niedziela, 26 marca 2017

Konklawe, czyli thriller


Czy możliwy jest thriller, w którym nie dochodzi do morderstwa i nikt nie dybie na cudze życie, a mimo to czytelnik trzymany jest w napięciu do ostatniej strony? Tak, pod warunkiem, że jego autorem jest Robert Harris, znany m.in. z „Autora widmo”, „Oficera i szpiega” oraz „Trylogii rzymskiej”.  Jest jeszcze jeden warunek: powieść musi dotyczyć niezwykłego i tajemniczego wydarzenia, a takim z pewnością jest konklawe.   

„Konklawe” Harrisa rozpoczyna się z chwilą śmierci papieża, którego imię w powieści nie pada, ale nietrudno doszukać się podobieństwa z papieżem Franciszkiem – Kuria go nie cierpiała, ponieważ preferował ubóstwo i prostotę. Do Rzymu przybywają kardynałowie z całego świata, żeby wybrać nowego Ojca Świętego. Wśród nich jest  nikomu nieznany Benitez z Filipin, którego papież potajemnie uczynił kardynałem niedługo przed swą śmiercią. Filipińczyk zostaje dopuszczony do głosowania, a taką decyzję podejmuje włoski kardynał Lomeli, kierujący obradami. To on jest głównym bohaterem powieści.   

Dzięki Harrisowi czytelnik ma wrażenie, że jest bezpośrednim świadkiem wydarzeń rozgrywających się w Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie odbywa się konklawe, oraz w Domu Świętej Marty, gdzie nocują kardynałowie. Pasjonujące jest śledzenie wyników kolejnych głosowań, a także intryg – kardynałowie nie są świętymi, tylko zwykłymi ludźmi, mającymi swoje słabości i namiętności.  I chociaż wcześniej można się domyśleć, kto zostanie powieściowym papieżem, to już na sam koniec Harris serwuje nam niespodziankę, której nie sposób było przewidzieć. Pełne zaskoczenie. „Konklawe” to także gotowy materiał na scenariusz filmowy, ale to akurat nie jest zaskoczeniem.


Robert Harris, „Konklawe”. Tłumaczenie Andrzej Szulc, Wydawnictwo Albatros 2017, s. 336. 

sobota, 18 marca 2017

„Zaucha. Welcome To The. PRL” – kiepska fantasmagoria

Scena ze spektaklu (Fot. Teatr im. Żeromskiego)

Nic już nie przywróci życia Andrzejowi Zausze. A już na pewno nie spektakl „Zaucha. Welcome To The. PRL” w Teatrze im. Żeromskiego. Choć może się mylę. Ten spektakl jest tak kiepski, że jedynym antidotum na niego wydaje się posłuchanie piosenek Zauchy w oryginale.

Nie wiem, co złego uczynił  Zaucha realizatorom widowiska, ale nie zasłużył sobie na podobne potraktowanie. Znajomi – w przerwie i po – pytali mnie, o czym jest spektakl, więc odpowiadałem im, adekwatnie do tego, zobaczyłem, że ni ch.ja, nie wiem. Wtedy słyszałem, a to dobrze, bo myśleliśmy, że tylko my jesteśmy tacy niekumaci.  Ja z kolei myślałem sobie: dobrze, że nie tylko ja jestem taki niekumaty. Pytanie, o czym jest przedstawienie, trzeba by zadać realizatorom, bez pewności, że udzielą sensownego wyjaśnienia. 

Według zapowiedzi, jest to alternatywna historia Polski, opowiedziana po tym, jak wokalista Andrzej Zaucha nie zginął w 1991 r. od kuli wystrzelonej przez zazdrosnego męża. Na czym opowieść polega? Na przytaczaniu dat jak w kalendarium, wydumanych tekstach i marnej fantasmagorii. Nazwisko Andrzeja Zauchy pada ze sceny kilkaset razy, choć prawdę mówiąc nie wiadomo po jasną cholerę.

Niestety, śpiewogra (uwaga: to ironia) nie broni się nawet piosenkami i ich wykonaniem (wyjątek „Don’t Stop Me Now” Queenu śpiewany przez Grzegorza Margasa i „C'est la vie” zanucony przez Krzysztofa Grabowskiego), co zauważyło nawet moje niewprawne ucho. Odtworzenie fragmentów utworów w wykonaniu samego Zauchy okazało się błędem. Odsłoniło bowiem przepaść, jaka dzieli aktorów od znakomitego wokalisty. 


Mam nadzieję, że przedstawienie jest tylko wypadkiem przy pracy w kieleckim teatrze. I że następnym razem obejdzie się też bez telebimowych wstawek, które świadczą o realizatorskiej bezradności. Amen.

„Zaucha. Welcome To The. PRL”. Dramaturgia: Szymon Bogacz, Zuzanna Bućko, reżyseria: Adam Biernacki . Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Premiera 18 marca 2017 r.