niedziela, 31 października 2010

„Instytut” Jakuba Żulczyka

Nowa powieść Jakuba Żulczyka „Instytut” to współczesny thriller z pogranicza horroru. Przerażający, makabryczny i, o zgrozo, doskonale napisany.

Nie gustuję w horrorach, a w thrillerach umiarkowanie, więc do „Instytutu” zabrałem się bez zapału, mając nadzieję odłożyć książkę po kilkunastu stronach. Nic z tego. Czytałem dalej i dalej, mimo że atmosfera z każdą chwilą gęstniała i świat przedstawiony Żulczyka stawał się coraz bardziej straszny.

W starej kamienicy w centrum Krakowa, na ostatnim piętrze mieszka pięć osób. Najstarszą z nich jest 35-letnia Agnieszka, właścicielka dużego mieszkania odziedziczonego po babci. Mieszkanie nazywa się Instytut, taka nazwa widnieje na domofonie i nikt nie wie dlaczego. Agnieszka, prawie rozwódka, przeprowadziła się z Warszawy, żeby uciec od męża i jego rodziny. Marzy jeszcze, by ściągnąć do Krakowa 12-letnią córkę, którą chce jej odebrać rodzina męża. Na razie Agnieszka wynajmuje duże mieszkanie jeszcze czterem osobom, samotnym tak jak ona.

Pewnego piątka lokatorów plus dwójka znajomych zostaje uwięziona w Instytucie. Winda nie działa, a krata oddzielająca od schodów została przez kogoś zamknięta. Z telefonów zniknęły karty, Internet został odcięty, przechodnie nie reagują na wołanie na pomoc. Uwięzieni znajdą na wycieraczce kartkę z napisem „Mieszkanie jest nasze”. Mijają długie godziny, a jeśli coś się zmienia, to na gorsze: w mieszkaniu gaśnie światło, kończy się jedzenie… A wkrótce poleje się krew…

W „Instytucie” nie pojawiają się duchy i upiory, są za to ONI, bo zawsze są jacyś ONI, chociaż ich nie widać. Thriller Jakuba Żulczyka utrzymany jest w jak najbardziej współczesnych realiach, a przez to przerażające wydarzenia wydają się jeszcze bardziej prawdopodobne. No i ten żywy, soczysty i cierpki jak dojrzały grejpfrut język… Żulczyk, dla którego jest to trzecia książka, wyrasta na polskiego mistrza powieści strachu.

(napisałem tę recenzję dla Salonu Kulturalnego)

piątek, 29 października 2010

Co ważne jest dla ciebie

Powiedz co ważne jest dla ciebie
czy nasza miłość przetrwa zimę
jaka pogoda będzie jutro
czy mnie zostawisz przed północą
kogo zabili a kto winien
dokąd pójdziemy po obiedzie
czyje to dziecko na śmietniku
jakie rachunki dzisiaj w skrzynce
czego zabrakło w sklepie obok
skąd tylu ludzi chociaż pada
komu zdradzimy nasze myśli
gdzie zamieszkamy innym razem
ile kosztuje odpuszczenie
kto nas zastąpi już po wszystkim
kto nas zastąpi już po wszystkim
kto nas zastąpi już po wszystkim

czwartek, 28 października 2010

Siostra miłosierdzia

Ma twarz dziewczynki
i ciało kobiety
Dla wszystkich jej mężczyzn
to i tak lepiej
niż gdyby było odwrotnie

albo gdyby myślała
o własnym zbawieniu

poniedziałek, 25 października 2010

Pożegnanie Krzysztofa Parszowskiego

Dzisiaj pożegnaliśmy Krzysztofa Parszowskiego, dziennikarza sportowego, który przegrał wieloletnią walkę z rakiem. Miał 47 lat, był moim rówieśnikiem.

Z Krzyśkiem, który nosił ksywę Parszu, pracowaliśmy w redakcji „Słowa Ludu, mało tego – chyba przez dwa lata siedzieliśmy w jednym pokoju, który de facto był suteryną. Ale był to najlepszy pokój w całej redakcji, na samym końcu, do którego prowadziły schody w szklanym łączniku, więc szefostwo rzadko tu zaglądało, a nam to bardzo odpowiadało – tym piszącym o sporcie, i tym piszącym o kulturze. W tym pokoju chętnie graliśmy w darta, Krzysiek był w nim bezkonkurencyjny, nie tylko zresztą wśród dziennikarzy. Dziesięć lat temu, zanim choroba zaatakowała go po raz pierwszy, brał nawet udział w mistrzostwach Polski w darcie w Katowicach i na chyba pięciuset zawodników zajął miejsce w pierwszej czterdzieste, co jak na amatora uprawiającego ten sport sporadycznie, było znakomitym wynikiem.

Krzysiek był świetnym kumplem i szalenie dowcipnym człowiekiem, potrafił nam wszystkim poprawić humor. Trudno go było nie lubić. Kilka razy uczestniczyliśmy wspólnie w sytuacjach, które być może nie były poetyckimi, ale miały w sobie element baśniowy rozjaśniający szarą rzeczywistość – że zacytuję klasyka.

I jeśli dzisiaj z taką chęcią oglądam przeróżne zawody sportowe, od piłki nożnej, ręcznej, siatkówki po lekką atletykę, boks i żużel, to myślę, że również dzięki temu, że pracowałem w jednym pokoju z dziennikarzami sportowymi, wśród których był Krzysiek Parszowski.

sobota, 23 października 2010

Piszę ten wiersz do Ciebie

Piszę ten wiersz do Ciebie w przerwie
to tylko chwila
na złapanie oddechu i łyk wody
i zaraz muszę wracać

Piszę ten wiersz do Ciebie w przerwie
między snami
Ostatnim razem gdy Cię widziałem
niebo też miało kolor kamienia

Piszę ten wiersz do Ciebie w przerwie
między śmiercią a snem
Już stoją nade mną i ponaglają
więc muszę wrócić

Piszę do Ciebie teraz
bo później
mogę nie mieć okazji

środa, 20 października 2010

Wieczorne okruchy... takie tam

Seriale
Życiowe dramaty
z przewagą waty.

Czas
Czas leczy rany,
zanim skonamy.

Dziewczyny
Dziewczyna po liceum
układa gumoleum.
***
Dziewczyna po maturze
tańczy na rurze.
***
Dziewczyna z licencjatem
ćwiczy strzelanie batem.
***
Dziewczyna po studiach,
a bezdenna jak studnia.

Żeby nie było, że jestem męskim szowinistą, o chłopakach też napiszę.

sobota, 16 października 2010

Z lektur czechofila: „Zrób sobie raj”

Z wydawnictwa Czarne otrzymałem przedpremierowy egzemplarz książki Mariusza Szczygła „Zrób sobie raj”. Nie mogę się oderwać od lektury. To kolejna publikacja, po słynnym „Gottlandzie”, w której Szczygieł przybliża nam braci Czechów. O książce – gdy skończę ją czytać, co nastąpi niebawem – jak zwykle więcej napiszę w Salonie Kulturalnym. I wiem już, że będzie mi żal, gdy przeczytam ostatnie zdanie. Podobnie było przy „Gottlandzie”.

Mariusz Szczygieł w „Zrób sobie raj” sporo miejsca poświęcił religii, a raczej ateizmowi współczesnych Czechów. Tutaj pozwolę sobie zauważyć, że Czesi w swej niewierze są dużo bardziej uczciwsi i szczerzy od wielu osób podających się za wierzących. Oczywiście, głęboko wierzących.

A dla wszystkich czechofilów ważna informacja: premiera „Zrób sobie raj” 20 października 2010.

wtorek, 12 października 2010

Książki na kartki i tańsze od wódki

Pół litra czystej wódki kosztuje, w zależności od gatunku, 20-30 zł. A mniej wytrawni smakosze z pewnością potrafią znaleźć flaszkę w jeszcze niższej cenie.

Nową książkę w Polsce trudno kupić za mniej niż 30 zł. Zwykle jest to koszt 30-40 zł.

Za komuny obowiązywała reglamentacja. Mięso, cukier, papierosy, wyroby czekoladopodobne można było kupić tylko na kartki. Wódkę też. Praktycznie się nie zdarzało, by ktoś nie zrealizował w ciągu miesiąca przydziałowych kartek. Towar był niby podstawowy, ale zarazem luksusowy. Trzeba go było wykupić, żeby się kartki nie zmarnowały.

A gdyby teraz wprowadzić kartki na książki? Może reglamentacja poprawiłaby w Polsce czytelnictwo książek, w każdym razie zwiększyła popyt na nie? No bo przecież szkoda by było, żeby się przydział zmarnował...

To rzecz jasna mrzonki. Zmierzam do innej konkluzji. Żeby uznać Polskę za kraj normalny, powinno zostać spełnionych ileś tam warunków. Wśród nich ten: książki muszą być tańsze od wódki.

sobota, 9 października 2010

Czytając Bernharda

Austriacki pisarz Thomas Bernhard zawsze jeździł po Austriakach równo, bez skrupułów wytykając im obłudę, zakłamanie, antysemityzm i to, że nigdy nie rozliczyli się z nazizmem.

Dzisiejszej nocy skończyłem „Moje nagrody” (Czytelnik), wydane dwadzieścia lat po śmierci Bernharda. Jak na tego pisarza, to książka dość żartobliwa, w której opowiada o nagrodach, które przyjmował i których nie przyjmował. Rzecz jasna, o swoich rodakach nie zapomniał – dokłada im aż iskry lecą.

A ja czytając Bernharda przypomniałem sobie drobne zdarzenie sprzed roku, gdy w zachwycie chodziłem po Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu. Piękna galeria, a obrazy tak wspaniałe, że dech zapiera i zazdrość ogarnia. Rubensy, Tycjany, Dürery, Caravaggie, Rembrandty, Velazquezy, Breugele, Rafaele, Holbeiny, długo by wymieniał. Nawet jednego Vermeera mają. I właśnie gdy przybliżałem twarz do „Alegorii malarstwa”, żeby dokładniej przyjrzeć się obrazowi mistrza, usłyszałem za plecami najpierw groźne Nicht!, a zaraz potem pewnie jakieś verboten!, ale i bez tego wiedziałem, że przybliżyłem się za blisko. Oczywiście zdaniem osoby, która krzyczała, było za blisko, bo według mnie odległość była całkowicie bezpieczna, zresztą ani ręką, ani nosem nie zamierzałem niczego dotykać.

Odwróciłem się i zobaczyłem kobietę w średnim wieku, chudą i żylastą, o zaciętej twarzy, była to pracownica galerii, pilnująca, żeby zwiedzający nie dotknęli, nie zniszczyli i nie ukradli żadnego dzieła sztuki. Spojrzenie tej pani było wrogie i nienawistne, ja to przynajmniej tak odebrałem, później, gdy już odszedłem od Vermeera, też nie spuszczała ze mnie wzroku. Dla niej byłem już podejrzanym. I pomyślałem wówczas, że siedemdziesiąt lat wcześniej ta kobieta miałaby większe pole do popisu i zapewne by z tego skorzystała. A odpowiedni mundur i pejcz bardzo by jej pasowały do roli strażniczki.

Lubię Wiedeń, lecz jeśli czasami odczuwam do Austriaków niechęć, to w dużej mierze za sprawą kilku innych, wybitnych Austriaków: Thomasa Bernharda, Petera Handkego, Elfriede Jelinek i Urlicha Seidla.


Jan Vermeer van Delft, „Alegoria malarstwa”. Ze zbiorów Kunsthistorisches Museum w Wiedniu
Fot. The Yorck Project

czwartek, 7 października 2010

Nobel należał się Vargasowi Llosie

Byłoby mi miło, gdyby literacką Nagrodę Nobla otrzymał w tym roku poeta (najlepiej Adam Zagajewski), ale nagroda dla Mario Vargasa Llosy też mnie ucieszyła i to bardzo. Może dlatego, że nikt nie zaprzeczy, iż Vargasowi Llosie Nobel się należał, a może też z czysto egoistycznych przesłanek, świadczących o mej próżności: znam książki Llosy (nie wszystkie, nie wszystkie), lubię jego prozę, a kilka tytułów posiadam w domowej bibliotece.
Znak w przyszłym tygodniu wznawia „Raj tuż za rogiem” i mam obiecany egzemplarz (dzięki, Tomaszu!). Już się cieszę.
Fot. Daniele Devoti

poniedziałek, 4 października 2010

Nigdy bardziej

Nigdy bardziej samotny niż dzisiaj
niż tu i teraz W dzień i w nocy
a przecież nic się nie zmieniło
miasto żyje spieszy się
i wcześnie zasypia przed telewizorem
tak samo jak wczoraj i przed tygodniem
więc nic się nie zmieniło liście tańczą na chodnikach
Nikt nie umarł Świat trwa
świat po staremu się nie skończył
a przecież wiesz że zmieniło się wszystko
ciszę też słychać wyraźniej

piątek, 1 października 2010

Szczęście Franza Kafki

Franz Kafka, który gdy pisał listy do swoich czeskich przełożonych, podpisywał się jako František Kafka, spoczywa na Nowym Cmentarzu Żydowskim w Pradze.
Kafka miał szczęście, że umarł przed wojną, podobnie jak jego rodzice, Julie i Hermann, razem z którymi jest pochowany. Mają własny grób. Przed macewą z ich nazwiskami można kłaść przyniesione z sobą kamyki.
Trzy siostry Kafki: Elli, Valli i Ottla przeżyły brata i rodziców, ale Holocaustu nie uniknęły. Ich grobem stały się krematoryjne piece.

Franz Kafka spoczywa w spokoju. Do jego grobu nie pielgrzymują tłumy. I nie ma się co dziwić. W końcu autor „Procesu” nie był ani Elvisem Presleyem, ani Jimem Morrisonem.