ze szpitala. Kombinezon jest oczywiście za duży, co nie zmienia faktu, że chłopak jest świetny.

I mam cichą nadzieję, że w przyszłości będą go interesowali Tomek Sawyer, Tomasz z „Nieznośnej lekkości bytu”, powieści Tomasza Manna oraz muzyka Tomasza Stańki.   

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Ryszard Koziej pisze o „Berlinie”



W najnowszym numerze „Świętokrzyskiego Kwartalnika Literackiego” (nr 3-4/41-42, 2013) ukazała się recenzja powieści Berlin, późne lato, autorstwa Ryszarda Kozieja, dziennikarza Radia Kielce. Przytaczam ten tekst w całości. Kwartalnik dostępny jest w wydaniu papierowym oraz cyfrowym (link pod recenzją)  

Dramat osaczenia

Fikcyjni bohaterowie powieści Grzegorza Kozery sporo mają z samego autora, on może temu zaprzeczać, ale fakty niejako mówią same za siebie. To dowód autentyczności tej literatury, bo rzeczywistość postrzegana jest w niej oczami współczesnego człowieka, mężczyzny po przejściach, bohatera wrażliwego, wciąż uczącego się świata, mimo że sprawiającego wrażenie, jakoby o tym świecie wiedział już wszystko i przez to nieco cynicznego. Każdy, kto zna autora, po prostu odnajduje go w kreowanych przezeń postaciach, odnajduje też cząstkę siebie, bowiem bohaterowie powieści Biały Kafka czy Droga do Tarvisio są jednocześnie na wskroś indywidualni, jak i mocno charakterystyczni dla pokolenia inteligentów wchodzących w dorosłość razem z karnawałem „Solidarności” w 1981 roku.

Akcja wymienionych wyżej utworów Kozery dzieje się współcześnie, jednak najnowsza powieść Berlin, późne lato osadzona została w czasie drugiej wojny światowej, konkretnie w Berlinie w 1943 roku. Znów mamy tu całkowicie fikcyjnych bohaterów i znów w głównej postaci jest coś z samego autora, ale to coś dotyczy li tylko i wyłącznie sfery pytań o ludzką wrażliwość i ludzką wytrzymałość na otaczający każdego, niezależnie od czasu, wrogi, nieprzyjazny świat.

Książkę Kozery odczytuję jako próbę odpowiedzi na pytanie: co by było gdyby. Wehikuł czasu przenosi bohatera siedemdziesiąt lat wstecz, lecz nie dosłownie jak u Wellsa.Grzegorz Kozera dba o to, by Otto Peters był postacią z właściwej sobie epoki, a nie podróżnikiem w czasie, tyle że jego mentalność bliższa jest współczesnym Europejczykom, niż nawet wykształconym Niemcom siedemdziesiąt lat temu. Nie jest to wada powieści, bo nie jest książka Kozery powieścią historyczną, to bardziej historia miłości niemożliwej w niemożliwych czasach, wojna staje się wygodnym, wiarygodnym tłem do opowieści o czymś więcej niż pokazanie fikcyjnego epizodu ratowania przez niemieckiego inteligenta polskiej uciekinierki z obozu koncentracyjnego.

Wojenne tło, notabene, bardzo starannie przez autora odtworzone, może być bowiem scenerią każdej, również dzisiejszej tragedii, którą jednym słowem można nazwać przekleństwem osaczenia. Bohater powieści, 45-letni bezrobotny pisarz, bezrobotny, bo nie godzi się na tworzenie propagandowych tekstów dla nazistów, stara się za wszelką cenę zachować w czasach totalitarnych swoją zwykłą ludzką godność. Nie jest wojownikiem, więc bardziej liczy na przeczekanie złych czasów. Przypadek, jak to w życiu bywa, sprawia, że i taka postawa staje się niemożliwa, decyduje się na krok, który jemu i osobie, z którą styka go los, grozi śmiercią. Groźba śmierci osacza go ze wszech stron, Berlin 1943 roku jest miastem już bombardowanym przez aliantów i jest miastem, gdzie wciąż niezwykle skutecznie działa tajna policja, wyłuskująca niejako spośród mieszkańców tych wszystkich, którzy nawet w zwykłym zachowaniu odbiegają od hitlerowskiej propagandowej normy.

Współczesny czytelnik może rzecz jasna podczas lektury zadawać sobie pytanie: jak ja, równie wrażliwy niczym bohater, zachowałbym się na jego miejscu. Nie może oczywiście porównywać tamtych czasów z dzisiejszymi, ale czy niedające się jednoznacznie nazwać jakieś dzisiejsze osaczenie, jakaś niejedna presja, jakieś poczucie całkowitego zniewolenia na zupełnie innej płaszczyźnie, z zupełnie inną perspektywą nie sprawia, że wewnętrzny niepokój bohatera, jego psychiczny ból, jego nieodłączny strach, na swój sposób stają się dla nas zrozumiałe? Wojenne tło fabuły z dzisiejszej perspektywy wydaje się zupełnie nierzeczywiste, wręcz całkowicie wirtualne, ale czy nie jest tak, że poddani różnorakim presjom naszej codzienności nie odnosimy coraz częściej wrażenia, że nasze życie toczy się w równie wirtualnej przestrzeni?

Powieści Grzegorza Kozery nie kończą się happy endem, co tym bardziej uwiarygodnia opowiadane przez niego historie, także Berlin, późne lato zawiera w sobie zarówno tragiczny finał, jak i swoiste ukojenie bólu. Finał zabiera bohaterów w świat nierzeczywisty, tyle że już niewirtualny, pojawia się nienazwana, ale zawsze transcendencja.
Ryszard Koziej

„Świętokrzyski Kwartalnik Literacki”, 2013, nr 3-4, str. 144-145

sobota, 30 listopada 2013

Wspomnienie o Zbyszku Nosalu

Córka Zbyszka Nosala, Hania Józefik, wspomina w tym filmie swojego Ojca, świetnego reportera, dziennikarza, a także poetę. Ja też się wypowiadam. Film zrealizował Antoni Kocela podczas finału Ogólnopolskiego Konkursu na Reportaż im. Zbyszka Nosala - 29 listopada w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Kielcach.

piątek, 29 listopada 2013

Tako rzecze Wiesław Myśliwski



Dużo mądrych i ciekawych rzeczy mówił wybitny pisarz Wiesław Myśliwski podczas spotkania z czytelnikami w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Kielcach (28 listopada). Zanotowałem kilka jego myśli, żeby się z Wami nimi podzielić. Posłuchajcie więc słów Mistrza:
   
Swoje książki piszę ołówkiem, zawsze tak było. Nie korzystam z Internetu, nie mam komputera. To znaczy w domu jest komputer, żona gra na nim w kulki.

Pisanie to proces poznawczy. Nie mam przygotowanego planu powieści, pisząc improwizuję. Nie wymyślam postaci ani scen przed napisaniem książki, one powstają dopiero w trakcie pracy.

W powieści od fabuły ważniejsze jest dla mnie słowo.

Pierwsze zdanie powieści jest najważniejsze. Posiada tę moc, że wywołuje następne zdanie i następne, aż powstanie książka.

Każdy może interpretować i odczytywać książkę jak chce i za każdym razem będzie to inne odczytanie. Gdyby nie trąciło to pychą, mógłbym powiedzieć, że napisałem tyle książek, ilu mam czytelników.

Książka napisana jest dziełem zamkniętym. Nie czytam swoich książek, gdy są już wydane, żeby nie mieć pokusy zmieniania czegokolwiek. Zmienianie byłoby nieuczciwe wobec czytelnika  

Każde dzieło literackie jest ułomne, ale to dobrze.

Moralizowanie jest strasznie nieodpowiedzialne, a ja nienawidzę, gdy ktoś poucza młodych, jak mają żyć.  Każdy sam musi znaleźć odpowiedź na pytanie o sens życia. Wszelkie ogólne recepty tchną ideologią, a ja żadnej nie znoszę.

To nieprawda, że nie lubię Dwikóz (miejscowość, w której urodził się Myśliwski – GK). Ja nie lubię tam przyjeżdżać, ponieważ kiedy tam jestem, widzę, ile mnie umarło. W Warszawie tego tak nie odczuwam.   

czwartek, 21 listopada 2013

Baudelaire. Epizod 1843



Sięgnąłem do swojego tomiku „Strip-tease”, który metodą powielaczową ukazał się w 1989 roku (miałem wtedy 26 lat), w nakładzie 500 egzemplarzy i w cenie 50 zł. Redaktorem był poeta Zdzisław Antolski. Nie wiem, ile lat nie zaglądałem do tej książeczki, z dziesięć co najmniej, a o niektórych wierszach zupełnie zapomniałem. Na przykład o tym o Baudelairze:       

Paryż jest szczurzym miastem
małe dziwki przeglądają się
w rynsztokach
nad ranem wracają
do zimnych nor
śmierdząc męskim łojem
bez dziewictwa
i wspomnień
przypominają głodne myszy
dokarmiam je starym serem
i okruchami z wierszy
potem przychodzi
Jeanne Duval
żywa kobieta
o cierpkim ciele
jej kreolska twarz
jest wierna
jak pamięć matki
czuwa w ciemności
nad grobem
mojego łóżka
ona
której skóra jest
tkanką nocy
Jeanne Duval
prawdziwsza
od śmierci

czwartek, 7 listopada 2013

Hurra, hurra, mamy Skwer Niziura!




Jako człek chadzający własnymi ścieżkami rzadko angażuję się w inicjatywy społeczne, ale tym razem nie mogłem postąpić inaczej. Chodziło mianowicie o Edmunda Niziurskiego, pisarza urodzonego w Kielcach, autora wielu popularnych książek dla młodzieży. Mistrza, którego miałem szczęście poznać osobiście.

A było tak. 10 października, gdy pojawiła się smutna informacja o śmierci Pisarza, Paweł Kotwica (dziennikarz „Echa Dnia”) rzucił pomysł na Facebooku, by nadać imię Edmunda Niziurskiego wybranemu miejscu w Kielcach. Ja pomysł Pawła nagłośniłem, też na FB, a Krzysiek Krogulec (dziennikarz, z którymi wiele lat pracowałem w „Słowie Ludu”) wskazał najlepszą lokalizację – teren przylegający do rezerwatu przyrody Kadzielnia. To miejsce odwiedzane przez młodzież, ponieważ jest tam skatepark. Do naszej inicjatywy dołączył się także kielecki radny Mariusz Goraj. Poparło nas wielu fanów twórczości Niziurskiego, nie tylko z Kielc.

Potem napisałem uzasadnienie, Mariusz złożył wniosek w magistracie i nadał tzw. bieg sprawie. Dzisiaj Rada Miasta Kielce jednogłośnie przyjęła uchwałę w sprawie nadania imienia Edmunda Niziurskiego skwerowi przy Kadzielni.     

Cóż mogę powiedzieć? Urwisy się  cieszą.

środa, 6 listopada 2013

sobota, 2 listopada 2013

„Wdowy”, czyli reaktywacja Mrożka


Tomasz Nosinski i Mirosław Bieliński rywalizują o Wdowę Trzecią czyli Śmierć, którą gra Beata Pszeniczna
Piotrowi Szczerskiemu, szefowi kieleckiej sceny, nie udała się zmiana patrona teatru ze Stefana Żeromskiego na Sławomira Mrożka, natomiast inscenizacja sztuki pt. „Wdowy” tego ostatniego – jak najbardziej.

Szczerski reżyserował już „Wdowy” przed sześciu laty, ale teraz – po śmierci wybitnego dramaturga, który był z kieleckim teatrem zaprzyjaźniony – zdecydował się spektakl reaktywować, niemal w całkowicie nowej obsadzie – z poprzedniego składu pozostał tylko Mirosław Bieliński. No i w nowym przedstawieniu grany przez Dawida Żłobińskiego Kelner ewidentnie stał się alter ego zmarłego autora.

„Wdowy” nie są najwyższym gatunkowo dziełem Mrożka, ale jak niemal każdy utwór mistrza wykonane zostały ze szlachetnego kruszcu. Ta groteskowo-komiczna opowieść o śmierci, w ujęciu Szczerskiego jest tyleż lekka, co przygnębiająca, choć to drugie uczucie przychodzi dopiero po pewnym czasie. Bez zarzutu grają aktorzy, dlatego wymieniam wszystkich: Teresa Bielińska (Wdowa Pierwsza), Joanna Kasperek (Wdowa Druga), Beata Pszeniczna (Wdowa Trzecia), Dawid Żłobiński (Kelner)  Mirosław Bieliński (Pan Pierwszy) i Tomasz Nosinski (Pan Drugi).       
   
Polecam ten spektakl.

Dodam jeszcze, że wdowa po dramaturgu, Susana Osorio-Mrożek, przyjechała do Kielc na powtórną premierę „Wdów”. Pani Mrożek była wyraźnie wzruszona.

Sławomir Mrożek, „Wdowy”. Inscenizacja i reżyseria Piotr Szczerski, współpraca scenograficzna Jerzy Sitarz, kostiumy Iwona Jamka, reżyseria świateł Krzysztof Sendke. Teatr im. Żeromskiego w Kielcach, premiera wrzesień 2007 – reaktywacja 2 listopada 2013.           

Fot. Grzegorz Kaczmarczyk

piątek, 1 listopada 2013

Tuwim My Love


1 Listopada to dobry dzień, by napisać o Julianie Tuwimie – w grudniu br. minie 60. rocznica śmierci poety. Choć prawdę mówiąc, każda okazja jest dobra. A poza tym jestem świeżo po lekturze książki Mariusza Urbanka „Tuwim. Wylękniony bluźnierca”.
    
Lubię biografie pisane przez Urbanka. Raz, że są zajmujące, dwa – twórcy, o których Urbanek opowiada, są niezwykli (Tyrmand, Broniewski, Brzechwa, Wieniawa-Długoszowski, Kisielewski). Nie inaczej jest z najnowszą książką. Nie mogłem jej nie przeczytać, tym bardziej że Tuwim to jeden z moich ulubionych poetów, którego wierszami zawsze będę się zachwycał.   

Nazywany księciem poetów Julian Tuwim, był twórcą, którego życie wypełniały paradoksy, które przypomina Urbanek. Z jednej strony – geniusz polszczyzny, świetny tłumacz poezji rosyjskiej i kolekcjoner niezwykłych słów z języków całego świata, z drugiej strony – żadnego języka obcego nie potrafił dobrze opanować. Czuł się Polakiem, ale antysemici nieustannie przypominali mu żydowskie pochodzenie. On sam początkowo odcinał się od Żydów, to się zmieniło, gdy wybuchła wojna.

Był Tuwim autorem cudownych wierszy dla dzieci i dla dorosłych, ale też piewcą Stalina, który wrócił po wojnie do kraju i korzystał z przywilejów, jakie mu zaoferowali komuniści. Tego ostatniego nie mogli mu wybaczyć przyjaciele, którzy zostali na emigracji, choć większość nigdy nie przestała go cenić jako poetę.

I jeszcze jeden paradoks – nazwa partii Jarosława Kaczyńskiego pochodzi z Tuwimowskiej „Modlitwy”.           

Dla wszystkich fanów autora „Kwiatów polskich” książka Mariusza Urbanka to lektura obowiązkowa. Pozostałym też nie zaszkodzi.

Mariusz Urbanek, „Tuwim. Wylękniony bluźnierca”, Iskry, Warszawa 2013, s.339.

wtorek, 29 października 2013

Antolski uczczony



Dostojny Jubilat Zdzisław Antolski

W poniedziałkowy wieczór w Teatrze im. Żeromskiego swoją okrągłą sześćdziesiątkę świętował Zdzisław Antolski, poeta, prozaik i wydawca. Pochodzi z Ponidzia, mieszka w Kielcach, na Ponidzie często wraca w swej twórczości.

Dzinia (tak na Niego mówimy – Dziuniu) znam już chyba 30 lat, a jego tomik „Okolica Józefa” z 1985 r. uważam za doskonały, jak najbardziej zasłużenie poeta otrzymał za tę książkę Nagrodę im. Andrzeja Bursy. Gdy byłem nieopierzonym poetą, przed debiutem, Antolski oraz Andrzej Lenartowski, autor „Rozkładu”, byli moimi poetyckimi guru. I w sumie tak zostało do dzisiaj.

A na jubileuszowym spotkaniu było dostojnie (może nawet za bardzo), publiczność dopisała, a dwumetrowy Antolski, lekko skulony, siedział na teatralnej sofie i z właściwą sobie flegmą wysłuchiwał opowieści o sobie i peanów na swoją cześć. 

Sto lat Dziniu!