wtorek, 26 lutego 2013

Pełna okładka

A to jest pełna okładka mojej powieści „Berlin, późne lato”. Jak już pisałem, premiera zaplanowana na 19 marca 2013 r. I oczywiście zachęcam Was do czytania :)

 

poniedziałek, 25 lutego 2013

Pod patronatem Gogola

Żeby zajmująco pisać o Rosji, po pierwsze trzeba ją znać, po drugie – umieć opowiadać. Jedno i drugi jest dane Wacławowi Radziwinowiczowi, autorowi właśnie wydanej kapitalnej książki „Gogol w czasach Google’a”.

Radziwinowicz od 1997 roku jest korespondentem „Gazety Wyborczej” z Rosji, Ukrainy, a początkowo także z Białorusi. Jego książka to zbiór tekstów o Rosji opublikowanych w „Gazecie” w ciągu piętnastu lat. Nie są to jednak typowe korespondencje dziennikarza, rutynowo zdającego relacje z miejsca pobytu. Teksty Radziwinowicza wyłamują się z redakcyjnej sztancy. Znajdziemy tu reportaże, lecz również teksty będące połączeniem relacji, obserwacji, felietonu i osobistych refleksji autora. I sprawa najważniejsza: Radziwinowiczowi patronuje tytułowy Gogol. Jest więc śmiesznie, ale i strasznie.

Powiadają, że Rosja to stan umysłu. Coś w tym jest, jednak piszącemu o Rosji wcale to nie ułatwia zadania. Bo jak opisać – przykładając do europejskiej miary, a przed wszystkim zrozumieć kraj, gdzie chłopcy chcą zostać bandytami albo milicjantami (czyli bandytami działającymi w świetle prawa), a dziewczynkom marzy się kariera prostytutek? Jak opisać kraj, gdzie pijaństwo i korupcja są wszechobecne (stopień generała moskiewskiej milicji kosztuje milion dolarów)? Gdzie budowa dróg jest najdroższa na świecie, bo z czterech dolarów tylko jeden idzie na budowę, a pozostałe do prywatnych kieszeni? Gdzie jedna trzecia poborowych to kryminaliści, a kolejna jedna  trzecia nie powinna trafić do wojska ze względu na fatalny stan zdrowia? Gdzie na Dalekim Wschodzie tysiące rodzin zamarza w własnych domach, bo pieniądze na ogrzewanie ukradła władza? I gdzie ustawowo zakazuje się używania słowa „dolar”? Trudno powiedzieć, że to dlatego, iż jego babcia była Rosjanką, ale Radziwinowicz radzi sobie z tym wszystkim znakomicie, jego teksty czyta się z ogromnym zaciekawieniem, a po lekturze pozostaje żal, że to już koniec. I lekkie poczucie satysfakcji, że w Polsce nie jest w sumie najgorzej. Takie polskie Schadenfreude.

Książka „Gogol w czasach Google’a” pokazuje także zmiany zachodzące Rosji od czasu ustąpienia Borysa Jelcyna. Jelcyn, zauważa polski dziennikarz, nie był doskonałym przywódcą (to za jego kadencji Rosja zaatakowała Czeczenię), jednak przy Putinie może uchodzić za wzorzec demokraty. I podaje przykład: Jelcyna mogła rozzłościć czy nawet rozwścieczyć jakaś informacja na jego temat, ale nigdy nie pozwolił sobie na ruganie dziennikarza lub ręczne sterowanie redakcjami, co u Putina jest normą. Warto też zauważyć, że Wacław Radziwinowicz nie naśmiewa się ze zwykłych Rosjan, jego krytyka i ironia dotykają przede wszystkim władzy różnych szczebli, bo to przede wszystkim rządzący cofają swoich rodaków do absurdalnej epoki Breżniewa. Jak to było u Gogola? „Jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia”.

Od czasu „Imperium” Kapuścińskiego, „Gogol w czasach Google’a”  jest jedną z najlepszych książek o Rosji, jakie ukazały się w Polsce.

Wacław Radziwinowicz, „Gogol w czasach Google’a. Korespondencje z Rosji 1998-2012 ”, Agora 2013, s. 336, cena 39,99 zł.

Recenzja ukazała się również na portalu Okno Literatura.

sobota, 23 lutego 2013

„Berlin” w drukarni


Moja powieść „Berlin, późne lato” została już wysłana do drukarni. Premiera zaplanowana na 19 marca br. i mam nadzieję, że przesunięcia terminu nie będzie, choć jak wiadomo – nigdy nic nie wiadomo.

Redakcyjnie nad książką pochyliła się Olga Gorczyca-Popławska, okładkę zaprojektowała Ilona Gostyńska-Rymkiewicz. Wydawcą jest rzecz jasna Dobra Literatura, prowadzona przez Agę Brzezińską. Po „Drodze do Tarvisio” to druga moja książka opublikowana przez to wydawnictwo.  

środa, 20 lutego 2013

Dziennikarz już nie pisze. On wrzuca


Dziennikarz i wydawca Joseph Pulitzer, fundator nagrody swojego imienia
Od pewnego czasu obserwuję, przede wszystkim w sieci, nowy rodzaj dziennikarstwa, choć bądźmy szczerzy – chodzi o całkowity upadek tego zawodu, więc określenie „dziennikarstwo” nie jest adekwatne .   

Co mnie tak oburza? Podam przykład, prawdziwy, nie wymyślony. Firma X wysyła do mediów, w tym portali internetowych, informację prasową na swój temat. Serwis może ja wykorzystać lub nie, skrócić, zredagować po swojemu, uzupełnić o wypowiedź przedstawiciela firmy itd. I niektóre media tak właśnie robią.  

Jednak coraz częściej media, a raczej ich reprezentanci, postępują inaczej. Informacja dostarczona przez firmę ukazuje się w niezmienionej formie (no dobra, niekiedy tytuł jest trochę inny niż oryginalny) i jest podpisana przez dziennikarza, który z powstaniem tekstu nie miał nic wspólnego. Bywa i tak, że identycznie brzmiący komunikat ukazuje się w kilku różnych mediach, zdawałoby się poważnych, i jest podpisany przez zupełnie różne osoby, które autorami tekstu nie są. I oczywiście nie pojawia się adnotacja, że jest to materiał nadesłany. Dziennikarze pełną gębą, z mienia i nazwiska!

Etyka zawodowa? Przyzwoitość? Uczciwość? Te pojęcia znikają z zawodu dziennikarza, tak samo jak ze słownika żurnalisty wyparowało określenie „plagiat” .

Dzisiaj dziennikarz nie musi umieć pisać. Wystarczy, że potrafi wrzucić nieswój tekst na stronę internetową. 

Fot. www.loc.gov             

poniedziałek, 18 lutego 2013

„Sąd w Canudos” i fanatyzm

Na opublikowaną przez Czytelnika książkę „Sąd w Canudos” Sándora Máraiego warto zwrócić uwagę przynajmniej z dwóch powodów: to powieść historyczna, opisująca dramatyczne wydarzenia rozgrywające się w Brazylii w 1897 r. Po drugie, historia miasta Canudos znana jest z głośnej powieści Mario Vargasa Llosy „Wojna końca świata”.

Pod koniec XIX wieku Antônio Vicente Mendes Maciel, nazywany Doradcą, założył sektę religijną, odrzucającą wszelkie dobra materialne i uznającą za zło republikę, jaka rodziła się w Brazylii. Uznawany za proroka i świętego Antônio Doradca zgromadził wokół siebie tysiące zwolenników, głównie biedotę, którzy utworzyli miasto Canudos z niezliczoną liczbą lepianek z gliny i błota. Dla republiki Canudos było zagrożeniem, brazylijski rząd wysłał więc wojsko, by rozprawiło się z buntownikami. Trzy ekspedycje nie zdołały pokonać obrońców Canduos, w czasie krwawych walk obie strony poniosły dotkliwe straty, dopiero czwarta próba okazała się sukcesem rządu – sekta została rozbita, a jej przywódca zginął.

„Wojna końca świata” opisująca walki w Canudos jest pełną epickiego rozmachu powieścią, jednym z najlepiej znanych utworów Llosy. Z kolei „Sąd w Canudos” węgierskiego pisarza to dzieło raczej kameralne, rozgrywające się w ciągu kilku godzin w dzień ogłoszenia zwycięstwa nad buntownikami. Narratorem jest Metys o korzeniach irlandzkich, który po pół wieku opowiada o tym, czego był świadkiem w Canudos. Chodzi rozmowę między dowódcą czwartej ekspedycji marszałkiem Bittencourtem a nie znaną z imienia Europejką, która przystąpiła do sekty, podobnie jak wcześniej jej mąż – lekarz. Ta wykształcona i dobrego pochodzenia kobieta jest teraz jeńcem i twierdzi, że rzekomo zabity Antônio Doradca (marszałek ma nawet jego spreparowana głowę) ciągle żyje.

Rozmowa obojga to starcie ludzi święcie wierzących we własne idee i dla obrony tych idei usprawiedliwiających najcięższe zbrodnie. Bo w gruncie rzeczy „Sąd w Canudos” to przestroga przed wszelkim fanatyzmem, niezależnie od tego, pod jaką nazwą próbuje się skryć. Poza tym to bardzo dobra powieść, a scena kąpieli kobiety w gumowej wannie, gdy jej wrogowie odwracają się plecami – wręcz doskonała.

Sándor Márai, „Sąd w Canudos”. Przekład Irena Makarewicz, Czytelnik 2013, s. 179

Tekst ukazał się również na portalu Okno Literatura

środa, 13 lutego 2013

Toulouse-Lautrec


Henri de Toulouse-Lautrec, fot. domena publiczna
No to jeszcze jedno opowiadanie ze zbioru „Kuracja”, umówmy się, że walentynkowe:

   Profesor Marzec cenił sobie najbardziej ciszę i spokój muzealnych sal, co nie dziwi, gdyż w dużym mieście, gdzie mieszkał, był od czternastu lat dyrektorem Muzeum Sztuki Modernistycznej i większość czasu spędzał wśród obrazów i rzeźb, a te – jak wiadomo – w odróżnieniu od ludzi są ciche, spokojne i piękne. Najchętniej w ogóle by z muzeum nie wychodził, tym bardziej że mieściło się ono w dziewiętnastowiecznym pałacu, zaś przebywanie w zabytkowych obiektach sprawiało profesorowi wiele przyjemności, tak samo jak codzienne obcowanie ze Sztuką. Jego mieszkanie również znajdowało się w starej, przedwojennej kamienicy, która aspirowała do rangi zabytku i pewnie kiedyś zostanie wpisana do rejestru, lecz profesor, od sześciu lat, czyli od kiedy został wdowcem, w domu przede wszystkim nocował i nawet weekendy i święta wolał spędzać w muzeum.
    W końcu jednak profesor Marzec, wbrew sobie, doczekał dnia, gdy został zmuszony do opuszczenia muzeum, domu i dużego miasta. Wprawdzie był to wyjazd tylko czasowy, na trzy tygodnie, ale zakłócił mu przecież ustabilizowane i spokojne życie. Lekarz neurolog, doktor Szymoniak, u którego profesor leczył rwę kulszową, po tym jak dolegliwości w ostatnich miesiącach nasiliły się, nakazał mu wręcz leczenie sanatoryjne w Busku-Zdroju. Profesorowi długi wyjazd był bardzo nie na rękę również dlatego, że w swoim muzeum rozpoczął przygotowania do dużej wystawy, na której chciał pokazać dzieła największych modernistycznych mistrzów, a jego korespondencja z muzeami w Wiedniu, Paryżu i Brukseli w tej sprawie była już mocno zaawansowana. Jednak uległ doktorowi Szymoniakowi, gdyż ten zagroził, że jeśli profesor nie weźmie się za siebie i nie pojedzie do Buska, przestanie go leczyć, odsyłając do innego lekarza.
    Rad nierad, profesor Marzec spakował niezbędne rzeczy, dorzucił stos muzealnych katalogów i autobusem przyjechał na dworzec w Busku, a stamtąd taksówka zawiozła go do sanatorium „Włókniarz”. Dostał pokój na trzecim piętrze, oczywiście jednoosobowy, z łazienką, lodówką i telewizorem, inaczej sobie tego nie wyobrażał, spokój i wygoda były mu niezbędne do pracy, a pracować, na ile było to możliwe, zmierzał w czasie sanatoryjnej kuracji. Pierwsze dwa tygodnie upłynęły profesorowi Marcowi na zabiegach leczniczych, wizytach w sali internetowej, skąd w języku francuskim, niemieckim i angielskim słał maile do zagranicznych muzeów, i wieczornym przeglądaniu u siebie w pokoju katalogów, a także oglądaniu fotokopii modernistycznych obrazów, nadesłanych mu z zagranicy. Aż dwa razy zdecydował się na spacer po parku zdrojowym, ale nadmiar kuracjuszy zażywających świeżego powietrza, w końcu był początek maja i pogoda dopisywała, zniechęcił go do dalszych prób. Samotność mu bardziej odpowiadała. Profesor myślał przede wszystkim o wystawie i było mu z tym dobrze. W wyobraźni widział już wszystkie znakomite dzieła malarskie, które zawisną na ścianach jego muzeum.

wtorek, 12 lutego 2013

Pan Nkwomo


Wśród kandydatów na następcę Benedykta XVI wymienia się kardynała Petera Turksona z Ghany, a ja przypomniałem sobie o swoim opowiadaniu ze zbioru „Kuracja” (2008), którego bohaterem jest Ghańczyk, z kardynałem nie mający jednak nic wspólnego.
Nazwisko tego kuracjusza od razu wydało się niepolskie, zwłaszcza w zestawieniu ze swojskim imieniem Stanisław, kuracjusz nazywał się bowiem Nkwomo, no bo który Polak tak się nazywa, i nawet przy odrobinie dobrej woli trudno doprawdy było dopatrzyć się w tym dziwnym złożeniu kilku liter znamion polskości ani nawet chrześcijańskiej europejskości. Sprawa wyjaśniła się nieco, gdy upalnego sierpniowego dnia kuracjusz osobiście stawił się w recepcji „Włókniarza”, by rozpocząć trzytygodniowe leczenie. Okazało się, że jego karnacja znacznie odbiega od polskiej średniej, skóra pana Stanisława Nkwomo mianowicie miała kolor niemal czarny, co pozwoliło wysnuć przypuszczenie, że korzenie rodziny kuracjusza sięgają gorącego kontynentu afrykańskiego i to raczej bardziej na południe niż na północ. Oczywiście, polskie imię pana Nkwomo było intrygujące, tak samo jak to, że mówił czystą polszczyzną, bez śladu obcego akcentu ani zmiękczania polskich wyrazów charakterystycznego dla rdzennych Afrykanów, którzy nauczyli się mowy Mickiewicza. Nikt nie wiedział, skąd pochodzi pan Nkwomo i nikt nie śmiał go o to zapytać. Przynajmniej do czasu.
Jego przybycie na kurację wywołało małą sensację, choćby z tej racji, że był pierwszym Czarnym we „Włókniarzu”. Bywali tu już Niemcy, Amerykanie, Francuzi, Belgowie, wszyscy oni jednak byli Białymi, nawet Bardzo Białymi, o równie Bardzo Białych Polakach rzecz jasna nie wspominając. Obecność pana Nkwomo budziła więc ciekawość, ale też niepokój, był przecież inny niż wszyscy pozostali kuracjusze. Co gorsza, kilka, a może i kilkanaście osób po raz pierwszy na własne oczy zobaczyło prawdziwego Murzyna, a dla niektórych było to przeżycie traumatyczne. Dla pani Gieni z Lubelskiego na pewno.
Pani Gienia nie należała do osób nadto elokwentnych i światłych, lecz swój rozum miała, to i owo słyszała o świecie, na przykład z telewizora, a wcześniej od swojej matki i babki, więc wiedziała, że wszelkie cholery, trądy, malarie, czarne ospy, dżumy i to, co najgorsze, czyli AIDS, lęgło się w Afryce i potem przenosiło się do innych krajów, do Polski także – może w niewielkim stopniu, ale zawsze, pamiętała takiego jednego z Kamerunu, co to zaraził niedawno ze dwadzieścia młodych Polek, lecz nie żałowała ich, mogły mu się głupie nie pchać do łóżka.

sobota, 9 lutego 2013

Estetyka

Piękny jest ten który śpiewa miłość
a jego palce są rzeźbione w struny
i ten jest piękny który kopie dół
a tłusta ziemia rodzi słabą kość

Także jest piękny którego złożyli
kiedy już dorósł na właściwą miarę
bo jego piękność dojrzewa jak lipa
a kruche dłonie zapadają w mrok 

Z tomiku „Striptease” 1989

wtorek, 5 lutego 2013

Brama


Kiedy się ciebie bać przestanę,
Kiedy oswoję twą obecność,
Zamknę za sobą życia bramę
I poznam wtedy, co to wieczność.  

niedziela, 3 lutego 2013

Szukasz samotności, jedź na Syberię

Polacy uciekają w Bieszczady, francuski pisarz, filmowiec i podróżnik Sylvain Tesson wybrał chatę nad jeziorem Bajkał, w tajdze, blisko gór. Spędził tam pół roku, a swój pobyt opisał w dzienniku „W syberyjskich lasach”. To pierwsza książka Tessona, jaka wyszła po polsku. Ten, kto marzy o pustelniczym życiu, zachwyci się nią. To jednak rzecz nie tylko dla eremitów. 

Wprawa na Syberię nie była fanaberią Tessona (ur. 1972). Kilka lat wcześniej, podczas pierwszej wizyty nad Bajkałem, postanowił, że musi pobyć tutaj w samotności kilka miesięcy. To postanowienie spełniło się w 2010 roku. Ale Tesson lubi podobne wyzwania. W 2004 przewędrował z Syberii do Indii trasę, którą szli zbiegowie z gułagu. Odbył też rowerową podróż dookoła świata,  przemaszerował przez Himalaje, a trzy tysiące kilometrów z Kazachstanu do Uzbekistanu przejechał konno.

Tesson pisze bardzo sugestywnie, nierzadko poetyckim językiem, jego opisy flory i fauny tajgi i zamarzniętego Bajkału są wspaniałe, a czytelnik ma wrażenie, że jest w syberyjskiej pustelni razem z autorem. On jednak był tam sam, jeśli nie liczyć dwóch młodych psów oraz niedźwiedzi podchodzących pod obejście. Czas spędzał na rąbaniu drewna, łowieniu ryb, pływaniu kajakiem (gdy jezioro odtajało), wędrowaniu, czytaniu książek i piciu wódki. Na Syberii nie tylko Rosjanie piją na umór.  

Książka „W syberyjskich lasach” jest pochwałą niezależności i wolności, choć ta półroczna wolność była przecież zakłócana pojawianiem się przybyszów z zewnętrznego świata, a także przysłanym z Francji SMS-em od ukochanej kobiety, że zostawia Tessona.                 

Sylvain Tesson, „W syberyjskich lasach. Luty – lipiec 2010”. Przełożyła Anna Michalska, Noir sur Blanc 2013, s. 211.    

sobota, 2 lutego 2013

Mało poetycka piosenka wisielcza

Wiedeń, Ring
Gdy wypiję litr wódki,
Szlag trafi wszelkie smutki
I będę mógł zaszaleć
W tym smętnym karnawale.

Ale to gówno prawda,
Gorzała nie pomoże,
Po wódce będzie gorzej,
Do diabła z tym, do diabła!

Już lepiej zagram w karty
Na jakimś szemranym party
I spłuczę się do zera
Wesoły jak cholera.

Ale to gówno prawda
Hazard mi nie pomoże,
Gdy przegram, będzie gorzej.
Do diabła z tym, do diabła!

A może dla odmiany,
Zdobędę piękny Paryż
Albo pojadę do Pragi,
Gdzie są najlepsze dragi.

Ale to gówno prawda,
Paryż mi nie pomoże,
Po dragach będzie gorzej,
Do diabła z tym, do diabła!

Jest jeszcze ta myśl przednia:
Udam się wprost do Wiednia,
Posnuję się po Ringu,
Zabawię na dancingu.

Ale to gówno prawda,
Wiedeń mi nie pomoże,
Po nim będzie mi gorzej.
Do diabła z tym, do diabła!

To może się też spełnić,
Zamieszkam gdzieś w pustelni,
Co ciszą jest spowita,
Żył będę jak eremita.

Ale to gówno prawda,
Samotnia nie pomoże,
Tam będzie jeszcze gorzej.
Do diabła z tym, do diabła!

Dlatego me kochanie
Odbiorę sobie pamięć,
Zawisnę w ciemnym lesie,
Zanim nadejdzie jesień.

I już nie będzie gorzej,
To właśnie mi pomoże.

piątek, 1 lutego 2013