wtorek, 25 grudnia 2012

Nie śpij


Nie śpij w dobrym czasie rozpocznij czuwanie
pasterze pobiegli Jemu na spotkanie
i teraz śpiewają ogromnie weseli
swoją wytęsknioną kolędę nadziei

Ciesz się ich radością – gdy w połowie nocy
wiatr mocniej zawieje niczym znak proroczy
i wreszcie uwierzysz – wśród głosów powodzi
usłyszysz nowinę: On już się narodził

On już się narodził i nim zdąży skonać
wtulając do krzyża skręcone ramiona
ty doświadczysz życie do samego końca
aby potem zgasnąć jak gwiazda milcząca

Z tomiku „Piosenka powieszonego amanta” 1993  

sobota, 15 grudnia 2012

Niedaleko Koziej


Dzielnica żydowska w Kielcach 1940 r. Fot. Bundesarchiv
Niedaleko Koziej,
Tam, gdzie było getto,
Mają dziś Polacy
Opłatkowe święto.

Przeszłości nie słychać,
Przeszłości nie widać,
Cieszą się z narodzin
Maleńkiego Żyda.

Śpiewają przy stole
Swe kolędy piękne
I rozgrzani wódką
Idą na pasterkę.

Tyle lat minęło,
Kości nie zostały,
Świeci nad choinką
Obłok spopielały.

czwartek, 13 grudnia 2012

Litania alkoholika


To fragment mojej powieści o alkoholizmie „Biały Kafka” z 2004 roku: 
Nigdy nie wiesz, kiedy ten moment nadchodzi. Nie wiesz, czy jesteś jeszcze facetem, który tylko lubi się napić, czy już stałeś się upadłym menelikiem, który pić musi. Przejście z jednego etapu do drugiego jest niezauważalne i najczęściej rozłożone w czasie, nikt przecież nie przyjdzie, aby ci uroczyście oznajmić, że uwaga, uwaga, to już ten moment, wczoraj przestałeś być zwykłym pijakiem, a od dzisiaj jesteś pijakiem nadzwyczajnym, menelikiem, alkoholikiem, gościem uzależnionym od gorzały, potrzebującym wódy do przetrwania jak cukrzyk potrzebuje insuliny, podawanej w coraz to większych ilościach. Wydaje ci się, że ciągle jest tak samo, nic się nie zmieniło, ewentualnie stwierdzasz, że tylko trochę częściej i więcej pijesz, ale bez przesady, wszystko pozostaje w normie, tak uważasz. Jednak tę przemianę, przejście na wyższy poziom menelickiego wtajemniczenia, możesz spostrzec sam, naturalnie jeśli zechcesz, chociaż problem polega na tym, że zwykle nie chcesz, zwłaszcza gdy jesteś początkującym profesorem nadzwyczajnym pijaństwa, bywa że przez długie lata nie chcesz zauważyć, że już dawno awansowałeś w hierarchii.
Informacje, w postaci różnych sygnałów, które przekazują ci twoje ciało i twoje życie, docierają do ciebie stopniowo, również są dawkowane i rozłożone w czasie, i udajesz przed samym sobą, że ich nie dostrzegasz, mimo iż z każdym dniem stają się wyraźniejsze.
Nie zauważasz więc, że trzęsą ci się ręce.
Że coraz częściej bolą cię uda, a mięśnie ramion i nóg drżą podskórnie.
Że masz kłopoty z zasypianiem i ze snem.
Że przychodzą nagle takie chwile, że zaczynasz się wszystkiego bać i telepiesz się z tego strachu.
Że nocą nachodzą cię zwidy i lęki silniejsze niż w dzień.
Że mówisz na głos do nieistniejących ludzi.
Że nawet gdy się porządnie wykąpiesz, twoja skóra nadal śmierdzi przetrawionym alkoholem.
Że nie pomagają dezodoranty i wody toaletowe, jeśli jeszcze nie przestałeś ich używać.
Że cuchnie twój oddech, chociaż wielokrotnie myłeś zęby.
Że tracisz apetyt i możesz przez dwa albo trzy dni nic nie jeść.
Że każdego poranka srasz na rzadko.
Że rzygasz żółcią po każdym większym piciu.
Że w domu i pracy masz pełno pustych butelek, których nie chciało ci się wynieść.
Że powszechnie znana metoda ratunkowa „klina klinem” to dla ciebie bułka z masłem, choć kiedyś nie wyobrażałeś sobie, że możesz pić wódkę na czczo, bez przepijania.
Że niektórzy dziwnie na ciebie patrzą.
Że ty spoglądasz z pogardliwym zdziwieniem na tych, którzy mówią, że nie piją.
Że słowo „abstynent” wzbudza w tobie obrzydzenie.
Że kiedy jesteś narąbany, nawet zupełnie trzeźwi wydają ci się wstawieni.
Że kiedy się budzisz, obawiasz się spojrzeć w lustro.
Że najlżejsza praca jest dla ciebie niczym kołymska katorga.
Że kiedy przetrzeźwiejesz, gdyż z przemęczenia zdarzają ci się wątłe chwile trzeźwości, nie masz na nic siły.
Że obiecujesz sobie, że to już ostatni raz i wiesz, że obietnicy nie dotrzymasz.
Że dzień zaczynasz od pytania, z kim, gdzie i za co się napijesz.
Że jesteś gotów pić wszystko, co tylko ma procenty.
Że kiedy omija cię byle jaka okazja do drinkowania z kimkolwiek, robi ci się smutno, cholernie smutno, jakby umarł ktoś najbliższy.
Że zaznaczasz w kalendarzu wszelkie możliwe imieniny, urodziny, rocznice, jubileusze, święta państwowe i kościelne, będące pretekstem do chlania w najbliższym tygodniu, miesiącu i roku.
Że właściwie nie potrafisz mówić o niczym innym, tylko o gorzale, o tym z kim, gdzie i jak piłeś.
Że nie wyobrażasz sobie, że mógłbyś nie pić.
Że może chciałbyś przestać pić, ale ci szkoda.
Że może chciałbyś przestać, ale nie potrafisz, więc pijesz nadal, aby zapomnieć, że chcesz przestać.
Że coraz mniej ci zależy, co mówią o tobie inni.
Że przestaje ci zależeć na czymkolwiek.
Że nienawidzisz siebie.
Że wyjesz w nocy z bólu i rozpaczy.
Że są takie dni, kiedy chcesz umrzeć i zastanawiasz się, jak to zrobić.
Że takie dni zdarzają ci się niemal codziennie.
Że liczysz jedynie na cud.

sobota, 8 grudnia 2012

Pierwsze zdania nowej powieści


Może właśnie tak się będzie zaczynać moja nowa książka, roboczo zatytułowana „Wiedeńska opowieść”:

Tego dnia, kiedy umarła Sylvia Kristel, gwiazda najsłynniejszego filmu erotycznego świata „Emmanuelle”, zaprosił mnie do swojego gabinetu profesor Jarecki. Przez moment korciło mnie, by zapytać go, czy widział filmy, w których występowała holenderska aktorka, ale szybko zrezygnowałem z tego pomysłu, był przecież moim przełożonym, a na ile go znałem, wiedziałem, że podobnie pytanie mogło go zirytować. Mówiąc szczerze, wątpiłem, by nazwisko Kristel cokolwiek mu mówiło, był ode mnie dużo starszy i w latach osiemdziesiątych, gdy do Polski dotarły z Zachodu pierwsze filmy wideo, w tym osławiona  „Emmanuelle”, zapewne od oglądania ich w gronie znajomych miał ciekawsze zajęcia. Na przykład studiowanie w krakowskim archiwum akt z procesów sądowych Żydów galicyjskich. Teraz profesor nerwowym gestem wskazał na krzesło przed jego biurkiem, dając do zrozumienia, żebym usiadł, sam zaś zaczął chodzić tam i z powrotem, trzymając się za boki. Można by pomyśleć, że zacznie za chwilę tańczyć krakowiaka albo kujawiaka, jednak nie taniec był mu w głowie. Wystarczyło spojrzeć na jego wykrzywioną twarz, by domyślić się, że sprawa jest poważna.

wtorek, 4 grudnia 2012

Jasnorzewska i jej wojenne zapiski



Mimo przerażenia, nawet w obliczu wojny, choroby i śmierci Maria Pawlikowska-Jasnorzewska potrafiła zachować klasę i styl, czego dowodzą jej wojenne zapiski zawarte w książce „Wojnę szatan spłodził”.

Te zaskakująco szczere i intymne zapiski były przeznaczone „do pieca”, jak pisała autorka, jednak ocalały. Ich fragmenty były już publikowane, ale dopiero Rafał Podraza – niestrudzony specjalista od twórczości Magdaleny Samozwaniec i jej siostry Marii Pawlikowskiej – zebrał je w całość i podał do druku w formie książki. Pięknie wydanej książki – dodajmy, bogato ilustrowanej fotografiami Marii i jej najbliższych.
Maria zaczęła prowadzić swój nieregularny dziennik jeszcze w Warszawie, tuż przed wybuchem wojny, kontynuowała w Rumunii i Francji, a zakończyła w Anglii, 30 czerwca 1945 r. Jej ostatnie zapisane słowa brzmiały: „Zdaje mi się, że nie mogę już. Straszna słabość - ”. Dziewięć dni później zmarła, przegrawszy walkę z rakiem szyjki macicy.

Z książki „Wojnę szatan spłodził” wyłania się inny portret Jasnorzewskiej niż ten, do którego są przyzwyczajeni czytelnicy jej poezji. Słodko-złośliwie czuła jest tylko wobec Lotka, swojego trzeciego męża, który był przy niej do końca, oraz w stosunku do rodziców i siostry, którzy pozostali w kraju.

Wobec wszystkich innych, a szczególnie rodaków, których spotkała na obczyźnie, jest bardzo surowa, krytyczna, czasami nienawistna: „Wstydzę się swojego plemienia – pisze w 1942 r. – Schłopiałe, ogłupione, rozpustne prostaki. Możemy śmiało nie żałować, że to się nie rozpanoszyło na cały świat, ale że po chamskim łbie dostało”. Jakże ją, pierwszą damę poezji polskiej, musiała boleć wojenna rzeczywistość wśród nieprzyjaznych i nie dorównujących jej poziomem ludzi. Inna sprawa, że jej słowa – gdy się rozejrzeć dookoła – do dzisiaj w wielu przypadkach nie straciły świeżości.

A później był już tylko narastający ból fizyczny, coraz więcej operacji. Ostatnie miesiące Jasnorzewska poświęciła opisom choroby, niekiedy wręcz fizjologicznym, wizytom u lekarzy, ich diagnozom. Niemal do końca dbała o swój wygląd, nawet gdy zabierano ją na zbieg, do „teatru”, jak nazywała salę operacyjną, starała się, by szlafrok i koszula były odpowiednio dobrane. Kilka ostatnich stron to już zapis własnego umierania, gdy unieruchomiona w łóżku oczekiwała śmierci. Poruszająca lektura, ale przecież warto przez nią przejść.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, „Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945”. Zebrał Rafał Podraza, Agora 2012, s. 183.

Tekst zamieścił również portal Okno Literatura

piątek, 30 listopada 2012

„kozera żyd”, czyli wszyscy jesteśmy Żydami



Marszałek Piłsudski przyjmuje delegację Żydów (fot. "Głos Gminy Żydowskiej" nr 10-11/1938)

Ktoś niedawno odwiedził Notes Poetycki po wpisaniu do wyszukiwarki frazy „pozowanie nago mężatek wrażenia”. Ktoś inny tydzień temu wchodził na mojego bloga szukając wyników do słowa kluczowego „kozera żyd”.  Sprawdziłem, na słowa „kozera żyd” Notes Poetycki indeksuje się w wynikach wyszukiwania jako pierwszy.

Nie wiem, czy zainteresowanie anonimowego internauty frazą „kozera żyd” odnosiło się akurat do mnie, być może podpadł mu jakiś Kozera i szukał na niego haka, albo po prostu  ktoś nazywający się tak samo jak ja próbował sprawdzić, czy ma w rodzinie żydowskich przodków.

Jeśli był to ten ostatni przypadek, to właściwie  niepotrzebnie się trudził. Niezależnie od tego, czy nazywa się Kozera, Kowalski czy Iksiński, może bowiem przyjąć, że jego w żyłach płynie domieszka krwi żydowskiej. A jeśli nie żydowskiej, to niemieckiej, rosyjskiej, ukraińskiej, litewskiej albo tatarskiej. 

Dla narodowców, tudzież prawdziwych Polaków, to oczywiście nie do przyjęcia, lecz tylko oni w swym fanatyzmie i swojej ignorancji historycznej mogą uważać, że są „rasowo czyści”, że użyję ich retoryki. Tysiącletnia historia Polski to historia wielu nacji i kultur, historia zgodnego współistnienia, ale też często tragiczna, naznaczona wojnami i gwałtami.    

Tak więc wszyscy w mniejszym lub większym stopniu możemy się czuć Żydami.

czwartek, 22 listopada 2012

Andrzej Czyżewski, „Piękny dwudziestoletni”

Z każdym nowym wydaniem – a obecne jest trzecim – biografia Marka Hłaski „Piękny dwudziestoletni”, autorstwa Andrzeja Czyżewskiego, rozrasta się. Teraz to już potężny tom, liczący blisko 600 stron, wzbogacony o nowe fotografie oraz kopie dokumentów i listów.

Andrzej Czyżewski, cioteczny brat autora „Następnego do raju”, poświęcił lata, by napisać biografię najpopularniejszego w latach 60. ubiegłego wieku polskiego pisarza na świecie. O Hłasce, po jego wyjeździe z Polski w 1957 r., pisały gazety niemieckie, brytyjskie i amerykańskie, jego utwory publikowano w Europie i Ameryce, również o jego przedwczesnej śmierci w 1969 r. poinformowały najbardziej znane światowe media. Tylko w Polsce, gdzie komunistyczna władza uznała pisarza za zdrajcę, czytelnicy przez wiele lat mieli problem, by poznać jego powieści i opowiadania.

Książka Czyżewskiego podtrzymuje legendę Marka Hłaski jako znakomitego prozaika, ulubieńca kobiet (i takich pisarzy jak Andrzejewski czy Mach, którzy byli w nim zakochani), zarazem obala sporo mitów dotyczących pisarza, m.in. jego awanturniczego trybu życia i rzekomo długich pobytów w więzieniu. Inna sprawa, że Hłasko był postacią wyjątkowo barwną, a jego życiorys nawet bez upiększeń to świetny materiał na scenariusz filmowy.

Fascynujący pisarz, fascynująca biografia. Książka Andrzeja Czyżewskiego, podobnie  jak „Piękni dwudziestoletni” Hłaski, to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników twórczości autora „Ósmego dnia tygodnia”. A wszystkim innym też nie zaszkodzi.

Andrzej Czyżewski, „Piękny dwudziestoletni. Biografia Marka Hłaski”, Prószyński i S-ka, 2012, s. 582.
Tekst ukazał się na portalu Okno Literatura

wtorek, 20 listopada 2012

Eduardo Mendoza, „Walka kotów”

Dla każdego coś miłego – można powiedzieć o najnowszej wydanej w Polsce powieści hiszpańskiego pisarza Eduarda Mendozy „Walka kotów”. W tej książce niewiele rzeczy jest takimi, jakimi się wydają na początku.

Mendoza to mistrz w żonglowaniu konwencjami i gatunkami literackimi i tej przyjemności nie odmówił sobie również w „Walce kotów”. Książka zaczyna się niczym kryminał, potem na przemian jest powieścią obyczajową, historyczną, sensacyjną, detektywistyczną, szpiegowską i polityczną, romansem i znów kryminałem. Głównym bohaterem jest Anthony Whitelands, angielski znawca sztuki, a w szczególności Velazqueza, który przyjeżdża do Madrytu na prośbę hiszpańskiego księcia. Jest rok 1936, Hiszpania stoi na progu wojny domowej, więc arystokrata chce zabezpieczyć materialnie swoją rodzinę sprzedając za granicę jeden z obrazów z bogatej kolekcji. Anthony ma mu w tym pomóc, jednak czasy są niebezpieczne i nie będzie to łatwe…

Bardziej lub mniej dramatycznymi perypetiami bohatera można by obdarzyć kilka innych powieściowych postaci. Anthony ma do czynienia z arystokratami, dyplomatami, szpiegami, prostytutkami, falangistami i komunistami i co rusz wpada w nowe tarapaty, a jego życie bywa zagrożone. Pewnie za to bogactwo fabularne czytelnicy tak lubią książki Mendozy. Również za erudycję i poczucie humoru; autor proponuje odbiorcy grę, którą ten drugi z reguły akceptuje.

Jest jeszcze jedna rzecz: „Walka kotów” i inne utwory hiszpańskiego pisarza mają urok XIX-wiecznych powieści, za którymi często tęsknimy, być może nie zawsze zdając sobie z tego sprawę. I naprawdę nie ma w tym nic staroświeckiego. To tęsknota za klasyczną literaturą, nazywaną piękną.

Eduardo Mendoza, „Walka kotów”. Tłumaczenie Marzena Chrobak, Znak Literanova 2012, s. 422.

Recenzja ukazała się na portalu Okno Literatura

sobota, 17 listopada 2012

„Happy Birthday!”, czyli smutna komedia o Alzheimerze


Powiadają, że Panu Bogu nie udała się starość i o tym jest sztuka „Happy Birthday!”, autorstwa, Victora Lanoux, którą dzisiaj widziałem w Teatrze im. Żeromskiego. Była to premiera spektaklu w reżyserii Piotra Szczerskiego.

Dziwna to sztuka, mówiąc najogólniej. Z założenia jest komedią i faktycznie, są tu sceny wywołujące śmiech, choć za każdym razem jest to śmiech przez łzy. Centralną postacią jest dziewięćdziesięcioletnia pani (gra ją gościnnie Mirosława Krajewska), która ma poważne problemy z pamięcią. Starsza pani obchodzi właśnie urodziny, przychodzą do niej córka (Beata Wojciechowska), wnuk (Andrzej Plata), a także znajomy, starszy pan, (Andrzej Cempura), z którym codziennie siedzi na ławce przed cmentarzem. I jeszcze ma zjawić się Burmstrz (Marcin Brykczyński - szkoda, że tak krótko na scenie).  

Sęk w tym, że staruszka nie pamięta o urodzinach, ba, zapomina, jak ma na imię, dość często wydaje jej natomiast, że jest młodą dziewczyną, córkę bierze za swoją matkę, a wnuka – za przyszłego męża. W tę „grę” sprokurowaną przez chorobę kobiety zostają wciągnięci pozostali bohaterowie komedii.

Spektakl jest nierówny, chwilami komediowy, wręcz farsowy, trochę refleksyjny, czasami nijaki. Pomysł komedii, której bohaterka cierpi na Alzheimera, jest interesujący i w zamyśle szlachetny, ale na scenie nie zawsze się sprawdza, o czym świadczy kielecki spektakl. Jest zarazem do płaczu i do śmiechu, przy czym w tym drugim przypadku można zacytować Gogola, że „sami z siebie się śmiejecie” (jeśli dożyjcie).     

środa, 14 listopada 2012

„Berlin, późne lato” w marcu 2013



Na Potsdamer Platz bywał bohater mej książki, Otto Peters, tylko że plac wyglądał trochę inaczej niż dzisiaj

Podpisałem umowę z wydawnictwem Dobra Literatura na publikację mojej nowej powieści „Berlin, późne lato”, której akcja toczy się w 1943 roku. Premiera książki planowana jest na marzec 2013 roku. To na razie tyle z bieżących informacji, ale im bliżej będzie premiery, tym pewniej więcej szczegółów będę mógł podać.

sobota, 10 listopada 2012

Maszerują chłopcy


Wierszyk okolicznościowy

Maszerują chłopcy, maszerują,
Pałka w garści, straszną dumę czują.

Ich szaliki w barwy narodowe,
Dziarsko sunie pokolenie zdrowe.

Prawe rączki prosto wyciągnięte,
To nie faszyzm, to tak na zachętę,

Żeby inni też się przyłączyli.
„Razem będziem pederastę bili,

Komunistę, Żyda i Murzyna,
Wszystko, co złe, to przecież ich wina”.

Równym szykiem idą łyse głowy,
W środku pustka, lecz wyraz marsowy.

Za kretynem maszeruje kretyn,
„Hej, kto Polak, dawaj na kastety!”.

Za Ojczyznę idą, w imię Boga,
Kto nie z nimi, lepiej niech się schowa.

„Kości połamiemy, jak się łamie chrust.
Gott mi uns, Gott mit uns!”.
Hitler razem ze swoimi kolesiami w 1927 r. Wtedy jeszcze mogło się wydawać, że są śmieszni (Fot. Bundesarchiv)

środa, 7 listopada 2012

„W jednej osobie” Johna Irvinga

Bardzo lubię twórczość Johna Irvinga i gdyby nie to, pewnie bym dość szybko odstawił jego najnowszą powieść „W jednej osobie”. Doczytałem jednak do końca i nie żałuję, chociaż nie jest to książka na miarę „Świata według Garpa” czy „Syna cyrku”.

Seksualność z jej różnymi odcieniami i cieniami – to dość częsty motyw w prozie amerykańskiego pisarza. Gejów i transseksualistów mogliśmy spotkać w jego wcześniejszych książkach, bo jak wyjaśniał Irving, zawsze interesowali go ludzie nieprzystosowani seksualnie. Ale takiego nagromadzenia tych „nieprzystosowanych”, jak w „W jednej osobie”, dotychczas nie było. Na dodatek głównym bohaterem jest biseksualista. Irving poleciał po więc całości.

Ów bohater nazywa się William Abbott i jest pisarzem, który na starość opowiada o swoim intymnym życiu. Wychowywany przez matkę (ojciec zniknął, gdy Billy był jeszcze dzieckiem), ciotkę i dziadka, który w amatorskich przedstawieniach grywał kobiety, bohater od wczesnej młodości miał skłonność do interesowania się niewłaściwymi ludźmi. Najpierw fascynowała go dużo starsza bibliotekarka, która kiedyś była mężczyzną, potem pociągał go kolega ze szkoły. Skłonność Billy’ego do mężczyzn i kobiet (ze wskazaniem na tych pierwszych) okazała się trwała – opisy seksualnych i uczuciowych związków bohatera od lat 50. ubiegłego wieku aż do czasów współczesnych, a także dość skomplikowanych relacji rodzinnych wypełniają „W jednej osobie”.

Powyższa tematyka to nie jest moja bajka, pewnie nie jestem tak empatyczny jak autor „Hotelu New Hampshire”. Podziwiam jednak Irvinga za odwagę w przekraczaniu granic w opisywaniu wolności człowieka. Poza tym, zmienili się jego bohaterowie, ale przecież nie on. Jest to ten sam Irving, co wcześniej: piszący błyskotliwie i dowcipnie, przekorny i zaskakujący, chwilami wręcz prowokacyjny. „W jednej osobie”, mimo swej kontrowersyjności, jest książką wartą lektury.

John Irving, „W jednej osobie”. Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska, Prószyński i S-ka 2012, s. 520.

Recenzja ukazała sie na portalu Okno Literatura

niedziela, 4 listopada 2012

Varga ostro o kobiecym czytelnictwie, a ja się z nim zgadzam


Na Targach Książki w Krakowie na Katarzynę Grocholę czekał tłum stęsknionych czytelniczek 
Lubię felietony Krzysztofa Vargi, choćby dlatego, że poglądy tego pisarza na temat współczesnej Polski i jej kultury są zbieżne z moimi. Poza tym czytanie dobrze napisanych tekstów sprawia mi przyjemność. Po ostatnim felietonie Vargi w „Gazecie Wyborczej” (Gazeta na Święto, 31.10-1.11 2012) znów muszę, a raczej chcę się zgodzić z autorem „Trocin”.

W tekście „Kto czyta, ten błądzi” Krzysztof Varga pisze o niezwykłej popularności książek pisanych przez takich autorów, jak Małgorzata Kalicińska, Katarzyna Grochola czy Janusz L. Wiśniewski. Varga zadał sobie heroiczny trud i przeczytał najnowszą powieść Kalicińskiej „Lilka”.

Ponieważ felieton jest niedostępny w sieci, zacytuję jego fragmenty. Ocena „Lilki”? Varga porównuje ją do wypracowania gimnazjalisty. „Nigdy chyba nie czytałem tak prostacko napisanej powieści, którą tak ciężko by się czytało” – przyznaje. I  zaraz dodaje: „A jednak to przecież wydawniczy hit, klasyczny przykład ‘literackiego pocieszenia’, w którym czytelniczki szukają przecież nie fajerwerków składniowych, wykwintnych metafor czy eksperymentów językowych, ale terapii i pocieszenia(...)”.

Konkluzja jest zaskakująca, chyba również dla samego Vargi. A przy tym bolesna. „Oczywiście po powieściach Kalicińskiej, Katarzyny Grocholi i Janusza Leona Wiśniewskiego można jeździć do woli (...), lecz trzeba przyznać, że to właśnie czytelniczki Kalicińskiej, Grocholi i Wiśniewskiego napędzają w naszym kraju czytelnictwo. Gdyby nagle te kilkaset tysięcy, a może kilkaset tysięcy, a może i milion kobiet, które czytają i kupują powieści wyżej wymienionych, zniknęło, procent czytających Polaków poleciałby gwałtownie na twarz i stanęlibyśmy na krawędzi wtórnego analfabetyzmu przedstawicieli tego dumnego, bohaterskiego narodu” – pisze Varga.        

Czasami pytam samego siebie, po co mi to wszystko, dlaczego zabieram się do wymyślania mało optymistycznych historii, bez wyraźnego happyendu, a co gorsza z brzydkim wyrazami . Przecież mógłbym skroić opowieść tzw. obyczajową, np. o ojcu samotnie wychowującym dzieci (bo żona mu umarła na raka), który jednak radzi sobie dzielnie, przy okazji znajduje nową miłość, a potem wszyscy by żyli długo i szczęśliwie. Do tego dorzuciłbym drewniane dialogi jak z seriali Łepkowskiej.

Gdybym więc napisał taką powieść, dałbym sobie przynajmniej szansę na wydawniczy sukces. Jednak jestem na straconej pozycji, bo nie napiszę. Nie potrafię.   

czwartek, 1 listopada 2012

Mucha i Čapek


Od pewnego czasu w okolicach 1 Listopada wracam na praskie cmentarze, przynajmniej w Notesie. Dzisiaj również.

Na Wyszehradzie jest pochowany Alfons Mucha, czeski grafik i malarz, rówieśnik Klimta. Mucha zmarł w lipcu 1939 roku, niedługo po tym jak do Pragi weszli Niemcy, co dla artysty było wstrząsem. Przeżył 79 lat. Przed śmiercią przesłuchiwało go gestapo.

Więcej szczęścia, jeśli można tak to ująć, miał od Muchy pisarz Karel Čapek, również pochowany na Wyszehradzie. Autor „Inwazji jaszczurów” zmarł 25 grudnia 1938 roku (miał 48 lat), zanim do jego drzwi zastukali gestapowcy.   

niedziela, 28 października 2012

Zdjęcia z 16. Targów Książki w Krakowie


Rozpisywał się nie będę, wrzucam tylko trochę zdjęć z 16. Targów Książki w Krakowie.

Reportażysta Jacek Hugo-Bader

Dorota Masłowska
Michał Rusinek podpisywał książki dla dzieci
Pani Danuta Wałęsowa od ponad roku występuje w zupełnie nowej dla siebie roli
Andrzej Mleczko podpisywał książki razem z żoną Ewą
To nie jest żaden z autorów, ale chętnie robiono sobie z tym panem zdjęcia
Janusz L. Wiśniewski
A to ja razem z pisarką Sylwią Zientek (to zdjęcie jest z konta FB wydawnictwa Prozami)