niedziela, 27 kwietnia 2014

W dzień kanonizacji

A gdy z tej wielkiej miłości
postawimy Mu tysiąc
albo dwa tysiące
pomników
i gdy już zabraknie wolnych ulic
placów szkół i przedszkoli
aby przykręcić tabliczkę
z Jego imieniem

wtedy staniemy zdziwieni
że cud się nie zdarzył
i nadal się
nienawidzimy

27.04.2014  

czwartek, 24 kwietnia 2014

Zmarł Tadeusz Różewicz. Wielki Poeta

Zmarł Tadeusz Różewicz – poeta, dramaturg, prozaik i eseista. I cóż mogę mądrego napisać w tej smutnej chwili? Że był według mnie najwybitniejszym polskim Poetą? Że uczyłem się od Niego poezji?

Pierwszy większy artykuł do gazety napisałem - jeszcze jako student - o Jego twórczości, z okazji 65. rocznicy Jego urodzin. Pracę magisterską napisałem o Jego kafkowskim dramacie „Pułapka”. Wiele lat później spotkałem się z Nim osobiście. Zapytał mnie, czy można wyżyć z pracy dziennikarza, bo że z samej poezji wyżyć się nie da, wiedział lepiej ode mnie.   

Wielki smutek i żal.  

Fot. Michał Kobyliński

wtorek, 15 kwietnia 2014

Z wyznań zoologa (wierszyk otwarty)

Kocham panią niesłychanie,
Tak jak jeleń swoją łanię.

Kocham panią, tym się szczycę,
Tak jak tygrys tygrysicę.

Kocham panią, bo to miłe,
Tak jak rumak swą kobyłę.

Kocham panią aż po szyję,
Jak zaskroniec swoją żmiję.

Kocham panią dookoła,
Tak jak kobrę kocha boa.

Kocham panią, tracę głowę,
Tak jak byk, gdy widzi krowę.

Kocham panią i w niedzielę,
Tak jak zakochane cielę.

Kocham panią wczesnym wtorkiem,
Tak jak sikor swą sikorkę.

Kocham panią i się ślinię
Tak jak knur, gdy czuje świnię.

Kocham panią, a i owszem,
Tak jak baran kocha owcę.

Kocham panią, w łeb się tłukę,
Tak jak pies swą kocha sukę.

Kocham panią i pod płotkiem,
Tak jak kocur swoją kotkę.

Kocham panią, daję słowo,
tak jak karaś karasiową.

Kocham panią również na czczo,
Tak jak kaczkę kocha kaczor.

Kocham panią więc w zaparte,
Jak małpiszon kocha małpę.

Tylko czasem kocham trochę,
Tak jak kogut swoją kwokę.

sobota, 12 kwietnia 2014

Uwierzyć w Szekspira

„Poskromienie złośnicy”, fot. G. Kaczmarczyk (za zgodą Teatru Żeromskiego)
Lubię Szekspira (bez klikania na FB), nawet bardzo, więc się ucieszyłem, że Teatr im. Żeromskiego przygotował premierę jego „Poskromienia złośnicy” w reżyserii Katarzyny Deszcz. Jak twierdzi dyrektor Piotr Szczerski, to pierwsza w Polsce kobieta-reżyser, która zmierzyła się z mizoginicznym dziełem dramaturgicznego geniusza. Tym bardziej byłem ciekaw tej inscenizacji.

Poszedłem więc z jak najlepszym nastawieniem, choć wiedziałem (oglądałem zdjęcia z prób), że spektakl będzie uwspółcześniony – scenografią i kostiumami. Wolę Szekspira tradycyjnego, ale przymknąłem na to oczy.

Pierwszy akt bardzo dobry – odnajdywałem w nim rubasznego i przewrotnego ducha Szekspira i uśmiech nie schodził mi z twarzy. Zgrzytać zaczęło później: ruchy kopulacyjne, piosenka „Ona tańczy dla mnie”, jakieś scenki rodem z kabaretu, o gołym tyłku Petruchia nie wspominając. Rozumiem, że Katarzyna
Deszcz chciała osłabić brutalną i niedzisiejszą wymowę komedii, że żona ma być posłuszna mężowi i basta, a także przekonać do Szekspira młodszą cześć widowni. Sęk w tym, że Szekspir nie daje sobą manipulować. Albo się w niego wierzy, albo nie (nawet jeśli się z nim nie zgadza). Bo mimo starań pani reżyser, Szekspir i tak powiedział swoje.

I jeszcze o wykonawcach: świetni są aktorzy drugiego planu – Andrzej Cempura, Łukasz Pruchniewicz, Edward Janaszek i grający gościnnie Dominik Nowak. Podobać się mogą Zuzanna Wierzbińska, Marcin Brykczyński i Mirosław Bieliński. Najmniej mnie przekonali Wiktoria Kulaszewska jako Katarzyna i Krzysztof Grabowski jako Petruchio, choć to niekoniecznie ich wina, że dostali tak poprowadzone role.

William Szekspir: „Poskromienie złośnicy”. Tłumaczenie Stanisław Barańczak. Reżyseria Katarzyna Deszcz, scenografia – Andrzej Sadowski. Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, premiera 12 kwietnia 2014 r. 

Wiktoria Kulaszewska i Krzysztof Grabowski, fot. G. Kaczmarczyk (za zgodą Teatru Żeromskiego)

niedziela, 6 kwietnia 2014

Pierwsze zdania nowej powieści. Z wojną w tytule


Od trzech lat, mniej więcej o tej porze roku, na moim blogu pojawia się wpis, który jest pierwszym fragmentem nowej książki. Tak było z powieściami „Drogą do Tarvisio”, „Berlin, późne lato” i „Co się zdarzyło w hotelu Gold”.
I teraz znów jest okazja, zacząłem bowiem pisać książkę o roboczym tytule „Wojna się nie skończyła”. Zamieszczam pierwszy fragment (może zarazem ostatni) w stanie dość surowym.

Światło jest ciszą.

Adam otworzył oczy. Było już widno, słońce odbijało się od wiszącej na ścianie fotografii w szklanej ramce. Otworzył więc oczy i to właśnie pomyślał: światło jest ciszą. Aż zdziwił się samemu sobie, że akurat to przyszło mu do głowy. Ale tak było. Żadnych wystrzałów, krzyków, warkotu samochodowych silników. Nawet ptaki nie śpiewały o brzasku. Jakby świat wymarł. Tylko wschodzące słońce było oznaką życia.

Spojrzał na Honzę. Chłopak leżał zwinięty w kłębek niczym wychudzony pies. W tej chwili spał spokojnie, lecz w poprzednie noce Adama budziły jego krzyki. Ein, zwei, drei! Ein, zwei, drei! wołał Honza przez sen i zaczynał głośno płakać. Adam zrywał się na równe nogi, po czym próbował go uciszyć. Ponownie zasypiali, ale po godzinie czy dwóch chłopak znowu wyrzucał z siebie dramatyczne: Aufstehen! Raus, raus!       

Znalazł Honzę dwa tygodnie wcześniej pomiędzy trupami w pasiakach. Kilkanaście martwych ciał, prawie szkieletów, leżało przy drodze. Więźniowie zostali zastrzeleni, krew jeszcze nie zdążyła zaschnąć na zniszczonych drelichach. Chciał szybko wyminąć zwłoki, ale zauważył, że jedno ciało się porusza. To był Honza, jako jedyny nie miał na sobie więziennego ubrania, tylko zwykłe ciuchy. Podarty sweter, przewiązane sznurkiem spodnie, stopy obwinięte szmatami. Dwaj więźniowie, którzy na niego upadli, osłonili go przed kulami. Chłopak nie został nawet ranny, jednak wycieńczony nie miał siły iść. Chwiał się na patyczkowatych nogach i upadał. Adam dał mu się napić mleka z manierki i wziął go na plecy.      

Pierwszą noc spędzili w lesie. Było wilgotno i zimno, a na dodatek chłopak był w kiepskim stanie. Rankiem Adam podzielił się z nim chlebem i znów napoił mlekiem, które zaczynało kwaśnieć. Potem ruszył w dalszą w drogę, z Honzą na plecach. Pytał samego siebie, po co to robi, po co dźwiga, dosłownie przecież, ten ciężar, i nie znajdował odpowiedzi. Niczego o tamtym wtedy nie wiedział, ani jak ma na imię, ani skąd pochodzi, ani dlaczego był wśród więźniów z obozu. Przez pierwsze dni chłopak w ogóle się nie odzywał. Nie mógł albo nie chciał. Gdy Adam go o coś pytał po polsku lub niemiecku, milczał. Tylko nocą, przez sen, krzyczał.        

Nazajutrz starał się trzymać z dala od głównej drogi. Co kilkadziesiąt metrów przystawał, żeby odpocząć. W porównaniu z Honzą był silny, ale nie na tyle, by nie robić częstych przerw w marszu. Siedem godzin później dostrzegł jakieś zabudowania. Dom wyglądał na niezamieszkały. Ale tak nie było. Ułożył chłopaka na ławce na ganku i zastukał do drzwi. Dopiero po kilku próbach otworzył mu stary mężczyzna. Miał siedemdziesiąt albo osiemdziesiąt lat. Patrzył na Adama z niechęcią.

Jestem głodny, powiedział Adam po niemiecku. On też, pokazał na chłopaka.

Stary nawet nie wyjrzał zza framugi, żeby spojrzeć na Honzę.

Nic nie ma, wynoście się stąd.

Jesteśmy głodni, powtórzył Adam.  

czwartek, 3 kwietnia 2014

W gazecie napisali

W dzienniku „Echo Dnia” ukazała się relacja z mojego spotkania w księgarni Matras w Kielcach. Ponieważ tekst nie jest dostępny na stronie ED, zamieszczam skan z papierowego wydania gazety. Gwoli uzupełnienia relacji dodam, że moja nowa powieść nie tyle będzie „bardzo smutna”, ile przygnębiająca. Być może różnica jest niewielka, ja ją jednak dostrzegam.