poniedziałek, 30 maja 2011

Jeszcze jeden fragment powieści

Obudził mnie dzwonek do drzwi, gwałtownie usiadłem na kanapie niecałkiem przytomny, dopiero po chwili przypomniałem sobie, gdzie jestem. Nie wiedziałem, ile czasu spałem, ale pewnie z godzinę, bo już się zmierzchało. Lenka rozmawiała w przedpokoju z jakimś mężczyzną, ona mówiła spokojnie, on zaś, oceniłem po tonie jego głosu, był zdenerwowany, do czegoś próbował ją przekonać, lecz ona odpowiadała ne, ne, ne. Usłyszałem kroki, do pokoju weszła Lenka, a za nią młody człowiek o jasnych włosach, w garniturze, to jest Jaromir, mój były chłopak, a to Gregor z Polski, przedstawiła nas sobie. Jaromir wyglądał na niemile zaskoczonego moją obecnością, co mnie nie zdziwiło, na jego miejscu też bym się wkurwił, widząc obcego faceta w domu swojej ukochanej i nieważne by było, z jakiego kraju gość pochodzi, a na pewno dostałbym szału, gdybym się dowiedział, że wprawdzie przypadkowo, ale na dodatek ją podglądał. O ile jednak ja bym zrobił awanturę, o tyle Jaromir zachował się spokojnie, choć ręki mi nie podał, tylko ze smutkiem zapytał, skąd się z Lenką znamy. Z cmentarza, odparła zgodnie z prawdą, lecz jego to raczej nie przekonało, pokręcił głową, zawsze zawierasz znajomości w dziwnych miejscach, powiedział do Lenki, jak nie cmentarz, to apteka albo sklep z bielizną. Lenka wzruszyła ramionami, znowu się czepiasz, miejsca nie są ważne, o ludzi mi chodzi. Ta twoja ciekawość świata i ludzi, zauważył z przekąsem, gdybyś chodziła do kościoła, miałabyś jeszcze więcej znajomych. Sam widzisz, że do siebie nie pasujemy, niepotrzebnie przychodziłeś. Poczułem się niezręcznie przysłuchując się ich rozmowie. Jaromir chciał mnie zaprosić do teatru, wyjaśniła mi powód jego przyjścia. Oczywiście, ja już się zbieram, muszę wrócić do hotelu, powiedziałem pośpiesznie, szykując się do wyjścia, gdyż po raz kolejny w swym życiu poczułem się jak intruz, ale Lenka mnie powstrzymała mówiąc, że nigdzie się nie wybiera. Zjemy kolację i dopiero wrócisz, jej słowa były skierowane do mnie, nie do Jaromira, który teraz wyglądał na zupełnie załamanego, aż mi się zrobiło go żal, wiedziałem, co czuje, przecież kilka dni wcześniej przeżywałem to samo z tobą, Mat. Idź już, musisz zadzwonić do mamy, żeby się nie martwiła o ciebie, a w ogóle to powinieneś dzisiaj być u niej w Brnie, a nie łazić po teatrach, prawda?, Lenka potrafiła być złośliwa. Dzisiaj do niej nie jadę, ten wieczór chciałem spędzić z tobą, powiedział cicho, niemal prosząco Jaromir, Lenka, ja cię kocham, wyznał, a ja poczułem się jeszcze bardziej głupio, że tego słucham. Wystarczy, zapomnij o mnie, powiedziała oschle i zupełnie jakbym ciebie słyszał tamtego dnia, Mat. Dobrze, to wy sobie porozmawiajcie, ja wychodzę, oświadczyłem, ale tym razem powstrzymał mnie Jaromir, nie, proszę zostać, to ja jestem nieproszonym gościem i ja wyjdę pierwszy, ukłonił się, potem się odwrócił, trzasnęły drzwi i już go nie było.
Popatrzyłem na Lenkę, była spokojna, słowa Jaromira nie wywarły na niej większego wrażenia, nie obawiasz się, że zrobi sobie coś złego? zapytałem, nic mu nie będzie, odparła, jest bankowcem, a oni nie popełniają samobójstw, nawet gdy jest kryzys finansowy, nie te czasy.

środa, 25 maja 2011

Stachura, Pradera, Żentara...

Grę Żentary ogląda się z przyjemnością. Jego Robert to prawdziwy „loser”, czyli człowiek przegrany, któremu zostało pozorowanie życia – tak pisałem w 2001 roku w recenzji spektaklu „Drugie zabicie psa”, według prozy Marka Hłaski, w kieleckim Teatrze im. Żeromskiego w reżyserii Piotra Szczerskiego. I właśnie dzisiaj nadeszła wiadomość, że aktor Edward Żentara popełnił samobójstwo w swoim tarnowskim mieszkaniu. W Tarnowie mieszkał od trzech lat, był tam dyrektorem Teatru im. Solskiego.

Pamiętam Żentarę oczywiście także z filmu „Siekierezada”, gdzie w finale grany przez niego Janek Pradera szedł na tory popełnić samobójstwo. W wypadku na torach rękę stracił Edward Stachura, autor powieści „Siekierezada”. Później Stachura powiesił się.

W taki ciąg mi się to wszystko ułożyło, może niepotrzebnie. Ale zawsze przy takich smutnych okazjach zadaję sobie pytanie, jak bardzo trzeba być zdesperowanym, w jak wielkiej być depresji, by targnąć się na własne życie...

sobota, 21 maja 2011

Sto tysięcy znaków

Sto tysięcy – tyle znaków na razie liczy moja książka, której dałem roboczy tytuł Przygody. To jeszcze nie półmetek, jeszcze dalej niż bliżej, ale liczba jest okrągła, więc ją podaję. Dużo pracy przede mną, dla mnie ważne jednak, że ciągle do przodu.    

środa, 18 maja 2011

Będzie tomik, tomik będzie!

Cuda, cuda, a raczej święty Antoni, właśnie dostałem wiadomość od wydawcy, że są pieniądze na mój nowy tomik! Nakład nie będzie duży, ale w przypadku poezji nakłady nigdy nie są duże, a ostatnio coraz mniejsze, więc nie mam co narzekać. I tak jak rzadko się cieszę, to tym razem cieszę się naprawdę.

poniedziałek, 16 maja 2011

Mściciele, nowy fragment książki

Dobrze wiedziałem, najpierw była to podświadomość, a później już zupełna świadomość, dlaczego chciałem przyjechać do niewielkiego Tarvisio, na styku granic Włoch, Austrii i Słowenii, czyli wcześniej Jugosławii. Gdybyś była tu ze mną, Mat, powiedziałbym ci, dlaczego chciałem przyjechać, lubiłaś słuchać mojego głosu. Wiązało się to z tym, co czułem stojąc nad grobem rodziny Kafków, grobem bez prochów Elli, Valli i Ottli. W maju tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego w tym miasteczku, a także w leżącej niedaleko Pontebbie, ulokowała się Brygada Żydowska, Jewish Brigade. Tworzyli ją złaknieni niemieckiej krwi Żydzi, z Palestyny i Europy, którzy jako żołnierze armii brytyjskiej od września czterdziestego czwartego walczyli na zachodnim froncie ze Szkopami. Z kolei z Brygady Żydowskiej wydzielona została tajna grupa żydowskich bojowników do zadań specjalnych. Budzili mój spóźniony podziw. To właśnie Tarvisio, blisko granicy z Austrią, stało się ich bazą do wypadów, w czasie których mścili się na sukinsynach nazistach za zbrodnie i wszelkie, niezliczone okrucieństwa popełnione w czasie wojny na europejskich Żydach.
Mogłem zamknąć oczy i wyobrazić sobie, nie bez satysfakcji, jak się to odbywało, na pewno inaczej niż filmie Tarantino, którego poniosła fantazja. W rzeczywistości nikt nikogo nie skalpował ani nie rozbijał głów przy użyciu kijów bejsbolowych.
Oddział kompanii zemsty, a tych oddziałów było kilkanaście, składał się z czterech mścicieli, z których co najmniej jeden świetnie mówił po niemiecku. Wyruszali po zmroku, ubrani w mundury brytyjskich żandarmów, przekraczali granicę i jechali, dajmy na to, do Stossau. Był ciepły lipcowy wieczór. Podjeżdżali jeepem pod jeden z zadbanych górskich domów, jakich sporo w okolicy. Czy byli zdenerwowani? Zapewne, lecz przemożna chęć odwetu na mordercach ich narodu kazała im powściągnąć emocje, każdy z nich stracił w obozach koncentracyjnych swoich bliskich. Gospodarz, trzydziestosześcioletni pan Liebke, obecnie skromny rolnik mający mocne papiery z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, słysząc warkot samochodowego silnika, zaczynał się niepokoić. Uspokajał się nieco, gdy widział przez okno, że to brytyjskie Military Police. Niepokój zmieniał się w irytację. Znowu oni, mówił do swojej Frau, nie dadzą człowiekowi spokoju. Ernst Liebke?, pytał jeden z mścicieli, imieniem Zev. Jawohl!, odpowiadał Austriak, odruchowo prężąc się na baczność. Proszę się ubrać, jedzie pan na przesłuchanie. Już powiedziałem wam wszystko, byłem tylko Unterfeldweblem w służbach kwatermistrzowskich w Wiener Neustadt, próbował oponować Liebke. Wiemy, ale trzeba jeszcze coś wyjaśnić i niezbędna jest pańska pomoc, człowiek w brytyjskim mundurze uspokajał go, dając zarazem do zrozumienia, że dalsza dyskusja nie ma sensu.
Ernst Liebke żegnał się z Frau, mrucząc pod nosem, że na pewno szybko wróci i wychodził w otoczeniu trzech żandarmów, bo czwarty czekał w samochodzie. Jechali w milczeniu, Liebke siedział grzecznie, dopóki nie skręcili z głównej drogi w prawo, zamiast kierować się prosto na Tarvisio. Wtedy już wiedział, że coś jest nie w porządku, ręce mu się pociły, zaczynał się nerwowo kręcić przeczuwając niebezpieczeństwo i zastanawiał, kim są ludzie, którzy go wiozą. Do waszej kwatery tędy się nie jedzie, mówił w końcu do żandarmów, którzy nie zwracali na jego słowa uwagi. Służyłem w Wehrmachcie, nie zrobiłem nic złego, mówił dalej, a ponieważ nie zamierzał zamilknąć, mściciel, który pełnił funkcję egzekutora, wkładał mu do ust lufę pistoletu, a dwaj pozostali krępowali ręce. Samochód zatrzymywał się na skraju lasu, blisko rzeki. Liebke był wyprowadzany i zmuszany do klęknięcia. Ernst Liebke?, znów pytał Zev, ale tym razem dodawał, SS-Hauptsturmführer Ernst Liebke? Pytany gwałtownie zaprzeczał, więc mściciele zdzierali z niego marynarkę i koszulę, żeby sprawdzić to, czego nie zrobili przesłuchujący go wcześniej Brytyjczycy: czy ma pod pachą wytatuowaną grupę krwi – znak rozpoznawczy esesmanów. Wątpliwości znikały, lecz teraz Liebke błagał, żeby go nie zabijać, gdyż on wykonywał tylko rozkazy, i oczywiście ma żonę i małe dzieci, które potrzebują ojca. O litość długo nie musiał prosić, liczyła się każda minuta, akcję przeprowadzali na własną rękę, zaś armia brytyjska, do której formalnie należeli, nie uznawała samosądów, więc wpadka nikomu nie była potrzebna. Egzekutor przykładał pistolet do jego głowy, Zev mówił, za nasz zamordowany naród, za żydowskie dzieci, kobiety i mężczyzn, w tym momencie nie było istotne, czy tamten odczuwał skruchę, było to zresztą wątpliwe, ważne, że w ostatniej sekundzie życia był świadom, iż zabijają go Żydzi w imieniu wszystkich ofiar, rozlegał się strzał i SS-Hauptsturmführer Liebke padał martwy, opryskując swoją krwią i kawałkami mózgu angielski mundur egzekutora. Ciało nazisty lądowało w rzece, po trzech dniach w wodzie trudno było rozpoznać, że to Herr Liebke, a mściciele wracali do bazy w Tarvisio.
Tak więc to mogło wyglądać i pewnie wyglądało. Albo jeszcze inaczej. Znów widziałem to w swojej głowie, siedząc na ławce przed hotelem Nevada i niespiesznie paląc białego davidoffa.

piątek, 13 maja 2011

Na targach książki w Warszawie

Wyjazd na targi książki stał się już moim zwyczajem. W listopadzie jeżdżę do Krakowa, w maju do Warszawy. W czwartek też byłem – na Warszawskich Targach Książki, które mają swoją drugą edycję. Z kalendarza imprez zniknęły natomiast Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie. Nie mnie oceniać, czy dobrze się stało. Brutalnie można by powiedzieć, że lepsze wypiera gorsze, lecz przecież nie zawsze jest to regułą, a w tym wypadku tej pewności nie mam.

Wracając do targów: odwiedziłem znajome wydawnictwa: Świat Książki, Iskry, W.A.B., Dobra Literatura, Czarne, Noir sur Blanc, Universitas, Prozami, Albatros, Egmont, Zysk, A5, Nowy Świat. Piszę „wydawnictwa”, ale przecież były to spotkania z konkretnymi ludźmi, z którymi na co dzień pozostaję w kontakcie mailowym czy telefonicznym. Niestety, w Warszawie zabrakło kilku wydawców, których sobie cenię, myślę np. o Znaku i Czytelniku. Mam nadzieję, że spotkam się z nimi jesienią w Krakowie.

P.S. Ten wpis zamieściłem wieczorem w czwartek, 12 maja. Potem jednak blogger przestał działać, a wpis zniknął z Notesu, więc wrzucam go jeszcze raz.

sobota, 7 maja 2011

Hamlet. Premiera w Teatrze im. Żeromskiego

Byłem na premierze „Hamleta” w kieleckim Teatrze im. Żeromskiego. Lubię ten teatr, w którym bywał jeszcze młody Żeromski jako uczeń miejscowego gimnazjum (dzisiaj I LO). Stary budynek ma klimat prawdziwego teatru, a rozgrywały się w nim – właśnie w budynku, nie tylko na scenie – znakomite spektakle, np. „Proces” Kafki w reżyserii Piotra Szczerskiego (od dwudziestu lat dyrektora kieleckiego teatru).

Na premierę „Hamleta” w reżyserii Radosława Rychcika poszedłem jako widz, nie recenzent. I pomyśleć, że w latach 1993-2006 recenzowałem dla „Słowa Ludu” wszystkie premiery Teatru im. Żeromskiego, czyli około siedemdziesiąt przedstawień. A poprzedników pisujących recenzje teatralne dla „Słowa” miałem znakomitych, bo Janusza Głowackiego (tego Głowackiego), Jana Pawła Gawlika i Stanisława Mijasa.

Poszedłem więc jako widz, ale kilka słów o inscenizacji młodego reżysera napisać mogę z recenzenckiego przyzwyczajenia. Szekspira i właściwego „Hamleta” jest tu niewiele. Spektakl jest uwspółcześniony, główny bohater (gra go Tomasz Nosinski), to chłopaczek w krótkich spodenkach, rozwrzeszczany, ze skłonnością do ekshibicjonizmu i z ADHD. Taki Hamlecik, a nie Hamlet. Bardziej pasowałby do „Ferdydurke” – pamiętam taki spektakl w Teatrze Studio w Warszawie, o inscenizacji lubelskiego Provisorium nie wspominając. „Hamlet” według Rychcika to historia rodziny, której członkowie są albo znerwicowani, albo rozhisteryzowani. Tytułowy bohater nie wygłasza słynnego monologu „Być albo nie być”, nie popełnia też samobójstwa. I w sumie dobrze, ten monolog i samobójstwo do tej inscenizacji by nie pasowały. Tylko że nie jest to komplement. Za to muzyka Michała Lisa jest jak najbardziej OK. Słychać ją, czuć, a nie przeszkadza.

poniedziałek, 2 maja 2011

Tarvisio, kolejny fragment powieści

W sezonie, to znaczy zimą, do Tarvisio musiały przyjeżdżać tłumy narciarzy, teraz turystów było niewielu, przeważali włoscy i, jakżeby inaczej, niemieccy emeryci, wśród których na pewno byli tacy, którzy pamiętali z dzieciństwa lub młodości drugą wojnę światową. Ci, którym się przypatrywałem, mieli niewiele więcej niż siedemdziesiąt lat. Czy te eleganckie starsze panie z pełnym implantowym uzębieniem i towarzyszący im starsi panowie w dobrze skrojonych marynarkach wiedzieli, że właśnie tutaj i okolicy dokonywano zemsty na ich ojcach? Nie, nie mogli tego wiedzieć, gdyby tak było, nie przyjeżdżaliby na wypoczynek do Tarvisio, wybraliby inne alpejskie miasteczko, spokojne i urocze, nie skażone widmem żydowskich mścicieli, psującym klimat i humor. Nie wiedzieli, ponieważ ich ojcowie i dziadkowie uniknęli żydowskiej zemsty lub zginęli na froncie wschodnim i pośmiertnie odznaczeni zostali Żelaznym Krzyżem, przechowywanym przez rodzinę jak najcenniejsza relikwia. Poza tym, und da liegt der Hund begraben, ich ojcowie i dziadkowie, a także oni sami, bo mogli przecież należeć do Hitlerjugend, jasna sprawa, nikogo nie skrzywdzili, więc nie ma o czym mówić, a wiele rzekomych zbrodni to zwykła żydowska propaganda, wojna to wojna i ludzie ginąć muszą. Dlatego teraz pan Helmut i pan Johann z czystym sumieniem dwa stoliki dalej palili cygara, wydmuchując gęsty dym, i rozmawiali o męskich sprawach, że rozszerzenie Unii Europejskiej to był zły pomysł, ci Słowianie, zwłaszcza Polacy, rozpanoszyli się jak robactwo, w sumie źle, że ten komunizm upadł, hahaha, ale gdzież to nasze panie, już powinny wrócić z salonu piękności, nie uważa pan, Herr Johann? A kiedy wreszcie zjawiły się obie połowice, z nowymi fryzurami, pokropione markowymi perfumami maskującymi zapach starości i rozkładu, panowie wstali od stolików i we czwórkę ruszyli na spacer po Tarvisio, kurorcie, który polscy emeryci mogli oglądać co najwyżej na pocztówkach, szlag by to trafił.
Nie poszedłem za nimi, chociaż w pierwszym odruchu miałem taki zamiar, mogłem do nich podejść i powiedzieć drwiąco, i co szwabskie syny, jestem jednym z tych, którzy po wojnie mieli być waszymi pachołkami, ale plan waszego Führera się nie powiódł, jestem w Tarvisio na takich samych prawach jak wy, niedoszli panowie świata, i chuj wam w dupę. Oczywiście nie zrobiłem tego, gdyż po pierwsze, byłem obywatelem Unii, sam głosowałem w referendum za przystąpieniem Polski. Po drugie, mówiąc po niemiecku, kaleczyłbym ten język, w ich oczach wyglądałbym więc żałośnie, jak polski Murzynek Bambo, a co gorsza nawet nie pamiętałem, jak jest po niemiecku chuj wam w dupę. I po trzecie, wiedziałem, co na moje słowa mogłem usłyszeć w odpowiedzi od Helmuta czy Johanna: rzeczywiście, pan nie jest naszym służącym, jednak nie zaprzeczy pan, że pańscy rodacy są w Europie tanią siłą roboczą, pracują na czarno tam, gdzie żaden porządny Niemiec do pracy nie pójdzie, w rzeźni i przy wywożeniu śmieci razem z Turkami, hahaha, więc w sumie wielkiej różnicy nie ma. Nie zniósłbym ich rechotu, a gdybym z braku argumentów próbował się szarpać z tymi staruchami, żaden sąd w Unii nie wykazałby zrozumienia i nie wziął pod uwagę, że racje historyczne są po mojej stronie, tylko skazał mnie za naruszenie ich cielesności.