czwartek, 28 kwietnia 2011

Gdyby ktoś pytał

Gdyby ktoś pytał, to jestem.
Dużo pracy, tej zawodowej i tak zwanej twórczej też. Z książką ciągle do przodu, piszę codziennie, choć pewnie nadejdzie dzień przerwy.
Tomik czeka na sponsora.
Ja czekam na wiadomości o audiobookach. Pierwsza w książkę audio zamieni się chyba „Kuracja”.
Ciepło.
Założyłem koszulkę z napisami Franz Kafka i Prague.
Korki w mieście.
Na płycie nowe TV on The Radio.
Przybywa książek do czytania.
Wiersze, jak koty, schowały się. Wyjdą, gdy poczują głód.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Z tęsknoty za Pragą

Myślę, że z tęsknoty za Pragą, ale także za Włochami i Wiedniem zacząłem pisać swoją powieść. Jednak za Pragą tęsknię najbardziej. Z tej tęsknoty poświęciłem jej jeden ze swoich wierszy. Nie wiem, czy jest dobry, ale go lubię, ponieważ jest o Pradze. A ponieważ na razie nie mogę do niej jechać, przenoszę się tam pisząc książkę. I uwierzcie, przynajmniej trochę pomaga.

I jeszcze przypomniałem sobie o teledysku INXS z tą cudowną piosenką:


piątek, 22 kwietnia 2011

Policzenie wielkanocne

Nie umywaj rąk przedwcześnie
swych uczynków nie odmienisz
Twoje grzechy policzone
jak ramiona od szubienic

I zliczone są dni twoje
które przeszły i nadejdą
więc czy własną śmierć przeżyjesz
chcesz od Niego mieć tę pewność

Wierzyć nie jest prostą rzeczą
jeśli wątpisz nawet w siebie
On nie wątpił i zwyciężył
a co z tobą będzie nie wiesz 

Z tomiku Niebieski motyl i inne wiersze

środa, 20 kwietnia 2011

Frýdek-Místek, fragment książki

Ludzie, ludzie, co wy tutaj robicie?, zapytałem swoich rodaków, licząc, że zaraz się przebudzę. Odezwał się niski mężczyzna trzymający portret Papieża, do Rzymu idziemy z pielgrzymką, nie widzi pan?, dla niego było to oczywiste. Na beatyfikację. Pomyślałem, że jak na jeden dzień, to za dużo dla mnie doznań patriotyczno-religijnych. Nie przebudziłem się jednak, nadal znajdowałem się na bardzo realnym parkingu za Frýdkiem-Místkiem. Do Rzymu, na piechotę? Nie mogłem uwierzyć. Przecież nie zdążycie, to dalej niż do Częstochowy, ze dwa miesiące będziecie szli albo dłużej, żebyście przynajmniej na rowerach jechali, ale na piechotę? W ich spojrzeniach zauważyłem niechęć, nie spodobało im się pewnie, że wyraziłem swoją wątpliwość. Bóg nas prowadzi i daje siłę, żeby iść, powiedziała kobieta w żółtym skafandrze. Chyba zgłodniała, bo rozwijała papier śniadaniowy, w którym trzymała kanapkę. Ja również byłem głodny i mój wzrok na pewno ten głód wyrażał, lecz ona najwyraźniej nie zamierzała się ze mną dzielić, sprawdziła tylko, co ma między kromkami, wyglądało, że salceson, więc w sumie dobrze, że mnie nie poczęstowała. Pan zna tych policjantów?, zapytał niski mężczyzna. To bezbożnicy jacyś, zatrzymali nas, że zakłócamy ruch uliczny, że idziemy z portretem Papieża i naszą flagą, a jak niby mamy pielgrzymować? Jak pan jesteś Polakiem, niech im pan powie, żeby nas puścili, my im wiarę i prawdę niesiemy. Wiarę i prawdę, powtórzyła jak echo kobieta w żółtym skafandrze.
Policjant, z którym przyszedłem, odwołał mnie na bok. Oni nas wcale nie słuchają, z trudem udało nam się ich zepchnąć na ten parking, mówiąc to miał zafrasowaną minę. Nie mogą iść ulicą, to niebezpieczne, policjant ściszył głos, a my nie chcemy międzynarodowego skandalu. Niech pan ich przekona, mogą jechać do tego Rzymu pociągiem albo autobusem. I po co im te transparenty?
Zrozumiałem, że wbrew mej woli stałem się negocjatorem, nie była to rola, o której marzyłem, dotychczas nie zauważyłem u siebie umiejętności negocjacyjnych. Miałem ochotę powiedzieć im wszystkim, żeby pocałowali mnie w dupę, ja chcę jechać do Pragi, ale najpierw chcę coś zjeść, choćby salceson z kanapki należącej do kobiety w żółtym skafandrze. Tylko że po kanapce nie było już śladu, nawet okruszek się nie ostał. Proszę państwa, zacząłem oficjalną przemowę, tak nie można, jesteśmy na terenie Republiki Czeskiej, a nie w Polsce, musimy stosować się do tutejszego prawa. Tak, w Polsce moglibyśmy dyskutować z policjantami i mówić, że nie mają racji, bo to my ją mamy, ale nie jesteśmy u siebie i nie są to nasi policjanci, tylko czescy, więc powinniśmy ich posłuchać, jak Bóg przykazał, specjalnie użyłem takiego właśnie porównania. Powinniśmy ich posłuchać i zwinąć transparenty, oni chcą dobrze, są różne środki transportu, a jak wiemy, wszystkie drogie prowadzą do Rzymu, więc państwo też dotrą, nawet przed czasem, żeby zająć dobre miejsca na placu Świętego Piotra. Nie przekonałem ich. Co z pana za Polak!, wrzasnął ten, który wyglądał na przywódcę grupy, czyją stronę pan trzyma, ich czy naszą, przecież pielgrzymuje się na piechotę, a nie samochodem. Transparentów nie schowamy, nie ma mowy, one świadczą o nas. A w ogóle to dlaczego pan mówi, jakby był jednym z nas, skoro nie jest, trzyma pan z tamtymi, włączyła się kobieta w żółtym skafandrze. Przypominała zasuszoną pracownicę poczty. Oni, Czesi, to nasi bracia, ale żyją bez Boga, my im pokażemy, że można inaczej. I nagle wszyscy, tak jak stali, kucali i siedzieli, nagle wszyscy w jednym momencie klęknęli na oba kolana i zaczęli chóralnie śpiewać pieśń, której nie znałem, lecz która bez wątpienia była pieśnią nabożną.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Moje zasady pisania

W przypadku poezji trudno o planowanie czy pisarskie zasady. Wiersz przychodzi, układam go w głowie, przelewam na papier czy komputer, trochę poprawiam i już.

Za to w przypadku prozy trzymam się pewnych zasad. Oto niektóre:
1. Trzeba znać początek i koniec książki, reszta przyjdzie sama (to z Borgesa).
2. Trzeba wiedzieć, co się będzie pisało następnego dnia (to z Hemingwaya).
3. Ważne jest określenie dziennego minimum tego, co się pisze. Może to być 500, 1000 czy 3000 znaków. Dobrze narzucić sobie minimum, które jest się w stanie wypełnić. A jeśli jednego dnia przekroczy się minimum, nie znaczy to, że następnego można napisać mniej.
4. Należy pisać codziennie.
5. Należy myśleć o książce nie tylko w trakcie pisania.
6. A jeśli przychodzi dzień, kiedy akurat brakuje weny, trzeba czytać to, co się już napisało. Zawsze się znajdzie coś do poprawienia.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Nowy fragment książki

Czym się zajmujesz w tej Polsce?, zapytała niespodziewanie Lenka, sięgając po papierosa. Miała smukłe palce. Jestem pisarzem, odparłem, bo nie chciałem się przyznawać, że jestem pieprzonym marketingowcem i opowiadać o pracy w agencji PR. W sumie nie skłamałem, lecz chyba mi nie do końca uwierzyła. Piszesz książki? Przytaknąłem skinieniem głowy. A o czym?, dociekała. Takie tam, trochę o miłości, piciu wódki i historiach kryminalnych. Kryminały ją zaciekawiły i poprosiła, żebym o nich opowiedział. Powiedziałem jej więc o komisarzu Feliksie Kozłowskim, który w „Śmierci o zmierzchu” tropił seryjnego mordercę zabijającego swoje ofiary w zemście za krzywdy doznane w dzieciństwie. Lubiłem tego Kozłowskiego, przypominał trochę mnie, ale skoro sam go wymyśliłem i uczyniłem głównym bohaterem, traktowałem go jak brata, którego nigdy nie miałem. Był samotnikiem, nie układało mu się z kobietami, najbardziej odpowiadało mu towarzystwo książek i też jadł w nocy czekoladę. Miał słabość do ukraińskiej prostytutki i była to jedna z niewielu rzeczy, która mnie od niego odróżniała. Ja nie miałem okazji z prostytutką, a już tym bardziej nie zdarzyło mi się w niej zakochać. Na szczęście Lenki nie zainteresowało, czy jestem znanym autorem, ponieważ wtedy musiałbym udzielić odpowiedzi wymijającej lub nazwać się pisarzem niszowym. Rzadko czytam kryminały, powiedziała, wolę książki ezoteryczne, co mnie trochę zdziwiło, gdyż nie wyglądała na osobę nawiedzoną, która wierzy w różdżki, wahadełka, bioprądy i kontaktuje się z duchami. Prędzej bym pomyślał, że jest racjonalną ekonomistką. My, Czesi, jesteśmy ezoteryczni, tak to właśnie ujęła, a przynajmniej tak to zrozumiałem, „jesteśmy ezoteryczni”, nie wierzymy w Boga, ale w horoskopy i optymistyczne prognozy pogody. Jeśli się sprawdzają, czujemy się prawie szczęśliwi, zaśmiała się odsłaniając równe zęby. No to macie dobrze, zauważyłem. Wyciągnęła z torby książkę z dziwnymi diagramami na okładce i poprosiła, żebym podał datę swoich urodzin. Według chińskiego horoskopu jesteś Kotem, a ja jestem Szczurem i nie pasujemy do siebie, orzekła po chwili, ale może się nie pogryziemy? Mogłem być chińskim kotem, psem, wilkiem czy inną zwierzyną, w sumie było mi to obojętne. Wtedy pomyślałem o tobie, Mat, spod jakiego jesteś znaku, ty, która mnie zostawiłaś? Pewnie, że się nie pogryziemy, zgodziłem się z Lenką, nie wyglądasz mi na złą szczurzycę, a poza tym jutro mnie tutaj już nie będzie. Nie zdążymy się pogryźć.
Lenka Dohnalová została moją Beatrycze po Pradze.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Panie Śmierć

Panie Śmierć ja pana tu nie zapraszałem
ale skoro pan przyszedł niech pan zostanie
posiedzimy razem pomilczymy
przed podróżą

O nic więcej nie proszę
pan dobrze wie panie Śmierć
ten popiół ten dym to tylko papieros
a potem ja

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Demon

Pozwól mi zasnąć mój słodki demonie
którego oczy są nazbyt zielone
Gdy jesteś blisko w ogniu twego serca
kruszeje dotyk lżejszy od powietrza

To twoje ręce jak jaszczurki zwinne
srebrne łabędzie zmieniają w wiklinę
więc i mnie przemień w gałąź albo kamień
bym już nie kochał jak dotąd kochałem

Z tomiku Piosenka powieszonego amanta, 1993 

piątek, 8 kwietnia 2011

Ostatni marsz

Nowy fragment z tego, co się pisze. Wbrew temu, co może sugerować poniższy tekst, nie chcę, by całość miała wydźwięk polityczny.

W Krakowie trafiłem na korek, samochody wlokły się niemiłosiernie i nie sposób było odgadnąć, czy z powodu remontu drogi, czy wypadku, chociaż powód spowolnienia ruchu nie miał większego znaczenia. W oczy kierowców rzucał się duży napis na ścianie czteropiętrowego bloku: „WISŁA KURWA”. Parę ulic dalej na jednej z kamienic inna kibicowska ręka wypisała czerwonym sprayem „CRACOVIA TY KURWO”. Wypogodziło się, termometr w samochodzie wskazywał piętnaście stopni, po długiej zimie nareszcie przyszła wiosna. Jeszcze przed zjazdem na autostradę zatrzymałem się na stacji benzynowej, miałem nadzieję, że korek się wkrótce rozładuje. Zatankowałem do pełna. Oparty o peugeota popijałem kawę z tekturowego kubka, gdy zobaczyłem, że wzdłuż ulicy zaczynają się zbierać ludzie i z każdą sekundą jest ich więcej. Wyglądało to, jakby czekali na przejazd ważnej osoby, być może kardynała, albo kolarskiego peletonu. Najpierw jednak przejechały dwa radiowozy z migającymi na niebiesko kogutami, po nich karetka i policjanci na motocyklach. Zaciekawiony podszedłem bliżej, lecz o dobre miejsce było już trudno, musiałem się przepychać, żeby lepiej widzieć, ale niczego nie zobaczyłem, poza ludźmi czekającymi po przeciwnej stronie diabli wiedzą na kogo. Idą, idą, nagle przez tłum przebiegł szmer, w którym wyczuwało się napięcie. Kto idzie? zapytałem starszą kobietę stojącą po mojej lewej ręce. Spojrzała na mnie z wyrzutem, że tego nie wiem. Wojsko idzie, nasze polskie wojsko, powiedziała z przejęciem, lecz również ze smutkiem i dodała, na śmierć chłopcy idą, na śmierć. Jej oczy się zaszkliły. Niczego nie zrozumiałem, na śmierć? teraz i tutaj? w Krakowie? To ich ostatnia droga, oni zginą w Katyniu, rocznica jest przecież, wyjaśniła starsza kobieta, dając mi do zrozumienia, żebym się wreszcie zamknął, gdyż chwila jest podniosła.
Tłum się uciszył, wszyscy wpatrywali się w mężczyzn w długich zielonych płaszczach i w rogatywkach, w każdym szeregu szło ich po czterech, a szeregów było kilkanaście. Kolumnę po bokach pilnowali młodzi strażnicy, speszeni, że akurat taka rola im przypadła, możliwe, że wcześniej losowali, kto kim będzie, a po tych od razu widać było, że to Ruscy, byli uzbrojeni i mieli dziwne spiczaste czapki z czerwoną gwiazdą pośrodku. Nie wzbudzali sympatii u obserwujących przemarsz, niektórzy syczeli do nich, że są mordercami, bolszewikami, stalinowcami i najgorszą swołoczą, a to peszyło ich jeszcze bardziej. Za to na twarzach naszych żołnierzy malowały się skupienie i powaga, duma się malowała, tak samo jak na obliczach widzów. Ktoś zaintonował polski hymn, reszta podchwyciła, w górę poszły biało-czerwone chorągiewki, w dłoniach stojących pojawiły się małe krzyże i zapalone znicze. Jeszcze Polska nie zginęła, śpiewali ludzie, póki my żyjemy, jakiś kilkuletni chłopczyk zaczął płakać, matka próbowała go uspokoić, ale nikt na nich nie zwracał uwagi, żołnierze szli może jeszcze ze sto metrów, aż doszli do skrzyżowania ze światłami i tam się zatrzymali, bo to zdaje się był ich Katyń. Ruscy strażnicy zapalili po papierosie, z ulgą, że mają marsz za sobą i nikt już na nich nie pluje i im nie złorzeczy, jeden z naszych wyciągnął z raportówki butelkę coca-coli, inni sięgnęli po kanapki. Proszę państwa, proszę się nie rozchodzić!, rozległ się mocny głos z megafonu, za chwilę przejdą partyzanci z AK, a po nich powstańcy styczniowi i rycerze spod Grunwaldu w zbrojach i kolczugach, prosimy o pozostanie na miejscu do końca uroczystości. A potem wszyscy udamy się na Wawel złożyć wieńce! Pomyślałem, że pora na mnie. Chromolić korki, trzeba uciekać przed rycerzami.

środa, 6 kwietnia 2011

„Biały Kafka” i „Kuracja” audiobookami. Mam nadzieję

O dobre Nieba, dużo wskazuje, że moje dwie książki, powieść „Biały Kafka” i zbiór opowiadań „Kuracja”, ukażą się w wersji audio, czyli jako audiobooki czytane przez lektora. Podpisałem umowę na ich wydanie w takiej właśnie formie z wytwórnią Pink Crow (szefuje jej Hirek Wrona).
Cieszę się, tym bardziej że „Biały Kafka”, powieść o alkoholizmie i miłości, w wersji papierowej jest już niedostępny, sam mam tylko jeden egzemplarz. Cieszył się będę na sto procent, gdy wszystko się urzeczywistni i będę miał płyty w ręce. Teraz pozostaje mi cierpliwie czekać i mam nadzieję, że nie będzie to Beckettowskie czekanie.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Najlepsze wiersze świata, do których wracam

Być może tytuł tego wpisu powinien brzmieć „Wiersze, które najbardziej lubię”, ale przecież wiersze, które najbardziej lubię i do których wracam jak do ulubionych piosenek, są dla mnie najlepszymi wierszami świata. Jak zauważycie, cenię sobie polską poezję. Utwory w kolejności alfabetycznej:

„1 września” Josip Brodski
„Bufflo Bill...” e.e. cummings
„Debiut” Josip Brodski
„Droga nie wybrana” Robert Frost
„Fuga śmierci” Paul Celan
„Herbatka” Josip Brodski
„Jak dobrze” Tadeusz Różewicz
„Jechała moja miłość a cała w zieleni” e.e. cummings
„Jedna myśl mnie trapi wroga” Petőfi Sándor
„Kartka z dziejów ludzkości” Julian Tuwim
„Nienawiść” Wisława Szymborska
„Noszę twe serce z sobą” e.e.cummings
„Padlina” Charles Baudelaire
„Pan od przyrody” Zbigniew Herbert
„Pewność” Ewa Lipska
„Przesłanie Pana Cogito” Zbigniew Herbert
„Przyjdzie śmierć i będzie miała twoje oczy” Cesare Pavese
„Rękawiczka” Fryderyk Schiller
„Serwus, Madonna” Konstanty Ildefons Gałczyński
„Sonet XXVII” William Shakespeare
„Statek pijany” Arthur Rimbaud
„Szkic do erotyku współczesnego” Tadeusz Różewicz
„Tren Fortynbrasa” Zbigniew Herbert
„Żegnaj, przyjacielu, do widzenia...” Sergiusz Jesienin

piątek, 1 kwietnia 2011

Praga, Wiedeń, Padwa

Pisze się. Małymi krokami, ale do przodu. Roboczy tytuł „Praga, Wiedeń, Padwa”. Kolejny fragment książki:

   Wyruszyłem rano trasą na Kraków. Laptop został na stole w pokoju. Wziąłem to, co było pod ręką, pamiętając przede wszystkim o papierosach i lekach. Kiedy jest się grubo po czterdziestce i dotychczas nie rzuciło palenia, dłuższa wyprawa bez odpowiedniego zapasu papierosów to ryzyko zawału. Podobnie jest z lekarstwami, najlepiej mieć przy sobie całą aptekę na wszelkie możliwe do przewidzenia dolegliwości. Zabrałem środki przeciwbólowe na zęby i głowę, przeciwbólowe, rozluźniające i przeciwzapalne na dyskopatię, lek na prostatę, do tego aspirynę na przeziębienie, krople żołądkowe, węgiel i maść na hemoroidy. Większość z tego ty kupiłaś, a gdybyśmy jechali razem, leków byłoby więcej, wszystkiego byłoby więcej, a najwięcej jedzenia, żebyśmy, broń Boże, nie odczuli głodu w trakcie podróży. Czasami troszczyłaś się o mnie jak o małe dziecko. Gdy wypadał mi dysk i nie mogłem się ruszać, zostawałaś u mnie na noc, pomagałaś dojść do łazienki, delikatnie smarowałaś moje lędźwie ketonalem albo voltarenem, byłaś moją siostrą miłosierdzia. A gdy pod pachą urósł mi wrzód wielkości dorodnej śliwki, dwa razy dziennie zmieniałaś mi opatrunki, przemywałaś rivanolem i nie brzydziłaś się, gdy pękł i wyglądał wyjątkowo paskudnie. Żadna kobieta wcześniej nie okazała mi tyle troskliwości, co ty. Niech to jasny szlag trafi.
   Mój jedyny prawdziwy przyjaciel nie żył od siedmiu lat, zmarł na raka, a uściślając, został poddany eutanazji. Zawiozłem go do lekarza, który zadecydował, że najlepiej skrócić mu męki. Axel był labradorem i gdy weterynarz robił mu ostatni zastrzyk, patrzył na mnie z ufnością swymi czarnymi ślepiami. Głaskałem go po łbie i płakałem. Kiedy zasnął, weterynarz, starszy już człowiek, powiedział, że zajmie się wszystkim. Dla niego było to normalne, ale przez chwilę poczułem do niego wdzięczność. Zapłaciłem za wizytę, bo wszystko ma swoją cenę, psia śmierć z kremacją także, i wyszedłem. Wiedziałem, że nigdy więcej nie wezmę sobie psa. Do ludzi tym bardziej mnie nie ciągnęło, wybrałem całkowitą bezdomność egzystencjalną. Do czasu aż spotkałem ciebie.
   Jadąc od Bielska drogą ekspresową, której jeszcze nie zdążyły zniszczyć tiry, po prawej stronie minąłem polski Cieszyn. Pomyślałem z żalem, że daleko stąd zostawiam ciebie, kochanie, chociaż pewnie nie byłaś już moim kochaniem. Z ulgą zaś pomyślałem, że ja, wierzący ateista, zostawiam za sobą krzyże smoleńskie, katyńskie, oświęcimskie, krzyże z wieży kościołów, krzyże przydrożne, krzyże ze szkół, urzędów i sprzed pałacu prezydenckiego. I że zostawiam za sobą manifestacje, pochody, wiece, uroczystości i nabożeństwa prawdziwie patriotyczne. Prawdziwą polskość i prawdziwy katolicyzm. Jedynie słuszne racje i argumenty nie do podważenia. Co prawda tylko na tydzień, ale dobre i to.