niedziela, 29 stycznia 2012

„Berlin, późne lato” – fragment czwarty

Dzisiaj taki krótszy fragment:

Nikt go nigdy nie prosił, by pomógł ukrywającym się ludziom. Ta kobieta też go o to nie prosiła. Teraz Peters nie potrafił przewidzieć, jak się zachowa, jeśli spotkają kogoś na schodach. Czy powie, że jest uciekinierką, którą należy przetrzymać do czasu przyjazdu policji? Mógłby tak powiedzieć, a potem pozwolić jej odejść. Tylko niby jak miałaby uciec w takim stanie? Po drugiej stronie ulicy zostałaby zatrzymana. Wchodzili powoli, choć on, mimo swojej ułomności, najchętniej wbiegłby na górę. Kobiecie brakowało jednak sił, dwa razy musieli na krótko przystanąć, żeby odpoczęła. Sekundy zamieniły się w godziny. Byli na drugim piętrze, gdy na dole rozległ się hałas – prawdopodobnie ktoś wszedł do klatki schodowej, może żona Hinzego. „Już blisko”, pomyślał. Kiedy wreszcie znaleźli się w mieszkaniu, poczuł, że jego plecy są mokre od potu.
Zaprowadził ją do pokoju Ericha, w którym od czasu wyjazdu syna na wojnę nic nie było zmieniane, nawet książka leżała otwarta tak, jakby chłopak przed chwilą przerwał czytanie.
– Tutaj może pani odpocząć – powiedział. – Przygotuję coś do jedzenia. Tyle mogę dla pani zrobić. Ale nad ranem, zanim się rozwidni, musi pani stąd iść.
Skinęła głową, że rozumie. Położyła się na zasłanym łóżku Ericha, przykrywając się płaszczem jak kocem. Jej sukienka była zniszczona i brudna, wcześniej Peters zauważył naszyte litery OST – takie oznaczenia nosili przymusowi robotnicy ze wschodu.
– Znajdę pani nowe ubranie.
– Dziękuję – powiedziała cicho, nie otwierając oczu.

wtorek, 24 stycznia 2012

„W ciemności” i „W kanałach Lwowa”


Film Agnieszki Holland „W ciemności” został nominowany do Oscara, dlatego przypominam swoją recenzję książki Roberta Marshalla „W kanałach Lwowa”, na podstawie której Holland nakręciła swoje dzieło.

Trudno się dziwić Agnieszce Holland, że sięgnęła po książkę Roberta Marshalla „W kanałach Lwowa”, by przenieść ją na ekran (polska premiera filmu „W ciemności” 6 stycznia 2012). To świetny materiał na film, nie tylko ze względu na dramatyczne, mało znane wydarzenia, które opisuje, ale niezwykłą postać Leopolda Sochy.

Wszystko, o czym opowiada książka Brytyjczyka, zdarzyło się naprawdę. 1 czerwca 1943 roku do kanałów ściekowych pod Lwowem, miasta zajętego przez Niemców, weszła grupa Żydów, w tym małe dzieci. Zejście do cuchnących i pełnych szczurów kanałów było jak wstąpienie do Piekła, ale była to jedyna szansa na ocalenie. W mieście szalał terror: Żydzi albo byli umieszczani w miejscowym obozie koncentracyjnych przy Janowskiej, gdzie wkrótce i tak ginęli, albo byli rozstrzeliwani na ulicach Lwowa. Żydzi, którzy ukryli się w kanałach, spędzili tam ponad rok, wyszli z nich dopiero wtedy, gdy do miasta wkroczyli Sowieci.       

Tak długi pobyt pod ziemią nie byłby jednak możliwy, gdyby nie wspomniany kanalarz Leopold Socha, Polak, gorliwy katolik, a przed wojną złodziej i rabuś. To właśnie on razem z dwoma innymi kanalarzami dostarczał Żydom żywność i ubranie, pomagał przedostać się w bezpieczniejsze miejsce, informował o tym, co dzieje się na zewnątrz. Najpierw robił to dla pieniędzy, które dostawał od swoich „podopiecznych”, ale potem stało się to jego misją: ratując Żydów chciał odkupić swoje grzechy z przeszłości. Chronił więc ich również wtedy, gdy nie mieli już czym płacić.                   

Materiału do książki dostarczyli Marshallowi sami ocaleni. Autor korzystał ze wspomnień Ignacego Chigera, wypowiedzi jego żony Pauliny i córki Krystyny, małżeństwa Mundka i Klary Marguliesów. Nie jest to opowieść panegiryczna, nikt tu nie jest doskonały – ani ukrywający się Żydzi, ani Socha i jego koledzy. Zarazem to opowieść o zwyczajnym bohaterstwie jednych i drugich, ale przede wszystkim Sochy, który okazał się wspaniałym człowiekiem.

Ktoś powie: znowu historia o ratowaniu Żydów. Ale dla mnie takich niezwykłych opowieści, jak „W kanałach Lwowa”, nigdy za dużo.

Robert Marshall, „W kanałach Lwowa”. Z angielskiego przełożył Krzysztof Puławski, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 237.

Recenzję publikowałem wcześniej w Salonie Kulturalnym.

sobota, 21 stycznia 2012

Hans Fallada – pisarz w czasach nazizmu

Niemiecki pisarz Hans Fallada przez całe życie zmagał się z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków. Z jego psychiką było nienajlepiej, jeszcze zanim popadł w uzależnienie. Kilka razy trafiał do kliniki psychiatrycznej, był też osadzony w więzieniu za oszustwa (potrzebował pieniędzy na narkotyki).

Co najmniej dwie książki sprawiły, że Fallada przeszedł do historii literatury. Pierwszą – „I co dalej, szary człowieku?” opublikował jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy. Przyniosła mu popularność i pieniądze. Druga – „Każdy umiera w samotności” – wyszła już po wojnie.

Kiedy Hitler zdobył władzę, Fallada pozostał w Niemczech, choć mógł wyjechać, tak jak Mannowie czy Brecht. Pisał powieści rozrywkowe, a w jednej swojej książce – na życzenie Goebbelsa – zmienił zakończenie. Niby nie flirtował z nazistami, wręcz ich nie znosił, a jednak…

Czytam „W moim obcym kraju” (Czytelnik 2011). To dziennik więzienny, który Fallada prowadził w szpitalu psychiatrycznym, gdzie został zamknięty w 1944 r. z powodu domniemanej próby zabójstwa swojej byłej żony (pistolet wystrzelił w czasie szarpaniny, żonie nic się nie stało). Fallada próbuje się w tej książce usprawiedliwić ze swojej „emigracji wewnętrznej”, a raczej wybielić, uważając, że miał gorzej niż ci pisarze, którzy wyemigrowali z nazistowskich Niemiec.

Takich autorów, którzy narazili się na zarzut współpracy z tyranią, jest w historii literatury cała masa. Hans Fallada należy jednak do tych nielicznych z tego grona, o których można powiedzieć, że byli prawdziwymi pisarzami, a nie literackimi sługusami…

środa, 18 stycznia 2012

„Berlin, późne lato” – fragment trzeci

Główny nazistowski propagandzista Joseph Goebbels ogląda radioodbiorniki, z których słynęła III Rzesza, sierpień 1938 Fot. Deutsches Bundesarchiv
Na klatce schodowej panowały ciemności, jednak nie włączył głównego oświetlenia, użył podręcznej latarki świecąc sobie pod nogi. U doktora Schneidera cicho rozbrzmiewała muzyka, doktor chyba puścił jedną z płyt ze swojej kolekcji, gdyż radia słuchał rzadko. Peters przystanął na moment, rozpoznał Wariacje Goldbergowskie Bacha. Bach, w przeciwieństwie do Chopina czy Ravela, nie był zakazany przez Goebbelsa. Potem przeszedł obok mieszkania pani Müller, która o tej porze zapewne już spała razem ze swoim synkiem. Mąż Müllerowej stacjonował w Belgradzie, raz na pół roku przyjeżdżał na dwutygodniowy urlop i wtedy na krok nie opuszczał swojej ładnej żony. Zza drzwi małżeństwa Hinze nie dobiegały żadne dźwięki, więc żona strażnika musiała jeszcze przebywać w szpitalu przy mężu, albo już spała, nabierając sił przed podjęciem nowych obowiązków. A jeśli Hinze umrze? Kiedyś nie odczuwałbym zadowolenia z czyjeś śmierci, nawet takiej kreatury jak Hinze, pomyślał. Ta przeklęta wojna mnie zmieniła. Wszystkich nas zmieniła na gorsze.
Był już na schodach prowadzących bezpośrednio do piwnicy, gdy usłyszał szmer. Miał wrażenie, że ktoś się kryje w ciemności. Przystanął i powiódł światłem latarki po ścianach. Na schodach nikogo nie było. Może to kot albo szczur, pomyślał. Zszedł kilka stopni niżej, powoli otworzył drzwi. Owionął go zapach stęchlizny piwnicznej oraz potu, jaki pozostawili po sobie lokatorzy, którzy poprzedniej nocy skryli się tutaj w czasie bombardowania. Wstrzymał oddech i nasłuchiwał. Lewą dłonią poszukał na ścianie przy drzwiach wejściowych włącznika światła. W oświetlonym pomieszczeniu zobaczył prowizoryczną ławkę, a powyżej plakat z napisem „Nie rozmawiać w schronie!”. Piwnica składała się z dwóch części, tworzących kształt litery L, w tej drugiej, niewidocznej dla niego, znajdowały się boksy, w których mieszkańcy przechowywali swoje rupiecie. Jeśli ktoś tutaj był, to właśnie w drugiej części. Powoli zrobił kilka kroków w tamtym kierunku. Gdy doszedł do miejsca, w którym łączyły się dwa pomieszczenia, ostrożnie wychylił głowę.
W kącie, na końcu piwnicy, przy wejściu do jego boksu, siedziała skulona kobieta.

niedziela, 15 stycznia 2012

Śpiewogra, sabat, ornat i Hania

Hania, jako czarownica, pierwsza z lewej
Byłem na śpiewogrze świętokrzyskiej „Od sabatu do ornatu”, która 15 stycznia została wystawiona na dużej scenie Kieleckiego Centrum Kultury. Pewnie bym nie poszedł, tylko pisał w domu książkę, ale okoliczności sprawiły, że stało się inaczej.

Autorami śpiewogry są moi dobrzy znajomi: poeta Adam Ochwanowski (teksty) i Bronisław Opałko (muzyka), znany wcześniej jako Genowefa Pigwa. Poza tym Szczęsny Wroński, który widowisko wyreżyserował.

Niemniej ważną okolicznością, a w sumie najważniejszą w tym przypadku jest to, że w spektaklu wzięła udział moja młodsza córka Hania. Nie, nie grała na skrzypcach (a mogłaby), na scenie była jedną z… tancerek, wcielała się m.in. w czarownicę (pasowała do tej roli). Dodam, że do obsady dostała się bez znajomości ojca, a realizatorzy nie wiedzieli, że jest moją córką.

Z powyższych powodów nie będę spektaklu chwalił i ganił (a mógłbym jedno i drugie zrobić), powiem jedynie w miarę neutralnie, że widowisko przygotowano z rozmachem (na scenie m.in. Izabela Trojanowska, zespół Mafia, Włodek Kiniorski, Janek Kozłowski i wielu innych artystów), zaś widownia na 700 osób była niemal pełna, bo publiczność dopisała.

Zrobiłem trochę fotografii (są nienajlepszej jakości), możecie je obejrzeć.
Roman "Norman" Słomka (wokalista Mafii), Izabela Trojanowska i Zuzia Bracichowicz
W środku (w czerwonej bluzie) Adam Ochwanowski, pierwszy z prawej Bronek Opałko, za nim Włodek Kiniorski
Hania (w środku) i koleżanki czarownice przyjmują owacje

piątek, 13 stycznia 2012

Zapowiedź mojej książki w Dobrej Literaturze

Wydawnictwo Dobra Literatura zamieściło już zapowiedź mojej powieści „Droga do Tarvisio”. Na razie jeszcze bez okładki, ale ta pojawi się niebawem. Opis książki można jednak już przeczytać. Tym samym dołączyłem do grona autorów Dobrej Literatury.

A prace redakcyjne nad powieścią już trwają. Wydanie planowane jest na kwiecień br.

sobota, 7 stycznia 2012

„Berlin, późne lato” – fragment drugi

Z radioodbiornika dobiegał głos Zarah Leander. Śpiewała „Wiem, że kiedyś zdarzy się cud”. Zdziwił się słysząc tę piosenkę o tak wczesnej porze, zwykle puszczano ją po południu lub wieczorem w czasie koncertu życzeń dla żołnierzy. Pomyślał, że piosenka Leander nadawana jest częściej, ponieważ Niemcy coraz bardziej potrzebują cudu. On już na cud nie liczył.
Ledwo zamknął drzwi mieszkania, natknął się na Hinzego, który podniósł rękę, a jego „Heil Hitler!” odbiło się od ścian klatki schodowej.
– Niech pan pamięta o zaciemnieniu, panie Peters – przypomniał mu strażnik bloku. – W oknie od ulicy odkleiła się tektura i światło przebija, musi pan ją mocniej przymocować. Ma pan klej?
Otto nie wiedział, czy zostało mu cokolwiek służące do klejenia, ale pokiwał głową. Podobnie jak reszta mieszkańców nie lubił Hinzego i nie chciał z nim rozmawiać. Wszyscy wiedzieli, że blokowy należy do partii i jest posłusznym nazistą. Doniósł na studenta Lehndorffa z drugiego piętra, iż ten słucha programów nadawanych po niemiecku z Londynu i Moskwy. Cichy okularnik po krótkim procesie dostał za to dwa lata, matka co tydzień woziła mu paczki do więzienia. Lehndorff i tak miał szczęście, że nie zesłano go do obozu koncentracyjnego. Gdy wróci z więzienia, pewnie od razu zostanie wysłany na front i otrzyma szansę, by zginąć za ojczyznę. Jeśli wojna jeszcze będzie jeszcze trwała.
Z zaciemnieniem Hinze miał jednak rację. Prawie przez dwa lata był spokój, Anglicy zaniechali bombardowań Berlina i w mieście nie przestrzegano tak ściśle przepisów, jak w roku czterdziestym, samochody jeździły w nocy z odsłoniętymi reflektorami, a ludzie zapominali zasłaniać okna w oświetlonych pokojach. Otto też się to zdarzało. Teraz, gdy naloty zostały wznowione, zaciemnienie znów stało się ważną sprawą i władze przypomniały sobie o wymierzaniu kar uchylającym się od obywatelskiego obowiązku. Pierwsza, ostrzegawcza grzywna wynosiła dziesięć reichsmarek. Dla Otto to była duża suma, musiał pamiętać, aby wieczorem poprawić tekturę w oknie, w przeciwnym razie mógł być pewien, że Hinze nie puści mu tego płazem i go ukarze. Nie zamierzał sprawiać mu tej przyjemności.
„Berlin, późne lato” – fragment pierwszy

piątek, 6 stycznia 2012

Ciało tu, głowa tam

Ciało mam w Polsce, ale głowę w Berlinie. Czytam i oglądam, co się da o stolicy Niemiec lat wojny, a szczególnie roku 1943. Moje wyobrażenie o tym, co działo się w Berlinie w tamtym czasie, znacznie się zmieniło. Spora grupa Niemców była przeciwna Hitlerowi i jego polityce, nie zmienia to jednak faktu, że w przeważającej masie Niemcy byli oportunistami i zwykłymi tchórzami.

Nawet Ursula von Kardoff, dziennikarka, arystokratka i przeciwniczka nazimu, przyznaje w swoim dzienniku „Może to po raz ostatni”, że gdyby pod groźbą zesłania do obozu kazano jej napisać antysemicki artykuł, uczyniłaby to. Tak samo przyznaje, że nie odważyłaby się ukrywać Żydów (choć niektórzy berlińczycy to robili).

Historia, którą chcę opisać w swej książce, będzie dotykała tych tematów, przede wszystkim jednak będzie opowieścią o miłości.

Na zdjęciu: Berlin 1935, budynek Ministerstwa Finansów

Fot. Deutsches Bundesarchiv

niedziela, 1 stycznia 2012

Witajcie!

Witajcie w Nowym Roku.

Witajcie gdziekolwiek jesteście.

Witajcie w ciężkich czasach, które – oby – nie były tak ciężkie, jak przepowiadają niektórzy, i żebyście nie mieli zmartwień.

Witajcie – i niech Was zdrowie nie opuszcza.

Witajcie – i chociaż wszyscy jesteśmy starsi, obyście się zawsze czuli młodsi niż jesteście.

Witajcie w zimie bez śniegu i niech tak zostanie, bo może wtedy szybciej nadejdzie wiosna, a tam gdzie jest ciepło i jest słońce, ludzie są pogodniejsi.