czwartek, 31 stycznia 2013

Jest okładka „Berlina”!


Nic ostatnio nie pisałem o swojej nowej powieści „Berlin, późne lato”, co nie znaczy, że wokół niej nic się nie działo. Dzisiaj mam przyjemność zaprezentować okładkę, projektu Ilony Gostyńskiej-Rymkiewicz.


poniedziałek, 28 stycznia 2013

Elegia polska

Mojego żydostwa nie można usunąć
zmywaczem do paznokci
swoje murzyństwo obnoszę jak ołtarz
nie da go się wybielić
w chwilach słabości zmieniam się w Polaka
szczerego patriotę

Lecz kiedy leżę na schodach
z rozbitą twarzą i krwawię
wyglądam starzej niż zwykle
jeszcze jeden drobny pijak
który zapił swoje kompleksy
i wpadł pod czyjeś buty
kolejny poturbowany życiorys bez fabuły

Może ty która nachylasz się nade mną
jesteś tą kobietą
może twoje współczucie jest miłością
o czym jeszcze nie wiesz

Owiń mnie w gazetowy papier
niech przeniknę mądrością z pierwszych stron
podłóż kamień pod mą głowę
resztę sam sobie wyobrażę
to się nazywa odlot Jestem pomazańcem
mieszkam pod mostem a skaleczenia
przemywam kwaśnym winem
o gdybyś tylko była siostrą miłosierdzia
uczyniłbym cię świętą od menelików
takich jak ja
świętą od pustych flaszek i niejasnych złudzeń
świętą od prostytutek obojga płci

Ale nie jesteś męczennicą wiemy o tym oboje
pochylona nade mną czujesz obrzydzenie
i z każdą sekundą nabierasz pewności
że padłaś ofiarą pomyłki
bo to nie ten człowiek nie to cierpienie
nie ta rasa i nie ta krew

Tak bardzo chciałbym ci powiedzieć
że nie każdy rodzi się Chrystusem

Z tomiku Sierżant Garcia nie żyje”, 1998

niedziela, 27 stycznia 2013

Głosujcie na Krytycznym Okiem!


Jarosław Czechowicz to jeden z najbardziej aktywnych i zarazem najbardziej cenionych recenzentów książkowych w polskim Internecie. Prowadzi bloga Krytycznym Okiem, który został zgłoszony do konkursu na Blog Roku 2012. 

Gorąco zachęcam Was do zagłosowania na bloga Czechowicza nie tylko dlatego, że Krytycznym Okiem było wśród patronów medialnych wydania „Drogi do Tarvisio”. W sieci recenzentów jest wielu, ale tych potrafiących uważnie czytać i wnikliwie recenzować książki – dużo mniej. Czechowicz należy do tej drugiej grupy.

A szczegóły i zasady głosowania możecie poznać tutaj.

sobota, 26 stycznia 2013

Świetna premiera "Kotki..." w Żeromskim

Paweł Sanakiewicz rewelacyjnie zagrał Dużego Tatę
Jeśli warto chodzić do teatru, to dla takich spektakli, jak ten dzisiejszy. Teatr im. Żeromskiego wystawił premierowo „Kotkę na gorącym blaszanym dachu” Tennesse Williamsa w reżyserii Katarzyny Deszcz i w tłumaczeniu Jacka Poniedziałka. Tego Poniedziałka.

Sztuka Williamsa powstała w 1955 roku, ale oglądana dzisiaj w ogóle się nie zestarzała. Nienawiść, wrogość, brak możliwości porozumienia się między bliskim ludźmi – takie tematy szybko się nie starzeją. Tłumaczenie Poniedziałka uświadomiło mi też, że wulgaryzmy użyte w odpowiednim kontekście nie rażą. Dla mnie, nałogowego przeklinacza, to przyjemna konstatacja.

A sam spektakl? Do pewnego momentu sądziłem, że grający Dużego Tatę Paweł Sanakiewicz, ukradł przedstawienie pozostałym wykonawcom. Kiedy pojawia się Sanakiewicz, widz może odnieść wrażenie, że cała scena należy wyłącznie do tego aktora, który równie przekonująco gra wkurzonego despotę, co przegranego ojca i męża (ta niesamowita mimika!). Później jednak – szczególnie pod koniec drugiego aktu – inni wychodzą z cienia i dają popis swoich umiejętności. Myślę szczególnie o Teresie Bielinskiej (Duża Mama), Beacie Pszenicznej (Margaret), Andrzeju Placie (Brick) i Łukaszu Pruchniewiczu (Gooper).
 
Mnie, urodzonemu malkontentowi, wszystko się dzisiejszego wieczoru podobało. I gra aktorska i scenografia (Andrzej Sadowski), i muzyka skomponowana przez Krzysztofa Suchodolskiego, słowem – cała inscenizacja. Niech żyje teatr! Ten prawdziwy, mięsisty, wywołujący w widzu emocje i (mam nadzieję) oczyszczający ból. Zapomnijcie o, świetnym przecież filmie z Paulem Newmanem i Elizabeth Taylor, spektakl w Żeromskim naprawdę jest wart obejrzenia.   
Na pierwszym planie od lewej: Beata Pszeniczna, Teresa Bielińska (siedzi) i Zuzanna Wierzbińska. W tle Łukasz Pruchniewicz (po lewej) i Andrzej Pastwa   
 Zdjęcia: Michał Walczak/ OBOK SEDNA   

Pozory mylą


Parking przed hipermarketem. Przekładam zakupy z wózka do bagażnika. Staram się to robić szybko, bo siarczysty mróz przenika ubranie. Nagle dostrzegam kobietę. „Idzie do swojego samochodu”, myślę. Ale ona podchodzi do mnie, wyciąga przed siebie rękę w rękawiczce. Dostrzegam, że trzyma parę drobniaków.
– Dołoży mi pan do jedzenia? – pyta.
– Nie – odpowiadam zdecydowanie, bo nauczyłem się tak odpowiadać wszystkim, którzy chcą, by dać im pieniądze. A na tym parkingu zawsze się znajdzie ktoś, kto mnie o to zaczepia i wzbudza moją irytację.
Kobieta znika, ja wracam do wypakowywania zakupów. „Coś mi tu nie gra”, myślę jednak i nie daje mi to spokoju. Kątem oka widzę, że podchodzi do kolejnych osób. „Przecież ona – myślę sobie przekładając wody mineralne – w ogóle nie wygląda na żebraczkę czy meneliczkę”. Jest zadbana, jasne umyte włosy sięgają ramion, na sobie ma dopasowany, czysty kożuch. Wysoka, postawna, nie więcej niż pięćdziesiąt lat.
Zamykam bagażnik i znowu ją widzę, przechodzi obok. Już nie prosi o pieniądze.
– Straszny mróz dzisiaj – mówi. Uśmiecha się zakłopotana.
  Proszę pani, co się stało? – pytam.
  Przepraszam, że tak żebrzę, chciałam sobie kupić coś do jedzenia.
  Ale przecież pani...
Wie, co chcę powiedzieć.
  To ubranie mam z Caritasu, mieszkam w schronisku przy Żeromskiego. Ale dbam o siebie, nie tak jak inni bezdomni.
  Ale dlaczego pani...?
  Cztery lata temu rozwiodłam się, miałam dom, zostawiłam wszystko... Niech dzieci mają - urywa. – Przepraszam pana, że tak żebrzę – powtarza po chwili.
O nic więcej nie pytam, wciskam kobiecie w rękę trochę drobnych. Dziękuje, życzy mi miłego dnia. Widzę ją jeszcze, jak wchodzi do supermarketu. Może, żeby się ogrzać albo rzeczywiście kupić sobie coś do jedzenia.    

czwartek, 17 stycznia 2013

Nos Kleopatry a samobójstwo Hitlera



Nos Kleopatry: gdyby był krótszy, całe oblicze ziemi wyglądałoby inaczej. Ten słynny aforyzm z „Myśli” Pascala przyszedł mi do głowy, gdy czytałem „Hitlerland” Andrew Nagorskiego (Rebis, 2012).

Amerykański dziennikarz przypomina w swej książce zdarzenie, do którego doszło po nieudanym puczu monachijskim w 1923 r. Główny organizator puczu – Adolf Hitler – uciekając przed policją schronił się w domu Helen Hanfstaengl, pół Niemki, pół Amerykanki. Hitler przyjaźnił się z nią, jej mężem, a synek Hanfstaenglów mówił do niego „wujku”. Przyszły Führer, choć impotent, miał wyjątkową słabość do Helen i obdarzał ją szczególnymi, platonicznymi względami.

Tamtego dnia, gdy trupio blady zastukał do jej drzwi (męża akurat nie było w domu), był jednak załamany, że zaplanowany przez niego pucz nie powiódł się. Załamany tak bardzo, że wyciągnął pistolet i chciał się zastrzelić. Helen odwiodła go od tego zamiaru, tłumacząc, że są ludzie, którzy liczą, iż właśnie on uratuje kraj. Hitler potulnie oddał jej broń. Zrezygnował z samobójstwa. Helen Hanfstaengl, pisze Nagorski, „w najgorszy możliwy sposób wpłynęła być może na bieg historii”.

A nos Kleopatry? Otóż Helen, nie była żadną pięknością: „metr sześćdziesiąt wzrostu, grubokoścista, w dzieciństwie nieco korpulentna”. Była to uroda raczej typowej, mało atrakcyjnej niemieckiej Frau, w sam raz na gust Adolfa H. Przypuszczalnie, gdyby natura obdarzyła Helen urodą hollywoodzką, Hitler w ogóle by się nią nie zainteresował i tamtego feralnego (dla dalszych losów świata) dnia skończyłby z sobą.

A sam „Hitlerland” – to świetna książka pokazująca hitlerowskie Niemcy oczami Amerykanów mieszkających wówczas w Berlinie i innych niemieckich miastach.        

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Szczerski odpowiada, Kozera też


Scena ze spektaklu „Mój niepokój ma przy sobie brońFot. Michał Walczak
Piotr Szczerski zareagował na moją krytyczną recenzję spektaklu „Mój niepokój ma przy sobie broń” i na profilu Teatru im. Żeromskiego na FB skierował do mnie kilka słów:

Drogi Grzegorzu,
ja też podobnie jak Ty wolę Kafkę od Pakuły. Ale gdy po premierze podszedł do mnie młody reżyser i zaproponował „Proces” Kafki, to uświadomiłem sobie, że do opisu Tej Ziemi wolę Pakułę od Kafki i podziękowałem za propozycję.
Ściskam dłoń, Piotr Szczerski

A oto moja odpowiedź:.

Drogi Piotrze,

rozumiem i popieram Twoją decyzję o niewystawieniu „Procesu” na kieleckiej scenie przez młodego reżysera. Twoja inscenizacja Kafkowskiego dzieła przed laty była znakomita (jak wiesz, tak mi się podobała, że wspominam o niej w swojej powieści) i nie sądzę, aby w budynku Teatru Żeromskiego jakikolwiek inny reżyser stworzyłby lepszy spektakl.

Serdeczności
Grzegorz Kozera

niedziela, 13 stycznia 2013

Piotr Szczerski o „Drodze do Travisio”


Piotr Szczerski (z prawej), obok aktor Jerzy Bończak
Tak to wyszło. Ja przejechałem się po spektaklu, a właściwie scenariuszu wystawianej w Teatrze im. Żeromskiego sztuki „Mój niepokój ma przy sobie broń”, tymczasem dyrektor kieleckiej sceny Piotr Szczerski pochwalił moją książkę w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej – Kielce”. Pochwała krótka, ale treściwa. 

Całą rozmowę możecie przeczytać tutaj.        

sobota, 12 stycznia 2013

Premiera w Żeromskim, a widz jest bezbronny


Od lewej: Wojciech Niemczyk, Edward Janaszek, Dagna Dywicka i Krzysztof Grabowski
Rozdarty między meczem piłkarzy ręcznych Polska-Białoruś a premierą w Teatrze im. Żeromskiego, wybrałem tę drugą, ponieważ chcę uchodzić za człeka kulturalnego i obytego. Ale jeżeli chce się uchodzić za kogoś, kim się nie jest, można dostać po uszach, zwłaszcza gdy są odstające. Ja w każdym razie dostałem.

Odśnieżyłem więc samochód i razem z młodszą córką pojechałem do teatru, by obejrzeć spektakl według scenariusza Mateusza Pakuły „Mój niepokój ma przy sobie broń”. Autor ma dobrze, bo jest uzbrojony, widz zaś pozostaje bezbronny. Ja się nim czułem.

Po pierwszych dziesięciu minutach, pomyślałem „Boże, co za bełkot”. Po następnych dwudziestu w mej głowie zaczęły kołatać inne słowa, zbieżne z tymi, które padały ze sceny, a więc „kurwa” i „spierdalam stąd”. Córka szeptem zaproponowała, że może wyjdziemy po przerwie, niestety, przerwy nie było. Gdyby była, wyszedłbym pierwszy.

Dotrwałem więc do końca przedstawienia, które – nie powiem – było dobrze zagrane przez aktorów i ciekawie zainscenizowane przez Julię Mark, co – jeśli można użyć tego określenia – było rekompensatą za wysłuchanie tekstu przygotowanego przez Pakułę. Autor posklejał fragmenty utworów kilkudziesięciu autorów, m.in. Jonathana Swifta, Michela Houellebecqa, Umberto Eco, Rafała Wojaczka, Olgi Tokarczuk i Marcina Świetlickiego. Posklejał tak, żeby było bez sensu, za to ostro, mocno, dosadnie, krzykliwie i fizjologicznie. Dla mnie to jakiś humbug. Były tylko dwa jaśniejsze fragmenty inscenizacji: ten pokazujący fascynację piosenkami Bryana Adamsa (na podstawie książki „81:1” o Wyspach Owczych) oraz ten, gdy Joanna Kasperek przebrana za Lanę Del Rey śpiewa „Video Games”.      

Oczywiście, gdy już spadać, to z wysokiego konia, tylko że Mateusz Pakuła spadł ze szkapy udającej rumaka. Można wprawdzie do tego spektaklu o ludziach z wyspy dorobić ideologię, że to groteska, pokazująca bełkot, w jakim żyjemy, a tworzony przez media i popkulturę, lecz mówiąc szczerze – tu znów cytat ze scenariusza – „mam to w dupie”. Kiedy chcę posłuchać bełkotu, oglądam program z udziałem polityków, ale dlaczego mam tego słuchać w teatrze?    

Na pocieszenie zostało mi, że zdążyłem na drugą połowę meczu. Nasi wygrali.
Joanna Kasperek jako Lana Del Rey
 Zdjęcia: Michał Walczak/ OBOK SEDNA

Przeczytaj również: Szczerski opowiada, Kozera też

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Ryszard Koziej o „Drodze do Tarvisio”

Nad „Drogą do Tarvisio” pochylił się literaturoznawca z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, a zarazem dziennikarz radiowy, dr Ryszard Koziej. Jego obszerna recenzja ukazała się w najnowszym numerze „Świętokrzyskiego Kwartalnika Literackiego”, była też emitowana przez Radio Kielce (6.01.2013). Ponieważ tekst nie jest dostępny w sieci, za zgodą Autora zamieszczam go w Notesie. 


Podróż do samego siebie

Na okładce książki rysunek przedstawiający lusterko wsteczne samochodu, w nim oczywiście odbicie drogi za i oczy kobiety wypełniające cały obszar nieba nad horyzontem. Dbałość o tytuł powieści i graficzną oprawę dzieła dziś jest rzecz jasna jednym z elementów marketingowych, ale dawniej bardziej traktowano takie zabiegi jako dodatkowy element autorskiej gry z czytelnikiem. Wolę dawne intencje i tak na pierwszy rzut oka odczytuję je z okładki i tytułu książki „Droga do Tarvisio” Grzegorza Kozery. Tytuł wskazuje na charakterystyczny gatunek powieściowy i tak jest w istocie, zaś grafika okładki sugeruje charakter tej drogi, jadąc przed siebie cały czas w „lusterku wstecznym” mamy to, co za nami, czyli innymi słowy wybierając się w podróż zabieramy mimowolnie ze sobą cały bagaż wspomnień i przemyśleń, które być może chcielibyśmy zostawić, od których, być może, chcielibyśmy uciec. Jest to charakterystyczny paradoks powieści drogi, gdzie dynamicznie zmieniające się zewnętrzne tło fabuły krzyżuje się z tłem wewnętrznych przemyśleń, scenerią podróży w głąb siebie.

Narratorem i bohaterem powieści „Droga do Tarvisio” jest czterdziestokilkuletni copywriter Grzegorz, mężczyzna w średnim wieku, który gorączkę typowego okresu w życiu mężczyzny ma już za sobą, przynajmniej w tym znaczeniu, że nie udaje przed sobą, ani tym bardziej przed kobietami, iż jest okazem zdrowia i fizycznej witalności. Wręcz przeciwnie, bohater świadom katastrofalnego stanu zdrowia, na który nie tyle sam zapracował, ile jest on efektem charakteru wykonywanej przez niego pracy, ciągłego siedzenia przed komputerem, koszmarnej diety i tytoniowego nałogu, braku aktywności fizycznej poza seksem i wcześniejszej ruiny organizmu związanej z chorobą alkoholową, nie ma złudzeń, co do swojej fizyczności. Nie ma też złudzeń, że nagle zacznie o nią dbać zdając się już wyłącznie na farmaceutyki. Zmęczony i zniesmaczony swoją pracą, ba, całym dotychczasowym życiem, w naturalny sposób staje się coraz bardziej zgorzkniały i cyniczny. Bohater jest humanistą, człowiekiem niezwykle oczytanym i samemu piszącym, więc owo zgorzknienie przybiera często autoironiczny i dowcipny charakter. Z takiej perspektywy bohater postrzega i opisuje świat oraz zdarzenia pojawiające się dosłownie na jego drodze. Zgorzknienie potęguje fakt, że gwałtowną klęską zakończył się kilkuletni niełatwy zresztą, ale przez to prawdziwy, związek bohatera z ukochaną kobietą. To właśnie oczy Mat spoglądają z lusterka wstecznego samochodu, to właśnie rozpamiętywanie tej nieudanej miłości zabiera bohater ze sobą w drogę, która miała być ich wspólną podróżą ale w dosłownym znaczeniu.

„Droga do Tarvisio” podobnie jak wcześniejsza powieść Kozery „Biały Kafka” bardzo silnie osadzona jest w osobistej biografii autora, co nie tyle uwiarygadnia fikcyjną przecież fabułę, ile staje się swoistym głosem pokolenia, co znów zgodne jest z gatunkowym wyznacznikiem. Tak jak zupełnie inna przecież powieść, klasyk gatunku, „W drodze” Jacka Kerouaca była głosem pokolenia bitników, tak w powieści Kozery czytelnik odnajdzie głos pokolenia humanistów wchodzących w dorosłość razem z rewolucją „Solidarności”, studiujących w stanie wojennym i rozpoczynających zawodową karierę wraz ze zmianą ustroju w Polsce. Bohater powieści Kozery skupiając w sobie wszelkie nadzieje i rozgoryczenia tej generacji, staje się idealnym jej portretem. Zawarty jest tu pewien paradoks, bo przecież autor maksymalnie indywidualizuje postać swego bohatera, jednak każe mu wchodzić w interakcje z postaciami dość typowymi, będącymi nośnikami bardziej ogólnych a często wręcz stereotypowych cech. To niezwykła wartość powieści Grzegorza Kozery, dzięki takiemu zabiegowi czytelnik odnajduje właśnie ów głos pokolenia w powieści. Stereotypowi są w powieści Polacy pieszo pielgrzymujący do Rzymu, to ludzie prości, żeby nie powiedzieć prymitywni i głupi, ale uzurpujący sobie prawo do bycia jedynymi prawdziwymi Polakami. Nic dziwnego, że taki wątek pojawia się w powieści będącej głosem pokolenia, które w czasach jałowej i zupełnie odbiegającej od rzeczywistości propagandy końca PRL-u, szukało normalności między innymi w nauczaniu Kościoła. Nic dziwnego, bo to doświadczenie spowodowało, że wszelkie dzisiejsze manipulacje i uzurpacje dotyczące wiary, szczególnie w radiomaryjnym wydaniu, działają na ludzi tej generacji, jak czerwona płachta na byka.

W ogóle pojęcie stereotypu to kolejny paradoks tej powieści, bo z jednej strony doświadczenie bohatera, zarówno osobiste, jaki i to wyniesione z lektur, każe ze stereotypami wszelkiej maści walczyć, a mimo to, bohater coraz bardziej im ulega. Niemcy przegrali wojnę, a mają się o wiele lepiej od pozornie zwycięskich Polaków, Austriacy to najbardziej ksenofobiczna społeczność na świecie, Polacy są zakompleksieni i za granicą przynoszą jedynie wstyd swojej nacji, jedynie Czesi to ogólnie sympatyczny naród. To tak, jakby zmęczony życiem bohater nie miał już siły walczyć, jakby poddawał się temu uproszczonemu, ale wygodnemu opisowi rzeczywistości.

Samotna podróż, która miała być podróżą z ukochaną osobą, nie leczy ran, ale je pogłębia, ale jest ta samotna podróż swoistą próbą ratunku, gdy zabrakło najważniejszego lekarstwa, czyli miłości. Dla humanisty takim ratunkiem jest zawsze sztuka, dla bohatera powieści Kozery zarówno ta najwyższa z praskich i wiedeńskich galerii i nieco niższa, w postaci muzyki pokolenia odtwarzanej w samochodzie. Jedna i druga służy kontemplacji, innej od stereotypowego postrzegania świata. Kontemplacja nie dotyczy wyłącznie dzieł sztuki, czy inaczej, nie tylko z nich wynika, autor tak buduje fabułę powieści, że jej bohater równolegle porusza się niejako w dwóch wymiarach, dwóch rzeczywistościach. Tajemniczy, niemal hipnotyczny obraz spotkania w Pradze (jak nie trudno się domyślić) rzeczywistej krewnej Franza Kafki, sąsiaduje w następnym rozdziale z naturalistycznym wręcz obrazem fizycznych zmagań organizmu po zatruciu pokarmowym. I tak jest konsekwentnie do końca, bohater buduje swój opis świata z doznań całkowicie fizycznych i tych przepuszczonych przez filtr wiedzy o sztuce i umiejętności jej odczytania i kontemplacji.

Tytuł powieści sugeruje jej gatunkową przynależność, co już było powiedziane, jest jednak mylący. Bohater nie kończy swej podróży w mieście na austriacko-słoweńsko-włoskiej granicy, lecz poddając się nie pierwszemu zresztą impulsowi, kontynuuje ją docierając do Padwy. Ta część podróży, pominięta w tytule, jest przez to także szczególna. Niewierzący w Boga bohater jedzie się pomodlić do świętego, w którego wierzy niezwykle mocno, niezwykle autentycznie, a sama treść modlitwy jest jedną z najpiękniejszych, jakie można odnaleźć w literaturze. Kolejny paradoks powieści Kozery potwierdza tylko autentyczność samego bohatera, który nosi w sobie wszystkie cechy pogranicza, tyle że nie w geograficznym znaczeniu. Żyje na granicy snu i jawy, narodowych stereotypów i oczywistej wiedzy, że wszyscy ludzie, jeżeli w ogóle dzielą się, to tylko na tych trochę lepszych i trochę gorszych, wreszcie może być wierzącym ateistą, bo bliższe to prawdy, niż nienawiść odziana w religijne szaty.

Tytułowa droga bohatera mimowolnie zamienia się z rozpaczliwej wycieczki w osobistą pielgrzymkę, która ma sens, gdy wraca się z niej oczyszczonym i pogodzonym ze sobą. Taki wydaje się być finał powieści z zaskakującym, ale jakże logicznym i znów paradoksalnym zakończeniem, smutnym i optymistycznym jednocześnie, tyle że już nie dla bohatera, tylko czytelnika.
Ryszard Koziej


R. Koziej, Droga do siebie. (O nowej powieści Grzegorza Kozery), „Świętokrzyski Kwartalnik Literacki” 2012, nr 1-4 (35-38), s. 252-254.
   

środa, 2 stycznia 2013

„Droga do Tarvisio” zauważona


Miły początek roku. Moja powieść „Droga do Tarvisio” znalazła się w zestawieniu 10 książek roku 2012, przygotowanym przez Justynę Gul – recenzentkę wortalu Granice.pl.

Droga do Tarvisio wprost musi porwać czytelników. To bowiem pozycja wyjątkowa, nieszablonowa i stanowi najlepszy dowód na to, że autor utrzymuje wysoki poziom niezależnie od tego, czy spod jego pióra „wychodzi” poezja, czy też proza” – napisała Justyna Gul.

A pełną listę z omówieniami znajdziecie tutaj.