poniedziałek, 30 września 2013

Mój artykuł o teatrze w kieleckiej „Wyborczej”

W kieleckim wydaniu „Gazety Wyborczej” (30.09.2013) jest mój artykuł, w którym zabieram głos w dyskusji o zmianie patrona teatru – z Żeromskiego na Mrożka.    
Pełen tekst jest dostępny tutaj


piątek, 13 września 2013

Nowa powieść bliżej końca



Bohater „Drogi do Tarvisio” był w wiedeńskim Kunsthistoriches Museum (na zdjęciu), bohater „Co się zdarzyło w hotelu Gold” zawędrował do Leopold Museum, też w Wiedniu
Ufff… Po blisko pięciu miesiącach skończyłem pisać powieść „Co się zdarzyło w hotelu Gold”. Nie oznacza to jednak końca pracy nad książką. Teraz będę poprawiał, skreślał i dopisywał, a więc najbliższe dni nie oznaczają odpoczynku.
A kolejna książka czeka na napisanie.
A to wydruk nowej książki

wtorek, 3 września 2013

Niepublikowany wywiad z Jarosławem Śmietaną

|Jarosław Śmietana  (Fot. Henryk Kotowski/ Wikipedia.pl)

Zmarł Jarosław Śmietana, wybitny gitarzysta jazzowy. W 2008 roku spotkałem się z Nim kilkakrotnie w jego pracowni przy ul. Kraszewskiego w Krakowie. Rozmawialiśmy o wydaniu Jego płyty przez Ferment. Do realizacji projektu ostatecznie nie doszło, ale z tych spotkań pozostał mi – nigdy niepublikowany – wywiad, jaki przeprowadziłem z gitarzystą. Tekst nie był autoryzowany przez Artystę.

Grzegorz Kozera: Co było pierwsze: jazz czy gitara?
Jarosław Śmietana: Gitara. Pochodzę z pokolenia, które jest na styku muzyki jazzowej i rockowej, albo inaczej: funkcję muzyki pop od jazzu przejęła muzyka rockowa. Jazz w latach czterdziestych i pięćdziesiątych był muzyką pop, spełniał jej rolę, nie było innej alternatywy. Ja należę do pokolenia lat sześćdziesiątych. Byłem malusieńkim chłopcem, ale przeżyłem ten boom Betlesów, Rolling Stonsów, Led Zeppelinów, Hendriksa i dopiero po Hendriksie, usłyszawszy nagrania Milesa Davisa zainteresowałem się jazzem. Jako chłopak, który chodził do szkoły muzycznej i grał utwory bardziej zaawansowane niż przeciętny zjadacz chleba, zainteresowałem się jazzem i on mnie wciągnął niesamowicie. To było w roku 1970, nie miałem jeszcze dwudziestu lat. W tym roku byłem już gitarzystą, grałem Hendriksa i obowiązujący repertuar muzyki soul, B.B. Kinga, Erica Claptona, słuchałem Johna Mayalla i w młodzieżowych zespołach licealno-podwórkowych grywaliśmy repertuar progresywny: rocka albo bluesa. Od tego zacząłem. Dopiero jak usłyszałem płytę Davisa „Bitches Brew” to w ciągu sekundy straciłem całe zainteresowanie rockiem i bluesem i powiedziałem sobie, że jazz to jest muzyka, która mnie interesuje i której poświęcę całe życie, więc muszę nadrobić stracone lata, żeby stać się muzykiem jazzowym.

Nie kusiło Pana, żeby zostać rockowym idolem, chłopakiem z gitarą, na którego lecą dziewczyny?
Ja doceniam energię i witalność rocka, doceniam to, co wniósł do muzyki – ekspresję i witalność i pewnego rodzaju cios, ale dla mnie nie jest to do końca zjawisko muzyczne, bardziej socjologiczne. Zawsze mnie denerwowało, że krytycy, którzy piszą o muzyce, analizują teksty, co on tam chciał powiedzieć, a trzeba sobie jasno powiedzieć, że wiele tekstów w piosenkach rockowych jest żenująco banalnych, więc to mnie zawsze śmieszyło. Rock to bardziej bunt niż wartości muzyczne, bo pominąwszy może niektóre kompozycje Beatlesów i Hendriksa, które są na pograniczu geniuszu, to wiele rzeczy jest wręcz prymitywnych. Jak to zrozumiałem, to w ogóle przestało mnie interesować, bo pomyślałem sobie, że w muzyce chodzi przecież o muzykę i trzeba walczyć o przekaz muzyczny. Przekaz semantyczny zostawiłbym poetom, byli tacy jak Bob Dylan, późniejsze teksty Lennona są znakomite, ale przerażającą większość tekstów piosenek rockowych to są banały na żenująco niskim poziomie, a robiono z tego Bóg wie jaka filozofię. A muzycznie tam były dwa albo trzy akordy. Później nastąpiła finezja, czego przykładem Led Zeppelin. Ale to są wyjątki.
Ja kocham poezję, ale z muzyką musi być połączona z potrzeby, tak jak to zrobił Niemen z Norwidem, czy jak to robili Grechuta czy Zygmunt Konieczny. To było wspaniałe, ale też rzadkie. Dlatego skupiłem się na muzyce i musiałem wybrać, czy będę chłopakiem z gitarą, który całe życie, także na starość, chodzi w skórzanej kurtce. Mnie jednak chodzi o muzykę w muzyce i poezję w poezji. Ja się obraziłem na muzykę instrumentalno-wokalną, przez dwadzieścia kilka lat zajmowałem się tylko muzyką instrumentalna, tylko czystą muzyką. Jeśli jest to wielka muzyka – jak się słucha Prokofiewa czy Strawinskiego, to nie potrzeba tekstu, tak samo gdy się słucha Milesa czy Coltraine’a, jest to tak przejmujący ładunek ekspresji, że nie musi wspierać się głupawym tekstem.

Pierwsza gitara?
Kupiła mi ją babcia, ona widziała moją pasję i straszną chęć grania, rodzice zdecydowanie odmówili.

A chcieli, żeby kim Pan był?
Inżynierem, to było zaplanowane konsekwentnie. Mój ojciec był inżynierem, wspaniały człowiek, później, jak zobaczył, że moja pasja jest nie do przejednania, stał się moim wielkim fanem i przyjacielem w poczynaniach muzycznych, wielkim orędownikiem. Ale wcześniej był bardzo przeciwny. Zmuszono mnie do studiowania na Politechnice Krakowskiej, gdzie byłem trzy semestry. Kończąc średnią szkołę muzyczną studiowałem już na Politechnice, bo ojciec nie wyobrażał sobie, że mogę iść w innym kierunku. Jego podejście zmieniło się dopiero, gdy zrezygnowałem po trzech semestrach, w momencie gdy zdałem egzamin i zostałem przyjęty do Akademii Muzycznej w Katowicach. Czyli była ciągłość wyższego kształcenia i to była jedyna droga, by załagodzić konflikt rodzinny, bo nie mogłem rzucić studiów i nic nie robić. Z duszą na ramieniu zdawałem ten egzamin do Katowic, ze stu kandydatów przyjęto tylko dziewięć osób, w tym mnie, więc byłem szczęśliwy, że zostałem przyjęty na wydział jazzu. Wtedy z pełna świadomością zrezygnowałem z politechniki, co i tak było ciosem dla mojej rodziny, ale musieli to zaakceptować. Pomyślałem sobie, że jak mam być nieszczęśliwym inżynierem, choćby na ustabilizowanej posadzie, to wolę być nieustabilizowanym szczęśliwym muzykiem. A studiowałem na kierunku zapory wodne.

niedziela, 1 września 2013

Spacerownikuję po magicznej Pradze


W tym roku spędziłem w Pradze zaledwie niespełna jeden dzień i nie zanosi się bym w najbliższych miesiącach tam pojechał. Może w przyszłym uda mi się wyrwać na kilka, bo rok bez Pragi jest rokiem straconym.

Dla kogoś uzależnionego od tego miasta lekarstwem jest spacerownik historyczny Marka Pernala „Praga. Miasto magiczne”. W swej zarozumiałości uważałem, że sporo o Pradze wiem i nieźle znam to miasto, ale po przeczytaniu książki Pernala przyznaję, że wiem mało i w wielu miejscach, w których być powinienem, jeszcze nie byłem.     

Pernal, historyk, dyplomata i były ambasador RP w Czechach, przygotował szesnaście różnych tras, według których można zwiedzać Pragę. Doskonale obeznany ze stolicą Czech, jej historią i kulturą, autor prowadzi nas do miejsc najbardziej znanych, ale też do tych, które wycieczki zwykle pomijają. Jego opisy są dokładne i bardzo zachęcające do zwiedzania.

Teraz, dzięki Pernalowi, wiem na przykład, że gdybym minął Synagogę Hiszpańską i poszedł nieco dalej, zobaczyłbym piękny klasztor św. Agnieszki. Nie miałem też pojęcia, że na chrześcijańskim cmentarzu sąsiadującym z nowym cmentarzem żydowskim pochowana jest matka Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego ani że przez kilka lat na Rynku Starego Miasta mieszkał Stanisław August Poniatowski. Wstyd się przyznać, ale nigdy nie byłem w hrabalowskiej dzielnicy Libeň (zawsze tylko Kafka i Kafka). Zaintrygowany przez Pernala następnym razem na pewno tam pojadę, by zobaczyć mural ukazujący słynnego pisarza i jego koty.                       

Książka jest pięknie ilustrowana, trasy są dokładnie opisane, pełna cytatów z dzieł o Pradze. Czytelnicy znajdą też masę praktycznych informacji i porad, więc oczywiście trzeba ją również polecić wszystkim tym, którzy do Pragi wybierają się po raz pierwszy. 

Jednak dla uzależnionych spacerownik Marka Pernala to lek tymczasowy. Początkowo uśmierza tęsknotę za Pragą, ale później, gdy jest się już po lekturze, tylko ją wzmaga. Albowiem, jak napisał często cytowany przez autora Angelo Maria Ripelino, „Praga nie puszcza nikogo z tych, których pochwyciła”.  

Marek Pernal, „Spacerownik historyczny. Praga. Miasto magiczne”, Agora S.A., Warszawa 2013, s. 478.