wtorek, 29 listopada 2016

Prosty poradnik dla dyktatora

Naucz się dobrze kłamać. Ludzie wierzą w proste kłamstwa, które objaśniają im skomplikowany świat.

Toleruj tych, którzy mogą ci się przydać, nawet jeśli ich nie cierpisz. Później się ich pozbędziesz. 

Znajdź wrogów i obwiń ich o wszelkie zło, za które ty odpowiadasz.

Jeśli ktoś cię atakuje, mów: „jesteśmy atakowani”. Tak rodzi się wspólnota.

Jesteś patriotą. Powtarzaj to nieustannie.

Często powołuj się na Boga. Bóg jest przecież z tobą.

Nie zapominaj jednak, że to ty masz być Bogiem dla innych. 

Nie wierz nikomu. Każdy może cię zdradzić.

Pielęgnuj w sobie nienawiść i staraj się zarazić nią innych. Nienawiść zaprowadzi cię daleko, ludzie kochają nienawidzić .

Mów, że twoja krzywda jest krzywdą większości. Wtedy nikt nie odbierze ci prawa do zemsty.

Rządząc, myśl tylko o sobie, nie o innych. Twoje dobro jest najważniejsze, bo przecież nikt nie może cię zastąpić.  

niedziela, 16 października 2016

Strona lewa, strona prawa

Bohater przedwojennej powieści Józefa Wittlina „Sól  ziemi” Piotr Niewiadomski nie potrafił odróżnić prawej strony od lewej. To jednak przypadłość nie tylko postaci literackich.

Jadę z rodzoną siostrą na pogrzeb kuzynki we wsi pod Ostrowcem. Rejon zamieszkany głównie przez elektorat pisowski, co w sumie nie ma znaczenia. Chociaż może ma.

Dojeżdżamy do wsi i rozglądamy się za kościołem. „Pierwsze co widzisz to wieża kościoła” – jak pisał poeta. Ale kościoła nie widać. Z naprzeciwka na rowerze jedzie facet. Na oko czterdzieści lat, wąsy. Raczej tubylec. Zatrzymuję samochód, odkręcam szybę i pytam o kościół. Facet mija nas, ale zaraz hamuje. Przez chwilę myśli.

– Dojedzie pan do skrzyżowania i skręci w lewo – mówi nie zsiadając z roweru i wskazuje ręką kierunek. Przy czym mówiąc „w lewo” pokazuje na prawo. Trochę jestem zdezorientowany.

– To w lewo czy prawo? – pytam.  – Bo pokazuje pan w prawo.

Facet przygląda się swoim rękom.

– Zara – mówi bardziej do siebie niż do mnie. – Ta jest lewa – wyciąga przed siebie lewą. – A ta prawa – to samo robi z prawą.

Ale pewien nie jest. Zostawia rower na środku drogi i podchodzi do samochodu.

– To ja jeszcze raz pokażę. Dojedzie pan do skrzyżowania, a potem skręci… w tę! – wykrzykuje z zadowolony, że pokazał właściwy kierunek.  

piątek, 14 października 2016

Poeta patriotyczny

Więc kapustę kiszoną będę sławił
I białego orła w locie
I wierzbę płaczącą przytulał,
I garnki na płocie.

I żyto polskie, i ogórki,
Ziemniaki oraz krowy,
Rzeki, jeziora, pagórki
Będę sławił polskimi słowy.

Będę chwalił natchniony
Polskie gumna i traktory,
Polską wódkę i piwo,
Także baby i bachory.

I polskich mężczyzn wychwalę,
Ale tutaj jest taka sprawa,
Najbardziej będę sławił
Prezesa Jarosława .

poniedziałek, 10 października 2016

Moje wspomnienie o Andrzeju Wajdzie


Andrzej Wajda (fot. Mariusz Kubik)
Zmarł najwybitniejszy polski reżyser, Andrzej Wajda. Miałem okazję zetknąć się z Nim dwukrotnie. Raz telefonicznie, raz osobiście.

W 1994 r. pisałem artykuł o stanie polskiej kinematografii i potrzebowałem wypowiedzi kogoś znanego i cenionego. Najlepiej Wajdy. Piotr Szczerski dał mi do Niego numer telefonu domowego (wtedy nie było jeszcze komórek). Kilka razy próbowałem o różnych porach dnia, ale odzywała się polsko-francuska automatyczna sekretarka. Aż w końcu odebrała Krystyna Zachwatowicz. Powiedziała, że mąż jest za granicą, jednak poprosiła, żebym pytanie przesłał faksem i zostawił swój numer. No to przesłałem.

Mijały dni, artykuł był już prawie gotowy, a Pan Andrzej się nie odzywał. Pomyślałem, że pewnie zignorował prośbę jakiegoś nieznanego mu dziennikarza z regionalnego dziennika. Tydzień później u mnie w domu zadzwonił telefon. Odebrała żona, po czym przekazała mi słuchawkę, mówiąc, że jakiś facet do mnie. Usłyszałem: „Dzień dobry, mówi Andrzej Wajda, przysłał mi pan pytanie, to ja panu chciałem odpowiedzieć”. Najpierw siadłem z wrażenia, a potem chwyciłem za kartkę i długopis, żeby zanotować Jego wypowiedź.

Jakoś rok później Andrzej Wajda przyjechał do Kielc obejrzeć „Miłość na Krymie”, bo to za Jego namową Piotr Szczerski wystawił w Żeromskim sztukę Mrożka. Piotrek przedstawił nas sobie, a ja wtedy przypomniałem Panu Andrzejowi o tym telefonie. Nie pamiętał tego, co mnie w sumie nie zdziwiło, pewnie codziennie wypowiadał się dla jakichś mediów, ale przekazałem Mu egzemplarz gazety z moim artykułem, w którym była - spisana przez mnie dosłownie na kolanie - Jego wypowiedź.

Andrzej Wajda jest ważny dla mnie także z innego powodu. Z jego czterdziestu filmów największy wpływ na mnie i na to, o czym piszę w swoich książkach, miały dwa: „Krajobraz po bitwie” oraz „Kanał”.

czwartek, 8 września 2016

Znów u Andrzeja Kozery (zdjęcia)

Pod ośmiu miesiącach znowu odwiedziłem Andrzeja Kozerę, pińczowskiego malarzy i rzeźbiarza. Spotkaliśmy się na jego uroczej działce, położonej tuż nad Nidą. Andrzej wprowadzał mnie w tajniki malarstwa, a wiedza ta jest mi potrzebna do powieści, nad którą od trzech miesięcy pracuję – główny bohater jest malarzem. Pogawędziliśmy chwilę, a na koniec Andrzej ugościł mnie krupnikiem własnej roboty, bardzo dobrym zresztą.  

Wrzucam kilka zdjęć, co byście mogli zobaczyć, jak było.


środa, 31 sierpnia 2016

Państwo n-s

Kto będzie mógł i kogo będzie na to stać, ten wyjedzie.

Ale większość pozostanie w narodowo-socjalistycznym państwie.

Niektórzy dobrze się urządzą i będą bili brawo, inni zobojętnieją, jeszcze inni zostaną zneutralizowani, bo szkoda, żeby się zmarnowało hasło  „Śmierć wrogom ojczyzny”.

Jednak w ostatecznym rozrachunku zapłacą wszyscy.   

Tak było kiedyś i tak będzie teraz.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Wakacje w Ujnach

Nie zdążyłem jeszcze napisać o swoich tegorocznych wakacjach, które nie  były długie, ale udane. Osiem dni spędziłem w Ujnach, wsi pod Pierzchnicą w województwie świętokrzyskim. Nie trzeba wyjeżdżać Bóg wie gdzie, by zaznać spokoju i wypocząć. Gościny użyczył mi Romek Sadowski, świetny facet, który oprócz rozlicznych zajęć (kiedyś np. był gitarzystą zespołu Limit Blues), prowadzi gospodarstwo agroturystyczne „Kuźnia i Wiatr”. No i powiem Wam, że było bardzo przyjemnie, tego właśnie potrzebowałem. A czas na pisanie nowej powieści także znalazłem.

Popatrzcie sobie na fotografie.

          
Wspólne zdjęcie z Romkiem Sadowskim

poniedziałek, 4 lipca 2016

70. rocznica pogromu Żydów w Kielcach

Tablica na kamienicy przy ul. Planty 7/9 w Kielcach (fot. Wikipedia)

Kto to wie, panie, jak tam było. Straszna tragedia. No zabili tych Żydów. Ale czy to Polacy z Kielc zabili, ja nie wiem. Może to Ruskie zrobiły, komuchy przebrane dla niepoznaki? Tak mówią. Bo nie kielczanie. No byli tam, stali, ale czy zabijali, ja nie wiem. Nie, dziecka krew na macę to nie, chociaż… Z Żydami, panie, nie wiadomo. Może oni sami to wszystko zorganizowali, cwane są, nie znasz pan ich? Jak to po co? Żeby  na Polaków było. Albo dla pieniędzy. Albo żeby wojna była. Taki naród, panie. Szkoda, że Hitler ich nie wybił do ostatniego, bo pogromu by nie było. A tak to teraz mówią wszędzie, że to nasza wina, a to przecież nie Polacy z Kielc zabijali. Ja jednak myślę, panie, że to Żydy zrobiły. Same się pozabijały na tych Plantach.        

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Dziecinny wierszyk nie dla dzieci

Stroszą piórka i czuprynki,
Podkładają innym świnki,
Stroją bardzo groźne minki
Zwykłe gnojki skurwysynki.

Szydzą z biednej starowinki,
Lżą chłopaków i dziewczynki,
Truchłem żywią się padlinki
Marne gnojki skurwysynki.

Rozsiewają złe nowinki,
Zastawiają wnyków linki,
Tną szczebelki u drabinki
Małe gnojki skurwysynki.

Żeby nie odczuwać winki,
Klepią co dzień cne godzinki,
Ale  brzydkie ich uczynki,
Bo to gnojki skurwysynki!

niedziela, 12 czerwca 2016

„Szalbierz” – świetna premiera w Żeromskim

Paweł Sanakiewicz (fot. Klaudyna Schubert dla Teatru im. Żeromskiego)
Ucieszyłem się, gdy dowiedziałem dwa tygodnie temu, że Teatr im. Żeromskiego zamierza wystawić „Szalbierza” – sztukę węgierskiego pisarza György Spiró. Ucieszyłem się, bo po pierwsze utwór Spiró jest znakomity (pamiętam telewizyjną inscenizację z Tadeuszem Łomnickim), a po drugie (niech mi ten prywatny wtręt będzie darowany) – trzy tygodnie wcześniej miałem przyjemność poznać osobiście autora.

Głównym bohaterem „Szalbierza”, sztuki z 1983 roku,  jest Wojciech Bogusławski, uważany za ojca polskiego teatru. Jest rok 1815, Bogusławski przyjeżdża do Wilna, gdzie w tamtejszym, bankrutującym teatrze ma wystąpić w napisanej przez siebie operze. Na miejscu okazuje się, że kontrakt jest nieaktualny, za kilka godzin odbędzie się premiera „Tartuffe’a” Moliera, na której pojawi się carski gubernator, a Bogusławski ma zagrać tytułową postać. Po gwałtownych targach dochodzi do porozumienia,  mistrz zgadza się wystąpić za odpowiednią gażę. Rozpoczynają się gorączkowe przygotowania do spektaklu…     

Przedstawienie w reżyserii Pawła Aignera nie zawiodło moich oczekiwań. Tak jak w oryginale, mamy tutaj „teatr w teatrze”, ale obserwujemy także wyrafinowaną  grę, jaką Bogusławski prowadzi z reżyserem, aktorami, gubernatorem. To mądry, aluzyjny spektakl o ludziach sceny, teatrze i jego związkach z polityką, zarazem z dużą dozą autoironii – Wilno zostało zastąpione przez Kielce.

Główną rolę powierzono Pawłowi Sanakiewiczowi i był to doskonały pomysł obsadowy. Występujący gościnnie aktor krakowskiej Bagateli pokazuje całą złożoność i niejednoznaczność postaci Bogusławskiego. W jego ujęciu stary mistrz jest chciwy, cyniczny, wyrachowany, ale też inteligentny i przebiegły. Sanakiewiczowi partneruje na scenie aż siedemnastu aktorów, z tego grona wyróżniłbym Beatę Pszeniczną (Kamińska), Mirosława Bielińskiego (dyrektor Każyński) i debiutanta Kacpra Sasina (Rybak).        

Na koniec powtórzę jeszcze to, co już napisałem na portalu społecznościowym: w mojej ocenie „Szalbierz” to najlepszy spektakl na kieleckiej scenie od ponad dwóch lat, czyli od inscenizacji „Jakisia i Pupcze”. Gratuluję dyrektorowi kieleckiego teatru Michałowi Kotańskiemu, że zdecydował się na tę premierę. Idźcie na „Szalbierza”, nie zawiedziecie się! 

György Spiró: „Szalbierz”, tłumaczenie Mieczysław Dobrowolny. Teatr im. Żeromskiego w Kielcach, reżyseria – Paweł Aigner, scenografia – Magdalena Gajewska, kostiumy – Zofia de Ines, muzyka – Piotr Klimek. Premiera 11 czerwca 2016 r.

poniedziałek, 16 maja 2016

Ponownie w Czechach

Po blisko dwuletniej przerwie znów odwiedziłem Pragę. I Czeski Krumlow – w tym pięknym średniowiecznym mieście na południu Czech byłem po raz pierwszy. Zobaczcie kilka zdjęć, które tam zrobiłem.
Na tle panoramy Krumlova
Widok na krumlowski zamek
To też Krumlov
Widok na miasto z zamku
A to już Praga i dzielnica Žižkov
Pomnik Jaroslava Haška
Pomnik Jana Žižki na górze Vitkov
Swoją ulicę na Žižkovie ma urodzony tutaj noblista, poeta Jaroslav Seifert
Za mną - mur Lennona na Malej Stranie

niedziela, 10 kwietnia 2016

„Solfatara”, czyli powieść jak wulkan


„Solfatara” to imponująca powieść, która na pewno się spodoba miłośnikom „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego. Oba utwory łączy podobny klimat i do pewnego stopnia podobna szkatułkowa  konstrukcja, przy czym zaznaczmy, że dzieło Macieja Hena to utwór oryginalny i niezwykły, niezależnie od konotacji w „Rękopisem”.

Napisana z rozmachem (ponad 900 stron!) historia rozgrywa się w Neapolu w ciągu 10 dni 1647 roku. Opowiada nam ją Fortunato Petrelli, redaktor i wydawca gazety „Wiadomości Neapolitańskie”, inaczej mówiąc – jeden z pierwszych redaktorów i reporterów. W mieście wybucha bunt mieszkańców przeciwko hiszpańskiej władzy (Królestwo Neapolu podlegało wówczas Hiszpanii), władzę przejmuje lud. Na czele rewolty staje rybak Masaniello (postać autentyczna), człowiek niezrównoważony psychicznie. W mieście dochodzi do morderstw i rabunków, których ofiarami padają przede wszystkim arystokraci. Ale zginąć właściwie może każdy…  W tych niespokojnych czasach, czując zagrożenie, Fortunato postanawia spisać swoje życie, przy okazji wyjaśniając – często mroczne – tajemnice z przeszłości.

Jest w tej książce wszystko, czego się oczekuje od dobrej literatury: intrygujące historie, miłość i zbrodnia, znakomity język – stylizowana na archaiczną polszczyznę. Imponuje też erudycja Hena, świetna orientacja w realiach epoki, znajomość ówczesnej muzyki i malarstwa. Na kartach „Solfatary” pojawią się dziesiątki postaci – większość z nich jest autentyczna. Mamy więc piękne księżniczki, ludzi szlachetnie urodzonych, zwykłych mieszczan i plebs, w tym kurtyzany, do których główny bohater ma słabość. Są też artyści, przede wszystkim muzycy i malarze, a sam Fortunato to utalentowany lutnista. Wreszcie – jest jeden Polak, szlachcic nazwiskiem Stefan Ligęza. Maciej Hen „pożyczył” go z powieści Józefa Hena „Crimen”. Za zgodą ojca, bo Maciej jest synem Józefa. 

Na koniec wyjaśnijmy tytuł – Solfatara to uśpiony wulkan w pobliżu Neapolu, mniej znany od Wezuwiusza, ale dla utworu Hena dużo ważniejszy. Według mitologicznych miało się tu znajdować wejście do Hadesu, później ludzie zaczęli wierzyć (i wierzą do dzisiaj), że pobyt w tym miejscu dobrze wpływa na potencję, wyzwala namiętność. A namiętność zdaje się być kluczem do zrozumienia wybitnej powieści Hena.            

Maciej Hen: „Solfatara”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015, s. 917.

Recenzja ukazała się również w Oknie Literatura

piątek, 8 kwietnia 2016

Co jest pewne


Pewna jest tylko śmierć i, jak mówią, pewne są podatki,
ale przecież kilka innych rzeczy też jest pewnych na tym świecie.
Pewne jest, że przed pewną śmiercią nie zdążysz
przeczytać wszystkich dobrych książek,
które chciałbyś przeczytać, i wszystkich filmów,
mądrych i zabawnych, także nie obejrzysz.
Nie pojedziesz do wszystkich najlepszych miejsc, o których istnieniu wiesz,
ani nie zwiedzisz tych wszystkich wspaniałych muzeów,
gdzie geniusz jest oprawiony w ramy, zaklęty w marmur.
Nie zdążysz wysłuchać całej muzyki, którą napisano na chwałę Boga
i dla radości człowieka, a więc dla twojej radości również .
Nie poznasz wszystkich pięknych kobiet, które są w twoim zasięgu,
nie zdążysz nawet wyśnić wszystkich snów o nich, to pewne.
Nie pomożesz wszystkim bezdomnym psom ani kotom, których ci żal,
i wszyscy inni także będą musieli sobie poradzić bez ciebie.
Wierząc w drugie lub trzecie życie możesz dać sobie nadzieję,
że kiedyś ci się to uda, że zdążysz, jednak nie ma w tym grama pewności,
więc na wszelki wypadek nie licz na wiele, nie licz na wiele.
Niech wystarczy ci kilka chwil. Są wszystkim, co tutaj dostaniesz,
to pewne.

2016

piątek, 18 marca 2016

Fragment „Hotelu” w magazynie „Pocisk”

W drugim, marcowym numerze Magazynu Literacko-Kryminalnego „Pocisk” został zamieszczony fragment mojej powieści  „Co się zdarzyło w hotelu Gold”.   

W numerze m.in. opowiadanie Katarzyny Puzyńskiej, wywiad z Katarzyną Bondą, felieton Łukasza Orbitowskiego i prawdziwe historie kryminalne.


poniedziałek, 7 marca 2016

Dwie dobre wiadomości


To był dla mnie dobry dzień za sprawą dwóch wiadomości. Najpierw dowiedziałem się, że Radio Kielce na początku maja wystartuje z cyklem słuchowisk zrealizowanych na podstawie mojej powieści kryminalnej „Co się zdarzyło w hotelu Gold”.

A wieczorem dowiedziałem się, że „Króliki Pana Boga” są na liście książek zakwalifikowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus. Lista jest długa (70 tytułów), a ja jestem realistą, więc spokojnie do tego podchodzę. Dwa lata temu na podobnej liście znalazła się inna moja powieść „Berlin, późne lato”. No ale wiadomość i tak jest przyjemna.    

sobota, 5 marca 2016

„Wszyscy chcą żyć” – premiera w Teatrze im. Żeromskiego

Odtwórca głównej roli Krzysztof Grabowski
(fot. Aleksandra Rybak/ Teatr im. Żeromskiego)
Hanocha Levina kielecka publiczność poznała przed dwoma laty, gdy Piotr Szczerski wystawił w Teatrze im. Żeromskiego znakomitą sztukę „Jakiś i Pupcze”. Sama inscenizacja też była wspaniała. Szczerski przymierzał się również do realizacji innego utworu izraelskiego dramaturga „Wszyscy chcą żyć”. Śmierć mu to uniemożliwiła, więc reżyserii podjął się Dawid Żłobiński, kielecki aktor, ale też asystent Szczerskiego przy kilku spektaklach.

Żłobiński, który w „Jakisiu i Pupcze” grał jedną z dwóch tytułowych postaci, czuje Levina. A nie jest to autor łatwy do zagrania . W jego dramatach styl wysoki miesza się z niskim, absurd z realizmem, błyskotliwe myśli z dosadnością, wesołość z okrucieństwem. Nie inaczej jest we „Wszyscy chcą żyć”, gdzie akcja przypomina karuzelę z lunaparku – tutaj zresztą, wraz z łóżkiem bohatera,  to główny element scenografii. 

Levin pisał smutne komedie, „Wszyscy chcą żyć” jest nawet bardzo smutna. Nie pamiętam, kiedy w teatrze happy end tak mną wstrząsnął. Opowieść o hrabim szukającym człowieka, który zgodziłby się za niego umrzeć, jest rozpisana na osiemnastu wykonawców, przy czym ciężar przedstawienia dźwiga na swoich barkach jeden aktor – Krzysztof Grabowski, grający właśnie hrabiego Poznę. Pozostałym aktorom pozostały w udziale przede wszystkim dopełniające epizody, choć kilka osób warto wyróżnić: Beatę Wojciechowską (żona Poznabuchna), Teresę Bielińską i Janusza Głogowskiego (rodzice Pozny), Edwarda Janaszka (Gulgelewicz), Mirosława Bielińskiego (Jach Śmierciciecki) czy Andrzeja Platę (Anioł Wybawca). 

Gra zespołowa może się więc podobać, podobnie inscenizacja, choć z małymi wyjątkami. Np. pomysł z kiełbasą, będącą substytutem łatwo się domyślić czego, reżyser mógł sobie darować. Ale jako całość spektakl jest jak najbardziej ok. Ja lubię takie, Levinowskie klimaty. Świetną robotę wykonuje też zespół klezmerski Tempero z Krakowa – i muzyka, i sami muzycy są ważną częścią tego udanego przedstawienia.          

Hanoch Levin: „Wszyscy chcą żyć”. Przekład Agnieszka Olek. Reżyseria – Dawid Żłobiński, scenografia i kostiumy Hanna Szymczak, oprawa muzyczna – zespół Tempero, reżyseria światła – Damian Pawella, asystent reżysera – Dagna Dywicka. Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, premiera 5 marca 2016 r.
Teresa Bielińska i Janusz Głogowski
(fot. Aleksandra Rybak/ Teatr. im. Żeromskiego)
     
     

niedziela, 21 lutego 2016

Barwne średniowiecze

Karol Wielki trzymał pod poduszką woskową tabliczkę, żeby coś na niej nabazgrać, gdy zmagał się z bezsennością. Pisać jednak praktycznie nie umiał i jak zauważa angielski historyk Michael Prestwich, była to jedna z jego niewielu wad. Potrafił za to pływać, co w VIII wieku należało do rzadkich umiejętności.

Z kolei pierwszą – po starożytnych – autorką sztuk teatralnych była siostra zakonna  Rozwita z Gandersheim, która napisała m.in. „Thais”, utwór o nawróconej prostytutce.

Zafrapowała mnie również postać Villarda de Honnecourta. O nim wprawdzie nic wiadomo, ale zostawił po sobie intrygujący szkicownik z niezwykłymi rysunkami budynków, zwierząt i maszyn. Niektórzy porównują autora do Leonarda, mimo że na podstawie zachowanych rysunków nie da się zrekonstruować większości dziwnych maszyn. 

To tylko niektórzy bohaterowie „Ludzi średniowiecza. Barwnych żywotów z odległej przeszłości”. Pięknie wydana książka Prestwicha (ponad 170 kolorowych ilustracji) pokazuje, jak bogate w kulturę i wydarzenia były czasy pomiędzy 800 a 1500 rokiem. Prestwich to człowiek Zachodu, więc w swoich esejach pokazuje przede wszystkim twórców, naukowców i władców działających w Zachodniej Europie, ale też ze Skandynawii,  Azji i krajów arabskich.

Nasz krąg kulturowy reprezentuje Jan Żiżka, ociemniały przywódca husytów. Nikogo z Polski jednak nie ma (Kopernik się nie załapał rocznikowo na opisywany okres) i jest jedyna wada „Ludzi średniowiecza”, jeśli w ogóle o wadzie można w tym przypadku mówić.       

Michael Prestwich, „Ludzie średniowiecza. Barwne żywoty z odległej przeszłości”. Przełożone przez Tomasza Hornowskiego , Rebis, Poznań 2015, s. 288

Recenzja ukazała się również na portalu Okno Literatura

niedziela, 14 lutego 2016

Likwidator z AK


„Ptaki drapieżne” są arcyciekawą lekturą, choć czytający w jej trakcie musi zadać sobie kilka pytań. To opowieść o żyjącym do dzisiaj Lucjanie „Sępie” Wiśniewskim, który jako siedemnastoletni chłopak przystąpił w czasie wojny do grupy likwidacyjnej kontrwywiadu AK.

Mówiąc wprost – jego zadanie polegało na wykonywaniu wyroków śmierci wydanych przez Państwo Podziemne. W sumie „Sęp” wziął udział w ponad 60 egzekucjach na Niemcach, ale też na polskich konfidentach i zdrajcach.     

Książka jest zapisem rozmów, jakie autorzy przeprowadzili z akowcem, uzupełnionym opisem konkretnych akcji.  Niektóre – jak strzelanina w lokalu „Za kotarą” czy likwidacja ukraińskiego policjanta – są jakby żywcem wyjęte z filmów sensacyjnych czy Quentina Tarantino.

Jednak autorzy - i chwała im za to - nie poprzestają na opowieściach o brawurowych akcjach. Stawiają też pytania o wyrzuty sumienia, bo przecież egzekucje nawet na zdrajcach to nie to samo, co walka z uzbrojonym wrogiem.  Pytania tym bardziej zasadne, że zdarzały się pomyłki – likwidowano nie tych, co trzeba albo likwidowano ludzi, którzy nikogo nie zdradzili, ale istniało przypuszczenie, że mogą to zrobić.
Szczególnie porusza opowieść o prostytutce, która na nikogo nie doniosła, jednak mogła donieść i dlatego ją zlikwidowano. Wojna to straszna rzecz.

Emil Marat, Michał Wójcik: „Ptaki drapieżne. Historia Lucjana ‘Sępa’ Wiśniewskiego, likwidatora z kontrwywiadu AK”, Znak litera nova 2016, s. 371

Tekst ukazał się również na portalu Okno Literatura

niedziela, 7 lutego 2016

Michael Houellebecq, „Uległość”


O najnowszej powieści francuskiego pisarza we Francji było głośno zanim się ukazała. Potem było jeszcze głośniej, ponieważ francuska premiera „Uległości” zbiegła się w czasie ze zbrodniczym zamachem w Paryżu na redakcję satyrycznego czasopisma „Charlie Hebdo”.

Hałas wokół książki spowodowany był jej tematyką. Otóż Michael Houellebecq wybiega w przyszłość i ukazuje Francję w roku 2022, gdy władzę w państwie po wygranych wyborach przejmuje dość niespodziewanie Bractwo Muzułmańskie, partia, do której należą obywatele francuscy wyznający islam. Wszystko to pokazane jest z perspektywy François – wykładowcy literatury na Sorbonie, który jeśli nie przyjmie nowej religii i nowych zasadach życia, będzie musiał opuścić szacowną uczelnię.

W swojej powieści autor nie straszy zamachami terrorystycznymi i islamską tyranią. Bardziej interesują go bezkrwawe przemiany w sferze społeczno-polityczno-obyczajowej, doprowadzające do tego, że europejskie państwo z tradycjami demokratycznymi i wolnościowymi niemal z dnia na dzień zmienia swe oblicze.  A ja podczas lektury nie mogłem się uwolnić od myśli, że nie o Francję i Bractwo Muzułmańskie, ale inne europejskie państwo i inną partię w tej powieści chodzi.

Michael Houellebecq, „Uległość”. Przełożyła Beata Geppert, W.A.B. 2015, s. 286

piątek, 29 stycznia 2016

„Króliki Pana Boga” najlepszą książką 2015


Dla każdego autora są to przyjemne chwile. W plebiscycie serwisu Granice.pl główną nagrodę zdobyły „Króliki Pana Boga”. Jury uznało moją powieść za najlepszą książkę 2015 roku. 

Jak uzasadnia Justyna Gul z Granice.pl: „Dojrzała proza autora uderza swą prostotą, surowością i realizmem – podkreśla Justyna Gul. – Nie  ma tu fałszu, nie ma też zbytecznych słów. Kolejne zdania są odbiciem tego szalonego świata, który na własne życzenie zmierza ku zagładzie. Razem wracamy z piekła przez czyściec – mówi bohaterka powieści, Halina, co doskonale oddaje sytuację panującą w trakcie wojny oraz tuż po jej zakończeniu. Oszczędność w słowach, surowi i poranieni bohaterowie, nękani przez własną przeszłość i osobiste demony, niezwykle plastyczny obraz powojennych terenów oraz liczne dowody zezwierzęcenia ludzi – to wszystko czyni z powieści Kozery książkę mocną, przerażającą, ale wyjątkową. Książkę jak dotąd najlepszą w dorobku autora…”.

Było też głosowanie internautów – tutaj najwięcej głosów otrzymała Dorota Schrammek za „Horyzonty uczuć”. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy oddali na mnie swój głos. W ogólnej klasyfikacji pozwoliło to zająć „Królikom” 9. miejsce.

Do plebiscytu zgłoszono blisko sto książek, nagrodzonych w konkursach, jakie Granice.pl organizują co kwartał. W październiku właśnie w kwartalnym plebiscycie „Króliki” także decyzją jury otrzymały główną nagrodę jako Najlepsza Książka na Jesień 2015    

sobota, 2 stycznia 2016

U Andrzeja Kozery w Pińczowie

W ten ziąb, jaki dzisiaj panował na dworze, zagnało mnie do Pińczowa, ale było to przyjemne zagnanie, ponieważ spotkałem się z Andrzejem Kozerą i jego żoną Haliną. Andrzej jest cenionym malarzem i rzeźbiarzem związanym z Ponidziem. Nie jesteśmy spokrewnieni, lecz prawdę mówiąc, ze względu na nazwisko i fakt, że jest artystą, mogę go trochę uważać za starszego brata :).

Posiedzieliśmy we trójkę przy bigosie i herbacie, porozmawiali o malarstwie i literaturze i koligacjach rodzinnych. Umówiliśmy się też na kolejne spotkanie, gdy zrobi się trochę cieplej.

A z Pińczowa przywiozłem dwa obrazki, sprezentowane przez Andrzeja. Oczywiście jego autorstwa.     

Halina i Andrzej Kozerowie
A tutaj ja z Andrzejem

Obrazy Andrzeja w jego pińczowskie mieszkaniu
A te dwie olejne miniatury podarował mi Andrzej