piątek, 31 grudnia 2010

Pustka doskonała

Pustka doskonała
nie powstaje w laboratoriach
i wbrew pozorom nie jest nicością
Przynależy organizmom jeszcze żywym
Aż po granice wypełniają ją
ostateczna nieobecność
tęsknota za
nieodwracalne szmery w sercu
czasami bezgłośny płacz

czwartek, 30 grudnia 2010

Rozmawiałem z tobą o wszystkim

Rozmawiałem z tobą o wszystkim
ważnym i nieważnym Książkach filmach
Co w pracy Nawet o polityce
Tylko o wierszach i miłości mówiliśmy ukradkiem
jakby to były wstydliwe tematy
Nie rozumiem poezji wyjaśniałaś a ja i tak pisałem
dla ciebie Odsłaniałem się z każdym słowem
czy to jest miłość pytałaś i nie wierzyłaś
ale jeśli masz rację to czym jest to
co przenika przez skórę zabiera oddech i sens
nie pozwala dalej żyć gdy się traci
Co to jest jak to nazwać Powiedz
powiedz póki jeszcze piszę

wtorek, 28 grudnia 2010

Samotność Sándora Máraiego

„Rzeczywistość jest bezsłowna” – zanotował Sándor Márai w swoim „Dzienniku” w 1985 roku. Márai był jednym z najwybitniejszych pisarzy XX wieku.

Kilka miesięcy później zmarła jego żona. „Pustka, która otwarła się we mnie z chwilą jej śmierci i której nic nie jest w stanie wypełnić, jest pustką doskonałą”.

W 1987 zmarł jego przybrany syn János. Márai stał się najbardziej samotnym człowiekiem na świecie. „Wymarli już nie tylko członkowie mojej najbliższej rodziny, koledzy po piórze z jednego rocznika, lecz także moi wrogowie”.

W 1989 węgierski pisarz miał 89 lat. Był w pełni świadomy, gdy 12 lutego pociągnął za spust i strzelił sobie w głowę. Samobójstwo starannie zaplanował.

Nie liczę na odpowiedź, co jest lepsze (gorsze): umrzeć nagle, w sile wieku, czy tak jak Sándor Márai dożyć straszliwej, niewypowiedzianej samotności.

Cytaty pochodzą z: Sándor Márai, „Dziennik”, Czytelnik 2009, przekład Teresa Worowska

piątek, 24 grudnia 2010

Wesołych Świąt! I wiersz dla Was

Nie piszę wigilijnych i bożonarodzeniowych wierszy, ale kiedyś – tak mniej więcej dwadzieścia lat temu – przydarzył mi się jeden. Przypominam go poniżej wraz z najlepszymi życzeniami dla wszystkich, którzy zaglądają do Notesu stale i przypadkiem. Trzymajcie się!


Dom

Jest dom
biały obrus
chleb na stole
pokarm żywych

Jest dom
którego cisza
rozmawia z milczeniem
I nikt
nie gasi świec

twoje serce
jest domem

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Kilka nieważnych słów o miłości

Być blisko ciebie na odległość dotyku
w ciemności słyszeć strumień płynący
w twoim sercu oddychać twoim oddechem
mówić albo nie mówić kocham cię pragnę cię
uczyć się ciebie każdej nocy
pamiętać twój zapach profil nosa smak ucha
dziwić się że tak można
być blisko i bliżej
prosić o jeszcze jeden dzień

czwartek, 16 grudnia 2010

Spieszcie się poeci, można wydać tomik

Teatr Mały w Tychach organizuje XI Ogólnopolski Konkurs na Tomik Wierszy – adresowany do autorów, którzy wydali samodzielną książkę poetycką. Nagrodą jest 2500 zł brutto oraz profesjonalne wydanie tomiku w serii „Biblioteka Tyskiej Zimy Poetyckiej”. To jest dobra wiadomość. Gorsza jest taka, że jury przyzna tylko jedną nagrodę, a chętnych będzie zapewne wielu.

Inne ważne szczegóły dotyczące konkursu, które cytuję z regulaminu:
Warunkiem udziału w konkursie jest nadesłanie do 30 grudnia 2010 roku (decyduje data stempla pocztowego) na adres:
Teatr Mały
„Tyska Zima Poetycka”
ul. ks. kard. Augusta Hlonda 1
43-100 Tychy
znormalizowanego maszynopisu (do 50 stron) tomiku wierszy w układzie graficznym przewidzianym do druku (bez projektu okładki i stron redakcyjnych).
Opatrzony godłem maszynopis należy nadesłać obowiązkowo w czterech egzemplarzach (nie dołączać wydanych tomików, dyskietek ani innych nośników).
W osobnej kopercie – opatrzonej tym samym godłem – należy zamieścić dane: imię i nazwisko, adres, telefon kontaktowy, krótką notę biograficzną oraz tytuły wydanych dotąd samodzielnych książek poetyckich z rokiem wydania i nazwą wydawcy. Warunki regulaminu będą ściśle przestrzegane.
Tematyka prac dowolna.
Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi do 20 lutego 2011 roku.
Dodatkowe informacje: Teatr Mały, tel./ fax (032) 227 20 67, 227 36 11 (od pon. do piątku w godz. 10.00 – 15.00), teatr.maly@teatrmaly.tychy.pl

W tym roku jurorami są znakomici poeci: Zdzisław Jaskuła, Krzysztof Siwczyk i Bohdan Zadura. Wśród laureatów poprzednich edycji jest m.in. Jacek Dehnel, który wydał tomik „Wyprawa na południe” (2005).

Spróbujcie, nic nie tracicie. Dzisiaj opublikować tomik jest szczególnie trudno, a to zawsze jest jakaś szansa...

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Bachmann i Celan – miłość w listach

Niedawno sensacją (do pewnego stopnia) czytelniczą były „Listy na wyczerpanym papierze” – miłosna korespondencja Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory z lat 60. Inna książka – „Czas serca. Listy” (wyd. A5) to z kolei korespondencja między Ingeborg Bachmann i Paulem Celanem. O każdym z tych twórców można powiedzieć, że byli świetnymi poetami, tyle że ich poezja jest nieporównywalna. No i jeszcze jedna rzecz – Osiecka i Przybora przynależą do literatury polskiej, zaś Bachmann i Celan do niemieckojęzycznej, ale też światowej.

Bachmann i Celana dzieliło wiele: ona była córką austriackiego członka NSDAP, on ocalonym z Holocaustu Żydem. Poznali się w 1948 r. w Wiedniu, połączyła ich Poezja. Ich związek trwał czternaście lat. Był to związek listowny, choć od czasu do czasu przybierał bardzo realną, cielesną formę. Nade wszystko był to związek dusz – że użyję niemodnego określenia. Żyli osobno, w różnych krajach, formalnie byli związani z kimś innym, lecz znaczyli dla siebie więcej niż małżonkowie z długim stażem.

Paul Celan miał problemy psychiczne, będące m.in. wynikiem przeżyć wojennych. W 1970 r. popełnił w Paryżu samobójstwo, skacząc do Sekwany. Niedługo po jego śmierci w swojej głośnej powieści „Malina” Ingeborg Bachman wykorzystała fragmenty utworów Celna. Napisała też, że kochała go bardziej od swojego życia. Zmarła trzy lata później w Rzymie na skutek poparzeń odniesionych w czasie pożaru jej mieszkania.

Połowa książki „Czas serca” to 196 listów, połowa to komentarze i przypisy. Wszystko drobnym maczkiem. Warto jednak wytężyć wzrok. Listy są pisane prozą, ale są prawdziwą Poezją miłości i przyjaźni, o którą trudno w czasach maili, SMS-ów i facebooka.

piątek, 10 grudnia 2010

Od nagłej miłości i powolnej śmierci

Od nagłej miłości i powolnej śmierci,
podłych języków, zaciśniętych pięści,
mądrości Coelho i od alzheimera,
nudy codziennej, która poniewiera,
od strasznych poetek i od grafomanów,
od tych, co lubią bawić się w szamanów,
od tych, co wszystko i tak lepiej wiedzą,
od celebrytów z umysłową nędzą,
od tych, co mają siebie za półbogów
i od myśliwych oraz ekologów,
ciepłego mleka i od złego smaku,
grzybów trujących, prawdziwych rodaków.

O to Cię proszę, chyląc swoją skroń:
Teraz i zawsze chroń mnie Panie. Chroń.

środa, 8 grudnia 2010

John Lennon wielkim artystą był

John Lennon w 1964 r., Fot. VARA
Przed trzydziestu laty zginął John Lennon – jeden z idoli mojej młodości. Kiedy w styczniu 1981 r., miesiąc po jego śmierci, pojechałem jako nastolatek do Budapesztu, kupiłem sobie album (oczywiście analogowy) Beatlesów „A Hard Day’s Night”.

Płyta wyszła w 1964 roku, a kupiony przeze mnie longplay był jej wznowieniem. Ale i tak radość miałem wielką, bo w tamtych latach kupienie płyty jakiegokolwiek zespołu zachodniego w polskim sklepie było niemożliwe, a w Budapeszcie udało mi się to od razu, w pierwszym sklepie muzycznym, do którego wszedłem. I to Beatlesów z ukochanym Johnem Lennonem. W dalszym ciągu zresztą to jeden z moich ulubionych artystów, nie tylko w dziedzinie muzyki. A dzisiaj, w 30. rocznicę jego śmierci, od rana słucham jego piosenek.

Okulary lennonki też się kiedyś nosiło. Jestem w nich na zdjęciu w książęczce wojskowej.

sobota, 4 grudnia 2010

Może nie byłeś tak zły. Elegia

Może nie byłeś tak zły jak cię widzieli
inni Charles Bukowski o którym nigdy
nie słyszałeś też zwarł się z ojcem po czym żył
długo i złośliwie A ty dwadzieścia sześć lat cóżeś
uczynił W tym wieku nikt nie chce
czy pomyślałeś o nich Których pamięć
do końca będzie przekleństwem Czy na to zasłużyli
Powtarzali nie tak nie tak i tyle
bo ty wiedziałeś lepiej Co mogli zrobić dla ciebie
czego nie zrobili Jak pomóc Uchronić Na przykład
schować sznur A teraz już cię śnieg otula
a ich kamienie w piersiach broczą

piątek, 3 grudnia 2010

Grabaż to jest gość

Pisałem jakiś czas temu o Krzysztofie Grabażu Grabowskim, jako o poecie. Teraz znów mam okazję przywołać lidera Strachów na Lachy, ponieważ kończę czytać książkę „Gościu. Auto-Bio-Grabaż” (wyd. In Rock). To wywiad-rzeka, jaki z Grabażem przeprowadził Krzysztof Gajda.

Grabaż szczerze opowiada o swojej karierze muzycznej, pracy radiowca, polskiej scenie muzycznej lat 90., także o tym, jak powstawały jego teksty na płyty Pidżamy Porno i Strachów. Opowiada kapitalnie, bez uładzenia i emocjonalnego retuszu. Czyta się to świetnie. I powiem Wam jedno – Grabaż to jest gość, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa.

O samej książce, tradycyjnie, więcej napiszę w Salonie Kulturalnym.

wtorek, 30 listopada 2010

Brodski

Pewnie przyjemnie dziś w Wenecji,
Pan tam pisał swoje pieśni,
Pana tam budziły dzwony,
Pan był tam zadowolony.

Lecz pan to znał lepiej niż my,
Gdy pod butami szron się skrzy,
Gdy tylko mróz i śnieg wciąż sypie.
Niech pan śpi ciepło, panie Josifie.

sobota, 27 listopada 2010

Pożegnanie z Wallanderem

Skończyłem czytać „Niespokojnego człowieka” – z żalem, bo to ostatnia, dziewiąta powieść Henninga Mankella o komisarzu Kurcie Wallanderze. Mankell żegna się ze swoim bohaterem pięknie i godnie.

Dzięki Mankellowi i Wallanderowi polubiłem kryminały, bo wcześniej, jeśli po nie sięgałem, to zazwyczaj byli to albo Christie, albo Chandler. Powieściowy Wallander jest jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny. I żaden, choćby najlepszy, aktor z serialu czy filmu nie jest w stanie go zastąpić. Bo każdy czytelnik, ja także, ma swoje wyobrażenie tej postaci.

O „Niespokojnym człowieku” będę pisał więcej w Salonie Kulturalnym. Salon objął patronat nad polskim wydaniem książki, której fanom Kurta Wallandera specjalnie polecać nie trzeba.

czwartek, 25 listopada 2010

Była czarną owcą w rodzinie

Była czarną owcą w rodzinie bo często się uśmiechała
więc nie pasowała do reszty Ciotka Irena
Niech spoczywa w pokoju Jeszcze dzień przed
żartowała i nas pocieszała zamiast odwrotnie
I zawsze chciała być poetką dlatego pisała
wierszyki z rymami Ostatni usłyszeliśmy
na jej słonecznym pogrzebie żegnała się w nim
z wszystkimi i miałem wrażenie że jest gdzieś obok
tylko nie chce żeby ją zauważono bo znowu sobie
żartuje Mówię wam to był najbardziej pogodny
pogrzeb w moim życiu Pogodny jak wrzesień
w starym sadzie gdy światło głaszcze drzewa

Ciotka Irena Jaka z niej wspaniała kobieta była
a ja wiem o tym jak zwykle za późno

środa, 24 listopada 2010

A gdyby napisać o tych chłopcach

A gdyby napisać o tych chłopcach
wszystko jedno z jakiego powstania
i z jakiej wojny Napisać bez rocznicy
bez fanfar to znaczy niepatriotycznie
ale po ludzku Że niektórzy chcieli do mamy
a kiedy świstały kule nie było podniośle
tylko śmierdziało O tych chłopcach
których Pan Bozia zabrał do siebie
choć wcale nie oglądali się za śmiercią
woleli za dziewczynami

poniedziałek, 22 listopada 2010

Tam gdzie nigdy nie byłem

tam gdzie nigdy nie byłem rozmawiam z tobą
ale z kim miałbym rozmawiać pod twoją
nieobecność jeśli nie z tobą Tam gdzie
nigdy nie byłem czuję się najlepiej Kto
okazałby mi tyle cierpliwości tam gdzie
brak ciebie dokucza bardziej niż obecność
innych Którzy pewnie myślą że jestem
stuknięty skoro mówię do siebie tam gdzie
nigdy nie byłem w ciszy głębokiej jak noc

niedziela, 21 listopada 2010

Mój bohater

Dawno temu mój ojciec opowiadał mi
na dobranoc wojenne bajki
i mówił że te blizny na nogach są
po odłamkach Ale prawda była inna
mój ojciec nie był ranny pogryzły go psy
gdy po wojnie chodził na jabłka do ogrodu
sąsiada i miał uraz przez całe życie
Powiedziała mi to ciotka jego siostra
śmialiśmy się z tego oboje
więc jeśli jest jakieś niebo
a w nim mój bohater to psy sąsiada
są razem z nim i już się ich nie boi

piątek, 19 listopada 2010

Jakiś ślad przecież zostanie

Jakiś ślad przecież zostanie Włos
na grzebieniu zapisany kalendarz
kilka martwych kont z nieznanymi hasłami
bilingi kwit z pralni rachunki maile
mandat za prędkość list od
życzliwego zasuszony kwiatek
pamiątka pierwszej miłości okruch
w czyimś wspomnieniu włoska widokówka
cokolwiek co pomoże ustalić

Jakiś ślad przecież musi zostać
To niemożliwe niemożliwe
żeby mnie nie było

czwartek, 18 listopada 2010

Czytam Rogera Watersa

Tak, tym razem czytam, a nie słucham Rogera Watersa, byłego lidera zespołu Pink Floyd. Z ośmioletnim opóźnieniem dotarła bowiem do mnie książka Watersa „Antologia tekstów i przekładów 1968-2002” wydana przez In Rock (dzięki, Panie Piotrze). Są tu wszystkie teksty Watersa pisane dla Floydów, a także te, które ukazały się na jego solowych albumach. Antologia jest dwujęzyczna. Polskich przekładów dokonali Lesław Haliński i Tomasz Szmajter.

Kiedy chcę sprawdzić, czy autor tekstów piosenek może uchodzić za poetę, stosuję jedno kryterium: jego teksty muszą się obronić bez muzyki. Czy zatem Waters jest poetą? On sam w „Nobody Home” pisze/śpiewa, że Moje wiersze są w tej czarnej torbie, więc za poetę się chyba uważa. Ale w jego przypadku wspomniane wyżej kryterium może być zawodne, teksty Watersa na poszczególnych płytach tworzą całość, opowiadają złożoną historię, są czymś w rodzaju libretta. Są też zaangażowane społecznie. Poza tym widać, jaką traumą dla Watersa było dzieciństwo i śmierć ojca podczas wojny.

No dobra, ale czy Roger Waters w swoich tekstach jest śpiewającym poetą? Jest. Weźmy „Paranoid Eyes” z mojej ulubionej płyty Floydów „The Final Cut” (de facto to płyta nagrana przez samego Watersa):

Wierzyłeś w ich słowa o sławie, pieniądzach, honorach,
Teraz gubisz się w trunkowej mgiełce wieku średniego.
Gwiazdka z nieba jest za wysoko.
A ty kryjesz się
Za łagodnym spojrzeniem.

A w oryginale to brzmi jeszcze lepiej.

Polecam też lekturę przypisów, które mogą pomóc w pełnym zrozumieniu tekstów nawet osobom świetnie znającym angielski. Bo kto by np. przypuszczał, że pod słodkim imieniem Maggie w „The Postwar Dream” kryje się Margaret Thatcher?

No i jeszcze jedno: gdy się czyta antologię Watersa, piosenki Floydów dźwięczą w głowie. I nie ma siły, trzeba od razu ich posłuchać z płyty.
Roger Waters, fot. Daigo Oliva

wtorek, 16 listopada 2010

Wracam do wierszopisania

Po latach poetyckiej wstrzemięźliwości, wróciłem do wierszopisania. Albo inaczej: wracam do wierszopisania. Ostatni tomik – „Sierżant Garcia nie żyje” wydałem w 1998 roku, więc dawno. Potem były wiersze pisane do komputera, czasami publikowane w jakichś antologiach, i niepoważne wierszyki zamieszczane w prasie codziennej. Ale kolejnego tomiku się nie dorobiłem.

Oczywiście, na razie za wcześnie, by mówić o nowej książce poetyckiej. Niech się trochę wierszy uzbiera, żebym miał co odrzucić. Do tych nowych nie nabrałem jeszcze dystansu, nie umiem na nie spojrzeć chłodnym okiem. Zapisuję je, bo przychodzą do mnie, tak jak kiedyś. Przeprosiły się ze mną? No zobaczymy.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Ty tak pięknie przeklinasz

Ty tak pięknie przeklinasz więc chociaż
przekleństwa nie przystoją kobiecie (tak powiadają)
nie mam ci tego za złe a przeciwnie
lubię gdy rzucasz słowami zwanymi brzydkimi
bo w twoich ustach brzmią inaczej niż
w każdych innych nie smakują jak piołun
nie są brudne żadne mnie nie uraża
jest w nich za to namiętność i oczywiście
pieprz

piątek, 12 listopada 2010

Kiedyś zamieszkam w Pradze

Kiedyś zamieszkam w Pradze W życiu trzeba
mieć jakiś cel kochanie więc to będzie to
Zamieszkam blisko Wyszehradu
i blisko przystanku tramwaju
linii numer siedemnaście Żebym mógł
jeździć tam i z powrotem wzdłuż spokojnej
rzeki przyglądając się spokojnym ludziom
Nauczę się ich języka który śmieszy
moich rodaków ale mnie się podoba
to Prosím vás jest łagodne a mnie
potrzeba łagodności kochanie I będę popełniał
czeskie błędy cokolwiek one znaczą
i oglądał czeskie filmy A w kieszeni nosił
kamyki dla Františka K. I będę wypatrywał ciebie
kochanie bo w życiu trzeba mieć jakiś cel

czwartek, 11 listopada 2010

Nie martw się o mnie

Nie martw się o mnie choć wiem
że i tak będziesz To silniejsze
niż twoja niechęć
                         Gdy dwoje
ludzi zamyka się w sobie niekoniecznie
stają się jednym Bo co znaczy być razem
patrzeć w to samo okno
łykać te same proszki na przetrwanie

Jesteśmy jak dwie opustoszałe wyspy
Wszyscy już uciekli Czekamy aż
śmierć nas rozdzieli
                             A później połączy

poniedziałek, 8 listopada 2010

niedziela, 7 listopada 2010

Targi Książki w Krakowie – uzupełnienie

To już ostatnia (chyba) porcja zdjęć z targów. Bo mi się z Notesu Poetyckiego fotoblog zrobi.

Eustachy Rylski

Tadeusz Słobodzianek

Steffen Möller

Martyna Wojciechowska

Natalka Babina

A to ja, zmęczony i głodny, ale zadowolony, czego nie widać :)

piątek, 5 listopada 2010

czwartek, 4 listopada 2010

Dwa dni na targach w Krakowie

Piątek i sobotę spędzę na Targach Książki w Krakowie. Lubię te spotkania z pisarzami, wydawcami i książkami. Dla wszystkich, którzy kochają książki, targi są przyjemnością, mimo gwaru i ścisku. I tak jakoś raźniej się robi, kiedy się widzi tłumy czytelników w hali targowej. Wtedy sobie myślę, że jeszcze nie wszystko stracone. 

poniedziałek, 1 listopada 2010

Śmierć na mnie czeka za tamtym drzewem

Śmierć na mnie czeka za tamtym drzewem
a ja się chowam za umarłymi
Ona zabawia się mną bezwstydnie
wie że jej nigdy nie zdążę uciec

Śmierć na mnie czeka za tamtym lasem
jeszcze odbiegnę oszukam siebie
Ona cierpliwa i jak pies wierna
nadejdzie pora do gardła skoczy

Śmierć na mnie czeka przed tamtym domem
jest jej wesoło bać się nie musi
Ona w czerwonej jest dziś sukience
słyszę że śpiewa piosenkę o mnie

niedziela, 31 października 2010

„Instytut” Jakuba Żulczyka

Nowa powieść Jakuba Żulczyka „Instytut” to współczesny thriller z pogranicza horroru. Przerażający, makabryczny i, o zgrozo, doskonale napisany.

Nie gustuję w horrorach, a w thrillerach umiarkowanie, więc do „Instytutu” zabrałem się bez zapału, mając nadzieję odłożyć książkę po kilkunastu stronach. Nic z tego. Czytałem dalej i dalej, mimo że atmosfera z każdą chwilą gęstniała i świat przedstawiony Żulczyka stawał się coraz bardziej straszny.

W starej kamienicy w centrum Krakowa, na ostatnim piętrze mieszka pięć osób. Najstarszą z nich jest 35-letnia Agnieszka, właścicielka dużego mieszkania odziedziczonego po babci. Mieszkanie nazywa się Instytut, taka nazwa widnieje na domofonie i nikt nie wie dlaczego. Agnieszka, prawie rozwódka, przeprowadziła się z Warszawy, żeby uciec od męża i jego rodziny. Marzy jeszcze, by ściągnąć do Krakowa 12-letnią córkę, którą chce jej odebrać rodzina męża. Na razie Agnieszka wynajmuje duże mieszkanie jeszcze czterem osobom, samotnym tak jak ona.

Pewnego piątka lokatorów plus dwójka znajomych zostaje uwięziona w Instytucie. Winda nie działa, a krata oddzielająca od schodów została przez kogoś zamknięta. Z telefonów zniknęły karty, Internet został odcięty, przechodnie nie reagują na wołanie na pomoc. Uwięzieni znajdą na wycieraczce kartkę z napisem „Mieszkanie jest nasze”. Mijają długie godziny, a jeśli coś się zmienia, to na gorsze: w mieszkaniu gaśnie światło, kończy się jedzenie… A wkrótce poleje się krew…

W „Instytucie” nie pojawiają się duchy i upiory, są za to ONI, bo zawsze są jacyś ONI, chociaż ich nie widać. Thriller Jakuba Żulczyka utrzymany jest w jak najbardziej współczesnych realiach, a przez to przerażające wydarzenia wydają się jeszcze bardziej prawdopodobne. No i ten żywy, soczysty i cierpki jak dojrzały grejpfrut język… Żulczyk, dla którego jest to trzecia książka, wyrasta na polskiego mistrza powieści strachu.

(napisałem tę recenzję dla Salonu Kulturalnego)

piątek, 29 października 2010

Co ważne jest dla ciebie

Powiedz co ważne jest dla ciebie
czy nasza miłość przetrwa zimę
jaka pogoda będzie jutro
czy mnie zostawisz przed północą
kogo zabili a kto winien
dokąd pójdziemy po obiedzie
czyje to dziecko na śmietniku
jakie rachunki dzisiaj w skrzynce
czego zabrakło w sklepie obok
skąd tylu ludzi chociaż pada
komu zdradzimy nasze myśli
gdzie zamieszkamy innym razem
ile kosztuje odpuszczenie
kto nas zastąpi już po wszystkim
kto nas zastąpi już po wszystkim
kto nas zastąpi już po wszystkim

czwartek, 28 października 2010

Siostra miłosierdzia

Ma twarz dziewczynki
i ciało kobiety
Dla wszystkich jej mężczyzn
to i tak lepiej
niż gdyby było odwrotnie

albo gdyby myślała
o własnym zbawieniu

poniedziałek, 25 października 2010

Pożegnanie Krzysztofa Parszowskiego

Dzisiaj pożegnaliśmy Krzysztofa Parszowskiego, dziennikarza sportowego, który przegrał wieloletnią walkę z rakiem. Miał 47 lat, był moim rówieśnikiem.

Z Krzyśkiem, który nosił ksywę Parszu, pracowaliśmy w redakcji „Słowa Ludu, mało tego – chyba przez dwa lata siedzieliśmy w jednym pokoju, który de facto był suteryną. Ale był to najlepszy pokój w całej redakcji, na samym końcu, do którego prowadziły schody w szklanym łączniku, więc szefostwo rzadko tu zaglądało, a nam to bardzo odpowiadało – tym piszącym o sporcie, i tym piszącym o kulturze. W tym pokoju chętnie graliśmy w darta, Krzysiek był w nim bezkonkurencyjny, nie tylko zresztą wśród dziennikarzy. Dziesięć lat temu, zanim choroba zaatakowała go po raz pierwszy, brał nawet udział w mistrzostwach Polski w darcie w Katowicach i na chyba pięciuset zawodników zajął miejsce w pierwszej czterdzieste, co jak na amatora uprawiającego ten sport sporadycznie, było znakomitym wynikiem.

Krzysiek był świetnym kumplem i szalenie dowcipnym człowiekiem, potrafił nam wszystkim poprawić humor. Trudno go było nie lubić. Kilka razy uczestniczyliśmy wspólnie w sytuacjach, które być może nie były poetyckimi, ale miały w sobie element baśniowy rozjaśniający szarą rzeczywistość – że zacytuję klasyka.

I jeśli dzisiaj z taką chęcią oglądam przeróżne zawody sportowe, od piłki nożnej, ręcznej, siatkówki po lekką atletykę, boks i żużel, to myślę, że również dzięki temu, że pracowałem w jednym pokoju z dziennikarzami sportowymi, wśród których był Krzysiek Parszowski.

sobota, 23 października 2010

Piszę ten wiersz do Ciebie

Piszę ten wiersz do Ciebie w przerwie
to tylko chwila
na złapanie oddechu i łyk wody
i zaraz muszę wracać

Piszę ten wiersz do Ciebie w przerwie
między snami
Ostatnim razem gdy Cię widziałem
niebo też miało kolor kamienia

Piszę ten wiersz do Ciebie w przerwie
między śmiercią a snem
Już stoją nade mną i ponaglają
więc muszę wrócić

Piszę do Ciebie teraz
bo później
mogę nie mieć okazji

środa, 20 października 2010

Wieczorne okruchy... takie tam

Seriale
Życiowe dramaty
z przewagą waty.

Czas
Czas leczy rany,
zanim skonamy.

Dziewczyny
Dziewczyna po liceum
układa gumoleum.
***
Dziewczyna po maturze
tańczy na rurze.
***
Dziewczyna z licencjatem
ćwiczy strzelanie batem.
***
Dziewczyna po studiach,
a bezdenna jak studnia.

Żeby nie było, że jestem męskim szowinistą, o chłopakach też napiszę.

sobota, 16 października 2010

Z lektur czechofila: „Zrób sobie raj”

Z wydawnictwa Czarne otrzymałem przedpremierowy egzemplarz książki Mariusza Szczygła „Zrób sobie raj”. Nie mogę się oderwać od lektury. To kolejna publikacja, po słynnym „Gottlandzie”, w której Szczygieł przybliża nam braci Czechów. O książce – gdy skończę ją czytać, co nastąpi niebawem – jak zwykle więcej napiszę w Salonie Kulturalnym. I wiem już, że będzie mi żal, gdy przeczytam ostatnie zdanie. Podobnie było przy „Gottlandzie”.

Mariusz Szczygieł w „Zrób sobie raj” sporo miejsca poświęcił religii, a raczej ateizmowi współczesnych Czechów. Tutaj pozwolę sobie zauważyć, że Czesi w swej niewierze są dużo bardziej uczciwsi i szczerzy od wielu osób podających się za wierzących. Oczywiście, głęboko wierzących.

A dla wszystkich czechofilów ważna informacja: premiera „Zrób sobie raj” 20 października 2010.

wtorek, 12 października 2010

Książki na kartki i tańsze od wódki

Pół litra czystej wódki kosztuje, w zależności od gatunku, 20-30 zł. A mniej wytrawni smakosze z pewnością potrafią znaleźć flaszkę w jeszcze niższej cenie.

Nową książkę w Polsce trudno kupić za mniej niż 30 zł. Zwykle jest to koszt 30-40 zł.

Za komuny obowiązywała reglamentacja. Mięso, cukier, papierosy, wyroby czekoladopodobne można było kupić tylko na kartki. Wódkę też. Praktycznie się nie zdarzało, by ktoś nie zrealizował w ciągu miesiąca przydziałowych kartek. Towar był niby podstawowy, ale zarazem luksusowy. Trzeba go było wykupić, żeby się kartki nie zmarnowały.

A gdyby teraz wprowadzić kartki na książki? Może reglamentacja poprawiłaby w Polsce czytelnictwo książek, w każdym razie zwiększyła popyt na nie? No bo przecież szkoda by było, żeby się przydział zmarnował...

To rzecz jasna mrzonki. Zmierzam do innej konkluzji. Żeby uznać Polskę za kraj normalny, powinno zostać spełnionych ileś tam warunków. Wśród nich ten: książki muszą być tańsze od wódki.

sobota, 9 października 2010

Czytając Bernharda

Austriacki pisarz Thomas Bernhard zawsze jeździł po Austriakach równo, bez skrupułów wytykając im obłudę, zakłamanie, antysemityzm i to, że nigdy nie rozliczyli się z nazizmem.

Dzisiejszej nocy skończyłem „Moje nagrody” (Czytelnik), wydane dwadzieścia lat po śmierci Bernharda. Jak na tego pisarza, to książka dość żartobliwa, w której opowiada o nagrodach, które przyjmował i których nie przyjmował. Rzecz jasna, o swoich rodakach nie zapomniał – dokłada im aż iskry lecą.

A ja czytając Bernharda przypomniałem sobie drobne zdarzenie sprzed roku, gdy w zachwycie chodziłem po Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu. Piękna galeria, a obrazy tak wspaniałe, że dech zapiera i zazdrość ogarnia. Rubensy, Tycjany, Dürery, Caravaggie, Rembrandty, Velazquezy, Breugele, Rafaele, Holbeiny, długo by wymieniał. Nawet jednego Vermeera mają. I właśnie gdy przybliżałem twarz do „Alegorii malarstwa”, żeby dokładniej przyjrzeć się obrazowi mistrza, usłyszałem za plecami najpierw groźne Nicht!, a zaraz potem pewnie jakieś verboten!, ale i bez tego wiedziałem, że przybliżyłem się za blisko. Oczywiście zdaniem osoby, która krzyczała, było za blisko, bo według mnie odległość była całkowicie bezpieczna, zresztą ani ręką, ani nosem nie zamierzałem niczego dotykać.

Odwróciłem się i zobaczyłem kobietę w średnim wieku, chudą i żylastą, o zaciętej twarzy, była to pracownica galerii, pilnująca, żeby zwiedzający nie dotknęli, nie zniszczyli i nie ukradli żadnego dzieła sztuki. Spojrzenie tej pani było wrogie i nienawistne, ja to przynajmniej tak odebrałem, później, gdy już odszedłem od Vermeera, też nie spuszczała ze mnie wzroku. Dla niej byłem już podejrzanym. I pomyślałem wówczas, że siedemdziesiąt lat wcześniej ta kobieta miałaby większe pole do popisu i zapewne by z tego skorzystała. A odpowiedni mundur i pejcz bardzo by jej pasowały do roli strażniczki.

Lubię Wiedeń, lecz jeśli czasami odczuwam do Austriaków niechęć, to w dużej mierze za sprawą kilku innych, wybitnych Austriaków: Thomasa Bernharda, Petera Handkego, Elfriede Jelinek i Urlicha Seidla.


Jan Vermeer van Delft, „Alegoria malarstwa”. Ze zbiorów Kunsthistorisches Museum w Wiedniu
Fot. The Yorck Project

czwartek, 7 października 2010

Nobel należał się Vargasowi Llosie

Byłoby mi miło, gdyby literacką Nagrodę Nobla otrzymał w tym roku poeta (najlepiej Adam Zagajewski), ale nagroda dla Mario Vargasa Llosy też mnie ucieszyła i to bardzo. Może dlatego, że nikt nie zaprzeczy, iż Vargasowi Llosie Nobel się należał, a może też z czysto egoistycznych przesłanek, świadczących o mej próżności: znam książki Llosy (nie wszystkie, nie wszystkie), lubię jego prozę, a kilka tytułów posiadam w domowej bibliotece.
Znak w przyszłym tygodniu wznawia „Raj tuż za rogiem” i mam obiecany egzemplarz (dzięki, Tomaszu!). Już się cieszę.
Fot. Daniele Devoti

poniedziałek, 4 października 2010

Nigdy bardziej

Nigdy bardziej samotny niż dzisiaj
niż tu i teraz W dzień i w nocy
a przecież nic się nie zmieniło
miasto żyje spieszy się
i wcześnie zasypia przed telewizorem
tak samo jak wczoraj i przed tygodniem
więc nic się nie zmieniło liście tańczą na chodnikach
Nikt nie umarł Świat trwa
świat po staremu się nie skończył
a przecież wiesz że zmieniło się wszystko
ciszę też słychać wyraźniej

piątek, 1 października 2010

Szczęście Franza Kafki

Franz Kafka, który gdy pisał listy do swoich czeskich przełożonych, podpisywał się jako František Kafka, spoczywa na Nowym Cmentarzu Żydowskim w Pradze.
Kafka miał szczęście, że umarł przed wojną, podobnie jak jego rodzice, Julie i Hermann, razem z którymi jest pochowany. Mają własny grób. Przed macewą z ich nazwiskami można kłaść przyniesione z sobą kamyki.
Trzy siostry Kafki: Elli, Valli i Ottla przeżyły brata i rodziców, ale Holocaustu nie uniknęły. Ich grobem stały się krematoryjne piece.

Franz Kafka spoczywa w spokoju. Do jego grobu nie pielgrzymują tłumy. I nie ma się co dziwić. W końcu autor „Procesu” nie był ani Elvisem Presleyem, ani Jimem Morrisonem.

poniedziałek, 27 września 2010

Jan Karski

Jan Karski, emisariusz Polskiego Państwa Podziemnego, był jednym z najszlachetniejszych ludzi XX wieku. Postać tego wspaniałego człowieka przypomina znakomita i przejmująca książka francuskiego pisarza Yannicka Heanela „Jan Karski” (Wydawnictwo Literackie). W swojej recenzji napisałem, że powieść Heanela jest hołdem dla polskiego bohatera, obroną Polski przed niesprawiedliwymi zarzutami, a zarazem ciężkim oskarżeniem aliantów, którzy w czasie wojny nie zrobili nic, by ratować Żydów przed Zagładą.

Całą recenzję „Jana Karskiego” znajdziecie w Salonie Kulturalnym.

czwartek, 23 września 2010

Plath

Mam na imię Sylvia mam na imię
Victoria ale co za różnica jak mi na imię
byłam żoną poety Teraz
jestem martwą królową pszczół
Zapewne znajdzie się ktoś kto to opisze:
moje dzieci Nicky i Frieda Moje biedne
dzieci śpią przy otwartym oknie
słodkie aniołki porzucone przez rodziców
a moja głowa w piekarniku
małej trumnie wypełnionej gazem
Taka brzydka nieelegancka śmierć Tylko
niemiecki Bóg mego ojca mógłby to zrozumieć

Wszystko w blaszanym pudełku
zagazowane: gniew zazdrość upokorzenie
jaka ulga wreszcie nie kochać
jaka ulga nie czuć się zdradzoną
nie rozchylać nóg żeby go zatrzymać
być czystą lilią
nie patrzeć przez okno

jaka ulga uciec od szaleństwa w jeszcze
większą samotność która nie boli

poniedziałek, 20 września 2010

Tego Czechom zazdroszczę

Moja osobista lista zazdrości wobec braci Czechów:

Najbardziej zazdroszczę im tego,
że sprawa przeniesienia czy pozostawienia krzyża
w ogóle by się u nich nie pojawiła.

Niezajadłości i wyrozumiałości im zazdroszczę.

I tego, że mają tak niewielu bohaterów narodowych.

Oczywiście, zazdroszczę im Pragi.

Zazdroszczę: Haška, Čapka, Formana, Hrabala, Pavla, Halasa, Nerudy, Seiferta, Fuksa, także Kundery, który już nie pisze po czesku, bo się na nich obraził, oraz Kafki, który pisał po niemiecku, ale mieszkał w Pradze.

Zazdroszczę poczucia humoru i dystansu do samych siebie.

I poczucia bezpieczeństwa na ulicach.

Hokeja na lodzie i Evy Herzigovej.

A gdybym pił piwo, zazdrościłbym im też piwa.

P.S. Polecam książkę Marcina Surosza „Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów”. Pisze o niej Dariusz Materek w Salonie Kulturalnym.

poniedziałek, 13 września 2010

Taka moja słabość

Ostatnio mam słabość do Czechów. Doszedłem nawet do wniosku, że zazdroszczę im wielu spraw. A czego im konkretnie zazdroszczę, będę miał okazję niebawem napisać. Na razie chcę polecić powieść Marka Slouki „Widzialny świat” (wyd. Czarne) – to jedna z najciekawszych moich tegorocznych lektur. Slouka jest Amerykaninem czeskiego pochodzenia, a akcja jego świetnej książki rozgrywa się m.in. w Pradze.

Moją recenzję „Widzialnego świata” znajdziecie w Salonie Kulturalnym.

piątek, 10 września 2010

Chłód

I znowu jesień i mglisto jest znów
a świat się kręci przesiąknięty deszczem
powiało chłodem – niech szlag trafi chłód
czuję się senny bardziej senny jeszcze

Nim w sen zapadnę przedzimowy sen
zdążę doświadczyć tych jesiennych wrażeń
Wlokąc za sobą swój pijany cień
pójdę przez łąki ogrody cmentarze

Stary wiersz, z „Niebieskiego motyla”, ale u mnie dzisiaj mgła, więc pasuje do porannego nastroju.  

piątek, 3 września 2010

NIKE 2010 – trzymam kciuki za poezję

Wśród siedmiu finalistów tegorocznej literackiej nagrody NIKE nie ma ani jednej powieści, są za to trzy tomiki poetyckie: „Dni i noce” Piotra Sommera, „Ekran kontrolny” Jacka Dehnela i „Jasne niejasne” Julii Hartwig.

W szerokim finale – dwudziestu tytułów – aż siedem to były książki poetyckie. Teraz zostały trzy, ale poezja i tak ciągle jest górą. Pozostali nominowani to: „Nocni wędrowcy” Wojciecha Jagielskiego (reportaż), „Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu” Magdaleny Grochowskiej (biografia), „Nasza klasa” Tadeusza Słobodzianka (dramat) oraz „Śmierć czeskiego psa” Janusza Rudnickiego (opowiadania).

Finał NIKE 2010 w niedzielę 3 października. Trzymam kciuki za poezję, choć nominowane książki niepoetyckie też są świetne, przynajmniej te, które znam: Jagielskiego, Grochowskiej i Rudnickiego.

środa, 1 września 2010

1 września

Dzień się nazywał „pierwszy września”. Dzieci –
jako że jesień była – szły do szkoły.
A Niemcy właśnie zrywali pasiaste
polskie szlabany. I jakby paznokieć
gładził cynfolię, tak czołgi zgładziły
pułki ułanów.

Tak się zaczyna wiersz Josifa Brodskiego pt. 1 września z 1967 roku, w kongenialnym przekładzie Stanisława Barańczaka. Ten utwór wraca do mnie każdego pierwszego września i nie tylko wtedy. Gdybym układał listę moich ulubionych wierszy, znalazłby się w pierwszej dziesiątce. Piękny tekst, nie mogę sobie odmówić, by cytować dalej:
                   
                       Weź szklanki z kredensu
i za ułanów wypijmy, co stoją
na pierwszym miejscu na liście poległych,
niby w dzienniku szkolnym.

W tym wierszu rosyjska melancholia tak bardzo splata się z polskim smutkiem, aż dusza boli:
                                     
                                          Znowu brzozy
szumią na wietrze i liście wirują,
jak nad zrzuconą z głowy rogatywką,
nad dachem domu, gdzie nie słychać dzieci.
I ciężkie chmury niosą pomruk gromu
ponad oknami, zasnutymi mrokiem.      

Wiersz pochodzi z tomu Josifa Brodskiego 82 wiersze i poematy (Znak, 1989).              

piątek, 27 sierpnia 2010

„Dni trawy” – podwójny debiut

Młoda tłumaczka Matylda Jastrzębska przesłała mi szczotki przetłumaczonej przez siebie powieści „Dni trawy” holenderskiego pisarza Philipa Huffa. Książka ukaże się w wrześniu nakładem wydawnictwa Dobra Literatura.

„Dni trawy” są podwójnym debiutem – autora, a także polskiej tłumaczki. Jestem jeszcze w trakcie lektury tej powieści – o uzależnieniach, przyjaźni i piosenkach Beatlesów – ale już teraz mogę napisać, że w obu przypadkach jest to debiut udany.

A o książce Huffa więcej będę pisał do Salonu Kulturalnego, który objął patronat nad polskim wydaniem.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Basia i Muse

W sobotę 21 sierpnia występował w Krakowie zespół Muse, który należy do moich ulubionych zespołów. Tego dnia i tej nocy byłem w Krakowie, ale na koncercie Muse nie byłem, ponieważ właśnie tego dnia moja córka Basia brała w Krakowie ślub. Choćbym nie wiem jak uwielbiał Muse, to Basię kocham bardziej i Jej ślub był dla mnie ważniejszy :).

czwartek, 19 sierpnia 2010

Z Jesienina

Do widzenia, przyjacielu, do widzenia,
Pozostaniesz zawsze w sercu moim.
To rozstanie jest jak przeznaczenie –
Spotkać się jeszcze nam pozwoli.

Tak bez słowa, żegnaj, przyjacielu.
Nie martw się, nie zasmucaj twarzy.
Gdy żyjemy, to raz i bez celu,
Umieramy za to kilka razy.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Urodziny Edwarda Stachury

Gdyby żył, 18 sierpnia skończyłby 73 lata. Edward Stachura – poeta, prozaik, tłumacz, wędrowiec, autor „Siekierezady”, „Wszystko jest poezja” i wielu innych znakomitych książek.

Z wydawnictwa Iskry otrzymałem informację o spotkaniu z okazji urodzin Edwarda Stachury, które odbędzie się w najbliższą środę, 18 sierpnia 2010 r. o godz. 19.00 w klubokawiarni Legalna, Warszawa-Grochów, ul. Terespolska 4. Wstęp wolny.

W trakcie spotkania m.in.: prapremierowa lektura fragmentów diariusza, projekcja filmu dokumentalnego „Matka poety” – dokument Macieja Mierzejewskiego, kręcony w połowie lat 80. w mieszkaniu Stachury na Grochowie i w domu rodzinnym na Kujawach; rozpoczęcie projektu „Kartki podróżne” – organizatorzy rozdadzą okolicznościowe pocztówki z adresem zwrotnym Legalnej i poproszą uczestników o przesyłanie ich z różnych miejsc – będą odczytane przy następnym spotkaniu.

Wśród gości będą: Marek Nowakowski, pisarz, wieloletni przyjaciel Edwarda Stachury; Dariusz Pachocki, edytor dzienników i dwóch tomów „Listów” Edwarda Stachury; Krzysztof Rutkowski, członek kolegium redakcyjnego „dżinsowego” wydania dzieł zebranych, twórca terminu „zeszyty podróżne”, oddającego sylwiczny charakter zapisków poety; Wiesław Uchański, prezes Wydawnictwa „Iskry”, wydawca dzienników Edwarda Stachury (planowany termin publikacji: październik/listopad 2010 r.).

Spotkanie poprowadzi Monika Stachura.

piątek, 13 sierpnia 2010

Majakowski!

Włodzimierz Majkowski – ten rosyjski (radziecki) poeta mojemu pokoleniu niestety kojarzy się z wierszem o Leninie i partii, który był w jednym z podręczników do języka polskiego.

Czytam biograficzną książkę szwedzkiego slawisty Bengta Jangfeldta „Majakowski. Stawką było życie”. Z wydawnictwa W.A.B. dostałem tzw. egzemplarz próbny, bo premiera jest 18 sierpnia – Salon Kulturalny ma patronat nad polskim wydaniem, więc będę pisał recenzję.

Dlatego teraz krótko. Książka jest rzetelna, obiektywna, wnikliwa, a przede wszystkim czyta się ją świetnie. Pokazuje, jak genialny poeta dał się uwieść totalitaryzmowi, co skończyło się dlań tragicznie.

I ta znakomicie opisana sfera obyczajowa w przedrewolucyjnej, ale i porewolucyjnej Rosji. Wolności seksualnej od Majakowskiego i Lili Brik mogliby się uczyć późniejsi hipisi. Poniżej zdjęcie Lili wykonane przez Aleksandra Rodczenkę w roku 1924, gdy Lenin dogorywał, a Stalin szykował się do przejęcia władzy. Znaliście rewolucję z tej strony?

czwartek, 12 sierpnia 2010

Hiszpańskie rozliczenia z erotyką w tle

Wbrew tytułowi „Dziewczyna w złotych majtkach” (Znak) hiszpańskiego pisarza Juana Marségo nie jest tandetną literaturą erotyczną, choć erotyki, owszem, jest tu całkiem sporo. To wysokich lotów powieść o zakłamywaniu przeszłości i granicach wolności pisarskiej – to początek mojej recenzji, która ukazała się w Salonie Kulturalnym.

Zachęcam do przeczytania – i recenzji, i książki.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Maria i Magdalena

Do moich ulubionych wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej należy ironiczny „Ptaszek”, znany z interpretacji Czesława Niemena. Tego utworu nie ma wprawdzie w zbiorze „Moja siostra poetka”, są za to inne teksty poetki, i znane, i zapomniane. Ten zbiór, opublikowany niedawno przez PIW, jest wydawniczym rarytasem.

To szczególna książka, choćby dlatego że autorką jest... pisarka Magdalena Samozwaniec, ale w środku znajdujemy przede wszystkim wiersze Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej – ulubione utwory Samozwaniec, która dokonała siostrzanego wyboru tekstów. Sporządzając listę tytułów, Samozwaniec nie spodziewała się, że kiedyś ukażą się w oddzielnym tomie. A może właśnie na to liczyła? Tak czy inaczej wykaz ulubionych wierszy odnalazł w jednym z listów Rafał Podraza, niestrudzony badacz twórczości Magdaleny. Odnalazł także jej tekst poświęcony siostrze Marii, który w 1972 r. miał się ukazać w „Przekroju”, lecz z niewiadomego powodu nie został do redakcji wysłany. A teraz jest wprowadzeniem do książki, której pełen tytuł brzmi: „Moja siostra poetka. Wybór wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej”.

Za co czytelnicy kochają wiersze Pawlikowskiej? Za czułość, ironiczny sentymentalizm... Również za to, że koją „krwawiące serca cierpiących z niespełnionej albo tragicznej miłości” – pisze Magdalena. Ta poezja jeszcze długo będzie popularna...

W „Mojej siostrze poetce” znajdziemy wiersze z najbardziej znanych tomików, m.in. „Fotografię”, ale też miniatury wyszukane przez Podrazę w listach Pawlikowskiej do męża czy niepublikowany wojenny wiersz, znaleziony w prywatnych notatkach Magdaleny. W sumie blisko sześćdziesiąt utworów. Są prywatne, unikalne zdjęcia Marii, Magdaleny i rodziny Kossaków. Razem z książką ukazała się płyta CD, na której Magdalena Samozwaniec czyta osiem wierszy siostry.

Jak pisze Rafał Podraza, „Moja siostra poetka” to już ostatnie niepublikowane „dziecko” Magdaleny Samozwaniec. Szkoda.

czwartek, 5 sierpnia 2010

IPN? Nie, dziękujemy

W krakowskim Klubie Pod Jaszczurami miała się odbyć Noc Poetów z udziałem z udziałem wybitnych twórców z kręgu Nowej Fali. Nie odbędzie się, ponieważ najważniejsi uczestnicy – Adam Zagajewski, Ryszard Krynicki i Ewa Lipska – zrezygnowali z udziału w spotkaniu, gdy dowiedzieli się, że patronuje mu IPN.

W oświadczeniu dla „Gazety Wyborczej” Zagajewski i Krynicki napisali: „Mamy nadzieję, że spotkanie istotnie odbędzie się, niestety – bez naszego udziału. Zostaliśmy bowiem wprowadzeni w błąd przez organizatorów, którzy, nie wiadomo czemu, nie zechcieli nas poinformować, że całości imprezy patronuje krakowski oddział IPN-u. Dowiedzieliśmy się o tym w ostatniej chwili. Nie jest to odpowiednie miejsce, żeby wypowiadać się obszernie na temat naszej oceny działalności IPN-u, w każdym razie uważamy, że ta badawczo-prokuratorska instytucja, zaangażowana, niekiedy bardzo hałaśliwie, w bieżące spory polityczne, nie jest idealnym mecenasem sztuki czy poezji”.

Cóż, czytelnicy wybierający się na Noc Poetów będą pewnie żałować, że imprezę odwołano. Ale decyzja nowofalowców nie powinna ich dziwić. Mnie w każdym razie nie dziwi.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Bez końca

Noc kończy się nagle Jak przepalony film
Jakby nie istniał wschód słońca nie było świtu
ani innego azylu dla zagubionych

Dzień odchodzi podobnie Nawet nie można
powiedzieć że zniknął za horyzontem
jeśli już – to pękł na pół od jednego cięcia

Nic nie ma początku i nic nie ma końca
Gdzieś między tym a tym na jakimś skalistym
brzegu nienazwanego morza jest pora na wieczność

poniedziałek, 26 lipca 2010

McCarthy też jest poetą

Cormac McCarthy to amerykański prozaik, jeden z najwybitniejszych wśród współczesnych. Jestem świeżo po lekturze jego „Krwawego południka”, wspaniałej, niesamowitej i poruszającej powieści opublikowanej przez Wydawnictwo Literackie. I stwierdzam, że piszący prozą McCarthy jest poetą, niemal mistycznym:

Jeźdźcy-zjawy, bladzi od kurzu, anonimowi w niezłomnym upale. Nade wszystko wydawali się zdani na łaskę losu, pierwotni, prowizoryczni, pozbawieni porządku. Jak istoty wydobyte z litej skały, które – bezimienne i spętane własnymi mirażami – skazane są na niemą wędrówkę niczym gorgony włóczące się po bezludziach Gondwany w czasach, gdy nie wymyślono jeszcze nazw, a jedno było wszystkim.
Przekład Robert Sudół

A moją recenzję „Krwawego południka” znajdziecie w Salonie Kulturalnym.

niedziela, 25 lipca 2010

Gniezno – miasto poetów

Nie tylko Wrocław, Kraków czy Gdańsk są miastami poetów. Do tego miana aspiruje także mniejsze od wymienionych Gniezno. Dlaczego? A choćby dlatego, że w Gnieźnie swoją siedzibę mają wydawane w papierze i posiadające swój portal „Zeszyty Poetyckie”. Właśnie z „Zeszytów” – via Salon Kulturalny – dotarła do mnie informacja, którą zamieszczam poniżej, o spotkaniu z czterema poetami, festiwalu literackim i konkursie na debiut:

„Zeszyty Poetyckie” oraz Biblioteka Publiczna Miasta Gniezna zapraszają na spotkanie autorskie pod nazwą Poeci spoza „legendy upadku". Wystąpią: Dawid Jung, Jerzy Kałwak, Maciej Krzyżan i Krzysztof Szymoniak. Spotkanie odbędzie się w środę, 28 lipca o godzinie 18.00 w Bibliotece przy ul. Staszica 12A w Gnieźnie.

Podczas spotkania autorskiego czterech poetów nastąpi również zapowiedź i prezentacja programu festiwalu literackiego PRETEKSTY 2010 – GNIEZNO MIASTO POETÓW, który odbędzie się 1 i 2 października 2010 roku. Organizatorzy i partnerzy przedsięwzięcia pragną przypomnieć, że tegoroczne spotkanie poetów podczas festiwalu powiązano z promocją dwujęzycznej antologii ZP/OFF_PRESS (w której publikują m.in.: Tkaczyszyn-Dycki, Wiedemann, Grzebaski, Honet, Suska i inni) oraz ogólnopolskim otwartym konkursem na debiut literacki o Nagrodę im. Andrzeja Krzyckiego. Konkurs jest przeznaczony dla autorów przed debiutem książkowym, którzy do 31 grudnia 2010 r. nie ukończą 30 roku życia. (Szczegóły na: http://www.zeszytypoetyckie.pl/)

Nagrodą w Konkursie jest publikacja zwycięskiego zestawu w postaci książki. Jury w składzie: Krzysztof Kuczkowski (redaktor naczelny „Toposu”) – przewodniczący, Krzysztof Szymoniak (UAM), Dariusz Dziurzyński (UW), Marcin Orliński oraz Dawid Jung (redaktor naczelny „Zeszytów Poetyckich”) dokona oceny przysłanych prac.

czwartek, 22 lipca 2010

Bolesław Leśmian, „Poezje zebrane”

Dla leśmianologów ta opasła księga jest jak spełnienie marzeń – opublikowane przez Państwowy Instytut Wydawniczy „Poezje zebrane” Bolesława Leśmiana zawierają wszystkie wiersze poety: te, które ukazały się w tomikach i prasie, a także te, które pozostały w pośmiertnych papierach. Są poza tym utwory poetyckie napisane przez Leśmiana po rosyjsku wraz z polskimi przekładami. W sumie ponad trzysta wierszy i poematów na prawie ośmiuset stronach. Poetycka uczta.

Co jest charakterystycznego dla „Poezji zebranych”? Ano to, że nie znajdziemy tu kiepskich wierszy. Niektóre mogą się nie podobać, młodzieńcze mogą razić egzaltacją, ale na pewno nie jest to słaba poezja. Leśmian, niewielki wzrostem, poetą wielkim był, może dlatego, że uciekał w poezję przed nieudanym życiem osobistym i w poezji odnajdował szczęście. Choć to ostatnie stwierdzenie nie do końca jest prawdziwe, szczęście próbował odnaleźć też w związku z Dorą Lebenthal z Iłży. Słynny cykl erotyków „Malinowy chruśniak” jest poświęcony właśnie Dorze, która uniknęła krematorium tylko dlatego, że przed wywózką zmarła na tyfus. Siła i magia słów Leśmiana sprawia, że „Malinowy chruśniak” od lat uchodzi za najlepszą poezję dla zakochanych.

Godzi się dodać, że „Poezje zebrane” przygotowała osoba chyba najbardziej kompetentna, czyli Jacek Trznadel. Zebrał wszystkie wiersze, opatrzył je szczegółowymi przypisami. Świetna robota. I za to lubię profesora, bo za wyrażane przezeń opinie polityczne już mniej.

„Poezje zebrane” są tomem I „Dzieł wszystkich” Leśmiana. Agnieszka Ziębińska z PIW powiedziała mi, że tom II będzie zawierał szkice literackie i ukaże się w przyszłym roku. Nie wiadomo jeszcze, ile tomów będą liczyć „Dzieła wszystkie”. Co najmniej trzy, a maksymalnie sześć.

niedziela, 18 lipca 2010

Ekshumani

Skąd się w was bierze ta chęć nieodparta
grzebania w grobach wyciągania trupów
A kiedy tkanka przez robaki zżarta
zdzieracie siatkę którą pająk uplótł

Skąd w waszych sercach zlęgły się upiory
jaki to demon skrył się w waszych głowach
że z wszystkich smaków najbliższa wam gorycz
więc potraficie tylko ekshumować

Nie wiecie tego że jest to jak klątwa:
miłe wam krypty oraz całun czarny
i wściekły spokój znajdujecie w szczątkach
gardząc żywymi nękając umarłych

piątek, 16 lipca 2010

Miasto II

Lato to jest podła pora roku
w zaduchu ulic jarmarcznym brudzie
w kaszlu silników szumie rynsztoków
dusi się miasto i nie mam gdzie uciec

Miasto którego nazwy nie wspomnę
znienawidzone niczym więzienie
składa nade mną skrzydła ogromne
tak jak na grobie kładzie się wieniec

Z tomiku „Niebieski motyl i inne wiersze”

niedziela, 11 lipca 2010

Arkadiusz Frania, „Jestem pomysłem Pana Boga na człowieka”


Historyk literatury, krytyk literacki, poeta, a teraz jeszcze prozaik. Tak można w kilku słowach przedstawić Arkadiusza Franię, którego nowa książka „Jestem pomysłem Pana Boga na człowieka” jest właśnie prozą. Pierwszą prozą w bogatym już dorobku 37-letniego autora czterech zbiorów wierszy i czterech książek krytyczno-literackich, m.in. o Halinie Poświatowskiej i Jacku Durskim.

Kiedy poeta przemienia się w prozaika, można być niemal pewnym, że jego utwór prozatorski mniej lub bardziej będzie poezją naznaczony. W przypadku „Jestem pomysłem Pana Boga na człowieka” już sam tytuł jest dowodem. To po pierwsze. A po drugie – książka Frani nie jest powieścią, trudno też mówić tu o fabule. Mamy za to dwóch bohaterów, rzeczywistego i nierzeczywistego, co wyróżnione jest i sposobem narracji, i graficznie. Przyznać trzeba, interesujący zabieg.

Ten pierwszy bohater to Ar, pisarz, prowadzący dziennik, w którym zapisuje zwykłe codzienne zdarzenia, rozmowy z żoną, spotkania ze znajomymi i opisuje zmagania z niemocą twórczą. Swoje zapiski Ar nazywa „prozą depresji”. Dużo w tym autoironii, bo łatwo się domyśleć, że piszący w pierwszej osobie Ar ma sporo z autora.

Drugi bohater nazywa się Cień Ara, co można rozumieć dosłownie, choć niekoniecznie. Cień Ara jest równie ironiczny i jeszcze bardziej zdystansowany wobec rzeczywistości niż jego właściciel. Wydaje się, że jest też bardziej twórczy, a w każdym razie bardziej refleksyjny, ze skłonnością do aforyzmów. Przy czym część książki poświęcona Cieniowi Ara pisana jest w trzeciej osobie, co można różnie interpretować. Na przykład, że Cień Ara jest twórczym dopełnieniem Ara. Albo kimś w rodzaju poetyckiego Kubusia Fatalisty.

Na czym polega graficzne zaznaczenie tego dwugłosu narracyjnego? Większą cześć, od góry, każdej strony zajmuje dziennik Ara. Dolna cześć, wyróżniona boldem, zarezerwowana jest dla Cienia Ara.

„Jestem pomysłem Pana Boga na człowieka” jest udanym pomysłem autora na formalne poszukiwania literackie. A tak na marginesie: dziwię się, że Arkadiusz Frania jeszcze nie założył swojego bloga. Internet i papier się nie wykluczają.

Książkę „Jestem pomysłem Pana Boga na człowieka” opublikowało Wydawnictwo „e-media”.

środa, 7 lipca 2010

Nie nadążam z czytaniem

Przyznaję – za dużo lektur na mnie spłynęło i nie nadążam z czytaniem. Nie po raz pierwszy mi się to zdarza, można rzec, że to u mnie stan permanentny. Jestem w trakcie „Pierwszego dnia reszty życia” Jurija Drużnikowa. Salon Kulturalny ma patronat nad tą książką, więc czytam ją trochę z obowiązku, ale żeby wszystkie obowiązki były tak przyjemne!

Zacząłem również czytać książkę prozatorską poety i krytyka literackiego Arkadiusza Frani z Częstochowy – nadesłał mi ją Autor, napiszę o niej w Notesie. Dwa tomiki przysłał mi także gdański poeta i muzyk Grzegorz Kwiatkowski. Niestety oba są w pdf-ach, bo Autor nie ma już własnych egzemplarzy (znam ten ból), więc albo je przeczytam w komputerze, albo prowizorycznie wydrukuję. I też o nich napiszę.

A w kolejce czekają m.in. „Dziewczyna w złotych majtkach” Juana Marségo (ze Znaku), „Moja gra. O Fibaku” Daniela Passenta (z Nowego Światu), „Czary i czarty polskie” Tuwima, które czytałem na studiach, ale jeszcze raz do nich zajrzę (z Iskier) i jeszcze stos innych książek. O kupionym w antykwariacie „Czarnym obelisku” Remarque’a nawet nie wspominam. Podczytuję go sobie w przerwach między lekturami.

czwartek, 1 lipca 2010

Ułamki

Kiedy się rodzi życie w nim jest
i tylko życie Potem dorasta
lecz nie wie tego że jego część
choć nadal młoda to przecież martwa

Jeszcze pół-człowiek jeszcze pół-śmierć
proporcja zmienia się błyskawicznie
wkrótce zostaje człowieka ćwierć
oraz trzy czwarte śmierci najbliższe

Na koniec cyfrą prostą jak gwóźdź
dumną jedynką staje się cały
nim zwykłym zerem zrobią go znów
w ułamku chwili jest doskonały

niedziela, 27 czerwca 2010

Poezja, alkohol, uzależnienia

Zastanawiałem się, czy zamieścić wiersz poniżej, wiersz, który napisałem dwadzieścia lat temu, ale ponieważ był już publikowany (m.in. w tomiku „Piosenka powieszonego amanta”), obiekcje wydają się zbędne. Oto więc:

Spowiedź

W niebie najlepszym choćbym długo szukał
tego nie znajdę co mi tutaj dano:
tani papieros szmuglowana wódka
w ciemnym pokoju dziewczęce kolano

Nie znajdę ulic które straszą mrokiem
ani występnych domów w środku miasta
nie spotkam drania co to wszedł mi w drogę
i nie napiszę wiersza na cześć diabła

Tutaj kościoły omijam z daleka
lubię jedynie koty gdy są w czerni
zamiast rodziny gliniarz na mnie czeka
bym wyznał wszystko niczym na spowiedzi

Więc się spowiadam z grzechów zawinionych
a noszę tylko jedno imię: człowiek
Wiem że zostanę znakiem niespełnionym
jak garść kasztanów na dziecinnym grobie

Młodość chmurna, młodość durna – mógłbym powiedzieć. Ale „Spowiedź” może być przyczynkiem do rozważań o bezpośrednim czy pośrednim wpływie alkoholu na wierszopisanie. Patrząc na historię poezji, nietrudno zauważyć, że wielu poetów, czy to polskich, czy zagranicznych, zmagało się z alkoholizmem, często tę walkę przegrywając. Poeci w ogóle są gatunkiem ludzkim szczególnie skłonnym do autodestrukcji, podatnym na alkoholizm i inne uzależnienia. Lista samobójców wśród poetów jest dość długa, a targnięcie się na życie było często wynikiem depresji, która z kolei była wynikiem alkoholizmu.

Piszę o tym na dużym poziomie ogólności, bo nie chcę tutaj wnikać w prywatne życie poetów żyjących czy też zmarłych w ostatnich kilkudziesięciu latach (poświęciłem temu kilka artykułów w prasie). Problemu alkoholizmu dotyka moja powieść „Biały Kafka” (2004), a wiersz „Spowiedź” powstał w takim okresie mojego życia, gdy alkohol odgrywał pierwszoplanową rolę. Ale dla mnie, od szesnastu lat, to już przeszłość.

czwartek, 24 czerwca 2010

Wypisy poetyckie (8). Z Brzechwy

Jan Brzechwa, 1964 (fot. teatry.art.pl)
W dzisiejszych wypisach fragment „Szelmostw lisa Witalisa” Jana Brzechwy. Poemat ten przypomniał mi się oczywiście zupełnie bez powodu, a wszelkie podobieństwo do osób rzeczywistych jest przypadkowe:

Lis spryciarzem był bezsprzecznie,
Więc o głos poprosił grzecznie,
Wszedł na pień i w słowach kilku
Tak powiedział:
                        „Zacny wilku
I wy, wszyscy tu zebrani,
Tak przeze mnie szanowani,
Albo mówiąc wprost - zwierzęta -
Macie wybrać prezydenta.
Czyż jest ktoś, kto nie pamięta,
Zasług lisa Witalisa?
W pięciu tomach ich nie spisać! (...)
Dla was szereg lat z zapałem
Drób w kurnikach hodowałem,
Dla was w chlewach tuczę wieprze,
Byście życie mieli lepsze,
Jestem waszym dobrodziejem,
A sam nie śpię, a sam nie jem,
Tylko myślę dniem i nocą,
Jak zwierzętom przyjść z pomocą...” (...)
Wszystkim oczy aż zabłysy:
„Lis niezgorsze ma pomysły,
Niech zostanie prezydentem!”

„Czy przyjęte?” „Tak! Przyjęte!” 
                                   Jan Brzechwa, „Szelmostwa lisa Witalisa”

Polecam lekturę pełnego tekstu „Szelmostw”.
 

niedziela, 20 czerwca 2010

Michał Jagiełło, „Ciało i pamięć”

Michał Jagiełło. Taternik, alpinista, ratownik górski, przewodnik. Bibliotekarz (był dyrektorem Biblioteki Narodowej), po 1989 – przez osiem lat – wiceminister kultury. Najwyższy rangą funkcjonariusz PZPR, który po wprowadzeniu stanu wojennego rzucił legitymację partyjną. Poza tym pisarz – „Wołanie w górach” to już dzisiaj klasyka, przynajmniej dla tych, którzy ukochali góry.

Michał Jagiełło jest także poetą. Jego najnowszy tomik „Ciało i pamięć” wydały Iskry.

Pewnie, że to żadne odkrycie, zwłaszcza że chodzi o człowieka mocno związanego z górami, ale wiersze Jagiełły przypominają trochę góry: są surowe, tajemnicze i nieokiełznane. W tej poezji jest dostojeństwo, romantyzm. Oczywiście tematem wiodącym są góry: groźne i nieodgadnione, gdzie między zachwytem nad ich pięknem a bezradnością wobec śmierci przyjaciela, który spadł w przepaść, jest cienka granica. Gdzie często trzeba podejmować ostateczne wybory:

Ciemno zgęszczona mgła niepewność
miejsca i czasu
jadę czy stoję pod górę czy w dół
jeszcze tu czy już t a m
twoja-nie-twoja
wspinaczka między t a k lub n i e
                           („Nota o błędniku”)

Prawie każdy utwór z „Ciała i pamięci” to poetycka opowieść o przeżyciach w górach i nietrudno się domyśleć, że to przeżycia i doświadczenie samego poety.

Nie jestem specjalistą od górskiej poezji, a wspinaczki wysokogórskie są mi równie dalekie jak loty w kosmos. Jednak w wierszach Michała Jagiełły jest prawda i jest smak życia, życia niekoniecznie na krawędzi.

środa, 16 czerwca 2010

Wierzyński i Zamora


Na pewno są poeci, którzy oglądają mecze piłki nożnej. Wiem, co piszę, bo sam do nich się zaliczam. Zwłaszcza teraz, gdy trwają mistrzostwa świata, dużo czasu spędzam przed telewizorem, tym chętniej że nasi nie grają, więc wstydu nie będzie.

Nie znam natomiast poetów (nie mówię o amatorach), którzy pisaliby wiersze o piłce nożnej. Film czy proza – owszem, tam tematyka piłkarska się pojawia. Ale poezja? Trudno o przykłady, z jednym wyjątkiem. Myślę o wierszu skamandryty Kazimierza Wierzyńskiego pt. „Match footballowy”, którego bohaterem jest Ricardo Zamora (1901-1978), legendarny bramkarz Espanyolu, Barcelony i Realu. Inny był wtedy futbol, a i poeta patrzy na mecz zupełnie inaczej niż dzisiejszy kibic:

„(...) Zamora wsparty w bramce o szczyt Pirenejów,
Piękniejszy niż Don Juan, obciśnięty w swetrze,
Jak dumny król, w chaosie center i wolejów,
Śledzi kulę świetlistą, prującą powietrze.

(...) I pokażcie mi teraz – gdzie, w jakich teatrach
Milion widzów wystrzeli takim wielkim głosem:
Zamora, lecąc w górę, jak żagiel na wiatrach,
Za Atlantyk wybija piłkę jednym ciosem!

Widownia oszalała, krzyczy, bije brawo,
Półkole trybun płonie niczym aureola,
I jak wielka tęsknota za zwycięską sławą
Tętni okrzyk stadionu: gola, gola, gola!

Pisząc o milionach widzów w 1927 r. Wierzyński przewidział transmisje telewizyjne, nie mógł natomiast przewidzieć wuwuzeli na stadionach RPA.
„Match footballowy” wchodzi w skład cyklu „Laur olimpijski”, za który Wierzyński otrzymał w 1928 roku złoty medal na igrzyskach olimpijskich w Amsterdamie – w konkursie sztuki i literatury.

Na zdjęciu po lewej Kazimierz Wierzyński, po prawej Ricardo Zamora jako bramkarz Espanyolu

niedziela, 13 czerwca 2010

Język świętego Antoniego

Język świętego Antoniego jest czarny
i właściwie nie przypomina języka
Szczęka świętego Antoniego to kilka
zębów szarych od światła kurzu i czasu
Ciekawe czy święty kiedy nie był świętym
pokazał komuś język w niewinnej złości
Ciekawe czy zgrzytał zębami na widok
odszczepieńców niepokornych Panu Bogu
A może jest tak jak chcą owi przybysze
którzy z namaszczeniem dotykają grobu
wierzą w cudowne uzdrowienie rąk i nóg
w niezwykłe odzyskanie utraconych
Święty Antoni od chorych i zgubionych
modlę się Ciebie: znajdź mnie

Dzisiaj świętego Antoniego Padewskiego. To jedyny święty, w którego wierzę. Ilekroć jestem we Włoszech, jadę do Padwy i odwiedzam bazylikę. Wiersz „Język świętego Antoniego” napisałem piętnaście lat temu, po pierwszej wizycie.
Wierzę w opiekę Santo Antonio i w to, że mi sprzyja. A sprzyja mi – być może – dlatego, że od czasu do czasu wspomnę o nim w swoich tekstach.

czwartek, 10 czerwca 2010

Joanna Szczepkowska, „Dzisiaj nazywam się Charles”

Joanna Szczepkowska, znana aktorka i felietonistka, od niedawna szefowa ZASP i za sprawą afery pośladkowej – skandalistka, jest również poetką. „Dzisiaj nazywam się Charles” to jej trzeci tomik (wyd. Nowy Świat), po „Miastach do wynajęcia” i „Ludziach ulicy i innych owocach miłości”.

Szczepkowska, przynajmniej w najnowszym zbiorze, uprawia przede wszystkim poezję codzienności i drobiazgów. Detale prowadzą ją do pointy. Dla autorki dobrym tematem na wiersz jest zasłyszany dialog („Usłyszane w tramwaju wodnym”), uliczny obrazek („Myjąca szyby”), strzęp rozmowy za kulisami („Teatr jest bez sensu”). A bohaterami czyni bezdomnych albo dzieciobójczynię, Janis Joplin czy Marylin Monroe (cykl „Dzisiaj nazywam się...”).

Formalnie Szczepkowska nie odkrywa poetyckiej Ameryki, chociaż próbuje (cykl „Rysunki wierszem”), lecz nie jest to najistotniejsze. Dla mnie ważne jest, czy w czytanym tomiku znajdę wiersz, którego szybko nie zapomnę. Wiersz, który jest świadectwem Poezji. W „Dzisiaj nazywam się Charles” znalazłem go. Tym utworem jest „Ja i ona”, dotkliwy utwór o samotności: ja i moja samotność robimy dwuosobową/ szarlotkę popołudniową/ ona w szlafroku profilem do okna bez słowa Cię przyjmie/ nie wiń jej (...) ja i moja samotność jesteśmy niepodobne/ a jednak nie dało się zerwać.

Poetka nie chowa się tutaj za szczegółami, które odwracałyby uwagę od najważniejszej rzeczy, przeciwnie – odsłania się i tą szczerością odbiera czytelnikowi spokój.

No i jeszcze jedna sprawa, o której godzi się powiedzieć: Joanna Szczepkowska w najnowszym tomiku występuje w podwójnej roli: jako poetka i autorka grafik.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Lunapark

Ženy z mého mĕstečka chodí
ulicemi zasnĕné lenivé svaté
Už neteskní za milenci
v máskach a chocholech z peří kteří utekli
než zestárly Na poutích
mužům kupují jablka sladká
a krvavá Chystají obĕdy Dohlížejí
na dĕti v kočovném lunaparku
Necítí žal

Wiersz ukazał się swego czasu w wydawanym w Pradze miesięczniku „Babylon”, razem z siedmioma innymi moimi wierszami przetłumaczonymi na język czeski przez Libora Martinka (w tym samym numerze „Babylonu” znalazły się także utwory m.in. Krzysztofa Siwczyka, Doroty Masłowskiej i Sławomira Shuty'ego).  
A w oryginale „Lunapark” brzmi tak:

Kobiety z mego miasteczka chodzą
ulicami senne leniwe święte
Już nie tęsknią za kochankami
w maskach i pióropuszach którzy uciekli
nim się zestarzały Na straganach
kupują mężom jabłka soczyste
i krwawe Gotują obiady Dzieci
doglądają w przyjezdnym lunaparku
Nie mają żalu

Z tomiku „Sierżant Garcia nie żyje”, czyli po czesku „Seržant Garcia nežije”

piątek, 4 czerwca 2010

Charles Bukowski zza grobu

Charles Bukowski był oryginałem na całego. Zadecydował, że część jego utworów ukaże się dopiero po jego śmierci. Mógł sobie na to pozwolić, bo pisał dużo. I tak od 1994 – roku śmierci Bukowskiego, w Stanach ukazały się trzy tomiki jego wierszy, wydane przez oficynę Black Sparrow Press, z którą pisarz był związany.

Ostatni (na razie) tomik „The Flash of Lightning behind the Mountain” wyszedł w 2004. Polskie wydanie, w tłumaczeniu Marcina Barana i Dobrosława Rodziewicza, nosi tytuł „Światło błyskawicy za górą” i ukazało się pod koniec ubiegłego roku nakładem wydawnictwa Noir sur Blanc.

Mam słabość do Charlesa Bukowskiego i jego poezji. A jego poezja, tak jak jego proza, jest jedną wielką autobiografią.

Jaki jest Bukowski w utworach ze „Światła błyskawicy za górą”? Na pewno tak samo bezkompromisowy, nihilistyczny i obrazoburczy jak we wcześniejszych tekstach. Tak samo zachwycający się kobietami, a jednocześnie pogardzający nimi, gustujący w alkoholu, hazardzie i brzydocie świata. Ale zarazem poznajemy nieznaną twarz amerykańskiego poety – człowieka, który coraz więcej czasu spędza w szpitalach i zaczyna zdawać sobie sprawę, że jego koniec jest bliski. W wierszu „chłodne lato” pisze:

ale teraz muszę zapłacić za te wszystkie
rozpustne lata:
było ich tak wiele.
termin płatności nadszedł
a oni przyjmują tylko
tę jedną ostatnią
wpłatę.

Tonacja w „Światło błyskawicy za górą” zmieniła się, lecz przecież nie na tyle, by powiedzieć, że Charles Bukowski w ostatnim okresie życia złagodniał. Raczej zaczynał się godzić z nieuchronnością przemijania: jestem starym łupem dla młodych/ myśliwych – napisał w zamykającym zbiór wierszu „jeszcze jeden dzień” – a i ten tytuł jest przecież znamienny.


Tekst, w zmienionej formie, publikowałem w Salonie Kulturalnym.

wtorek, 1 czerwca 2010

Toto

Po co się rodzi, po co toto jest,
już lepszy w domu tresowany pies.

Pożytek żaden i nie można spać,
ani się napić, taka jego mać.

Bo toto płacze, skrzeczy i brudzi
i wstyd jest z toto iść między ludzi.

I karmić toto bez przerwy trzeba,
toto za małe, by coś użebrać.

Lepiej więc toto udusić, zgładzić,
a gdy się nie da, do klatki wsadzić.

Albo podrzucić gdzieś po kryjomu
i już bez toto wrócić do domu.

Spać wreszcie można i spokojnie pić
i tak jak człowiek znów po ludzku żyć.

Dzieciom życzę kochających, dobrych rodziców i normalnych domów.

niedziela, 30 maja 2010

Wypisy poetyckie (7). Z Herberta

Ponieważ trwa zawłaszczanie poezji Zbigniewa Herberta, jak i osoby samego Poety, przez tylko jedną, jedynie słuszną opcję polityczną, pragnę przypomnieć, że autor „Czułego barbarzyńcy” za życia nie był uważany za poetę politycznego. Owszem, był antykomunistą, tylko że przed laty zdecydowana większość społeczeństwa była antykomunistyczna, a przynajmniej niechętna systemowi.

Wiersze Herberta natomiast były i są drogowskazami moralnymi, odwołującymi się do etyki, filozofii i sztuki. Kiedyś pomagały w walce z komuną, ale dzisiaj czynienie z nich oręża politycznego jest nadużyciem, moralnym również.

Prawo do poezji Zbigniewa Herberta mają wszyscy, dlatego kolejny odcinek wypisów to wyłącznie cytaty Herbertowskie.

nic wtedy nie powiedziałem
ale nocą kiedy leżeliśmy razem
delikatnie próbowałem
egzotyczny smak
różowego ucha
Zbigniew Herbert, „Różowe ucho”

czym byłby świat
gdyby nie napełniała go
nieustanna krzątanina poety
wśród ptaków i kamieni
Zbigniew Herbert, „Przypowieść”

jeśli tematem sztuki
będzie dzbanek rozbity
mała rozbita dusza
z wielkim żalem nad sobą

to co po nas zostanie
będzie jak płacz kochanków
w małym brudnym hotelu
kiedy świtają tapety
Zbigniew Herbert, „Dlaczego klasycy”

przenoszę go delikatnie
i długo za nim patrzę
aż ginie
w ciemnym pokoju profesorskim
na końcu korytarza liści
Zbigniew Herbert, „Pan od przyrody”

czwartek, 27 maja 2010

Środowisko Herbertowskie. Czyli kto?

Czasy mamy takie, że nawet jeśli poezja uciekałaby od polityki, to polityka i tak ją dogoni. Tak zwane środowisko Herbertowskie wystosowało apel wzywający do poparcia w wyborach kandydata JK. Piszę „tak zwane”, ponieważ nie mam pewności, kto ma prawo do tego środowiska należeć i jakie są kryteria przynależności. Czy do środowiska np. bezwarunkowo przynależy ten, kto śpiewa poezję Zbigniewa Herberta? Ten, kto pisze o jego wierszach? Czy może ten, kto czyta utwory Herberta i uznaje go za najwybitniejszego polskiego poetę XX wieku?

Ja akurat ostatni warunek spełniam, lecz przypuszczam, że i tak nie mieszczę się w ramach środowiska, gdyż nie zamierzam poprzeć kandydata JK. A poparcie dla JK to – sądząc z apelu – warunek niezbędny.

Mniejsza o mnie. Pod apelem podpisało się kilkadziesiąt osób, w tym siostra Poety. Na liście brakuje jednak podpisu Katarzyny Herbert, wdowy po autorze „Trenu Fortynbrasa”. Na dodatek, żona Poety napisała list, w którym wyraźnie oświadcza, że z całego serca popiera kandydata BK. Dlatego rodzi się pytanie, czy Pani Katarzyna Herbert należy do środowiska Herbertowskiego, czy raczej jednak nie, skoro nie popiera kandydata JK? Sytuacja trochę kłopotliwa, bo owszem, środowisko Herbertowskie może ten afront przemilczeć, ale czy można wykluczyć ze środowiska Hebertowskiego żonę Poety? Tym bardziej że kobieta w życiu prawie każdego poety jest najważniejszym człowiekiem, o czym wiedzą nie tylko literaturoznawcy.

Ale to już problem środowiska Herbertowskiego, które na pewno sobie z tym poradzi. Ja tymczasem jeszcze raz przeczytam swoje ulubione wiersze Zbigniewa Herberta. Zacznę od „Różowego ucha” i „Siódmego anioła”.

wtorek, 25 maja 2010

Anna Janko, „Wiersze z cieniem”

Z dużą przyjemnością przeczytałem nowy tomik Anny Janko „Wiersze z cienia” (wyd. Nowy Świat). Przyjemnością, którą może dostarczyć obcowanie z autentyczną wrażliwością, nieudawanymi przeżyciami i zadziwiającym postrzeganiem świata. A zadziwienie jest przecież istotą poezji.

Anna Janko dziesięć lat kazała czekać swoim czytelnikom na nową książkę poetycką. „Wiersze z cieniem” to trzydzieści trzy utwory, niby nie dużo, ale jak wiadomo poezję nie mierzy się liczbami. Czas pracował na korzyść autorki. Jej wiersze brzmią świeżo i przekonują, niezależnie od tego, czy są pisane długą frazą, czy stylizowane na poezję ludyczną, naiwną. Najtrudniej zaskakiwać czytelnika prostotą i oczywistością, ale poetce to się udaje:

Tęsknota to jest słowo na „t”:
Ty

albo:
Każde spotkanie to rozkwitające pożegnanie.

albo:
Przed nami już tylko my. Długa droga przed nami.

Proszę, nie odbierajcie tego jako moją nieskromność: szczególnie w przypadku poezji jestem jeśli nie malkontenckim, to wybrednym i krytycznym czytelnikiem. Jednak w „Wierszach z cieniem” nie mam się czego czepić, nawet gdybym chciał. Są piękne i czułe, bez sentymentalizmu, który psułby wszystko. Polecam.

niedziela, 23 maja 2010

Sprośny wierszopis Nagłowski

Antoni Felicjan Nagłowski nie był żadnym wielkim poetą, Kniazin to przy nim geniusz. Właściwie powinno się nazwać Nagłowskiego wierszopisem, ale i tak przeszedł do historii, historii literatury również. I to dzięki jednemu rymowanemu utworowi, zatytułowanemu niewinnie „Przewodnik warszawski”.

Nagłowski, żyjący w latach 1742-1809, pozostałby pewnie na wieki zapomniany, gdyby nie gdański badacz literatury Edmund Rabowicz, który w 1957 roku w archiwum w Kijowie odnalazł dzieło Nagłowskiego. Rabowicz opublikował „Przewodnik warszawski” dopiero w 1985 r. w niskonakładowych „Zeszytach Naukowych” Uniwersytetu Gdańskiego. Trzy lata później fragmenty „Przewodnika...” przedrukowały „Szpilki”. A teraz długi poemat (?) Nagłowskiego obficie cytuje historyk Marek Karpiński w swojej świetnej, błyskotliwie napisanej książce... „Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji” (wyd. Iskry) - więcej o samej książce piszę w Salonie Kulturalnym.

Tak, tak, bo w swoim „Przewodniku...” Nagłowski prowadzi czytelnika po warszawskich domach publicznych końca XVIII wieku. Autor był wielkim znawcą tematu. Podaje imiona i nazwiska prostytutek, informacje o ich kwalifikacjach i stanie zdrowia, szczegółowe adresy domów schadzek, cennik usług... Wierszowany i rymowany utwór dla historyków jest dzisiaj nieocenionym źródłem informacji o Warszawie epoki oświecenia – fakt, że w dość specyficznym obszarze. W tekście aż roi się od słów uważanych za wulgarne, acz odnoszących się do usług świadczonych przez warszawianki lekkich obyczajów. Tutaj tylko mały fragment:

Już piętnasty rok w kurewskim szeregu
Anetka Szmalska, a teraz w balecie;
Już przepędziła dziesięć razy w biegu
Francę, lecz teraz jest już zdrowa przecie.

Tylko się przy niej został fus i kiła,
Ale to mniejsze są choroby stopnie.
Ta w awanturach życie przepędziła.
Wiem, w cechu kurew iż pierwszeństwa dopnie.

O Nagłowskim mamy tylko garść informacji. Był synem regenta Ludwika, miał siostrę Katarzynę, należał do konfederacji barskiej, a jak dodaje Marek Karpiński, w latach 1775-1788 pracował w Departamencie Policji Rady Nieustającej – „najpierw jako kopista, potem jako drugi sekretarz. Znał więc i dokumenty, które przechodziły przez jego ręce; znał i plotki, które krążyły po tej nowo powstałej instytucji”.

Nie wiem, czy Nagłowski napisał jeszcze inne wiersze, ale to w sumie bez znaczenia. Jedno burdelowe vademecum zapewniło mu miejsce w pamięci potomnych, o czym marzą nie tylko poeci. Czy to nie ironia?