środa, 25 lipca 2012

Tyrmand – jedyny prawdziwy celebryta

Pisarz Leopold Tyrmand (1920-1985) był celebrytą w czasach, gdy jeszcze nie było telewizji i nie znano pojęcia „celebryta”. Celebryctwo Tyrmanda różniło się jednak od tego dzisiejszego, które polega głównie na bywaniu, ewentualnie pleceniu farmazonów i kuchennych zabawach przed kamerą. Nie, Tyrmand był inteligentny, elokwentny, znał języki, jako pierwszy propagował w Polsce jazz, no i przede wszystkim był autorem kryminalnej powieści o Warszawie „Zły”, po którą w połowie lat 50. ustawiały się długie kolejki.
Przypominam postać Tyrmanda po lekturze książki Mariusza Urbanka „Zły Tyrmand”. To rzecz nienowa (pierwsze wydanie 1992, drugie 2007), teraz wznowiona przez Iskry. Urbanek rozmawiał z ludźmi, którzy poznali Tyrmanda przed jego wyjazdem do Stanów Zjednoczonych w 1965 r. Nie jest to najlepsza książka Urbanka, daleko jej do „Broniewskiego” tegoż autora (broni się postacią głównego bohatera i nazwiskami rozmówców), lecz i tak przeczytałem ją z dużym zainteresowaniem.  
Z opowieści pisarzy, dziennikarzy, aktorów muzyków i innych artystów wyłania się portret człowieka niezwykle barwnego, ale i kontrowersyjnego, „playboya socjalizmu”, „bikiniarza”, miłośnika kolorowych skarpetek i eleganckich strojów, jazzmana, który nie potrafił grać na żadnym instrumencie, otoczonego zawsze wianuszkiem pięknych kobiet, mimo że nie miał wyglądu amanta. Większość rozmówców Urbanka wypowiada się o Tyrmandzie niezbyt pochlebnie, pewnie dlatego, że on dość złośliwie opisał ich w swoim „Dzienniku 1954”. Ale niemal wszyscy przyznają, że w siermiężnych latach 50. i 60. Tyrmand był zjawiskiem niezwykłym, zupełnie nie przystającym do tamtej rzeczywistości.     
Nie miałbym nic przeciwko dzisiejszym celebrytom, gdyby byli formatu Tyrmanda. To jednak przecież niemożliwe.  

czwartek, 19 lipca 2012

Tadeusz Cegielski, „Morderstwo w alei Róż”

Pisane przez profesorów książki kojarzą się zwykle z naukowymi rozprawami, interesującymi dla wąskiej grupy fachowców. Na szczęście są wyjątki i tym razem nie chodzi mi o Normana Davisa czy Leszka Kołakowskiego, ale o historyka Tadeusza Cegielskiego, specjalisty od wolnomularstwa, który napisał… smakowity kryminał „Morderstwo w alei Róż”. Co ciekawe, akcja książki rozgrywa się w czasach, w których kryminalna intryga jest rzadko (jeśli w ogóle) umieszczana przez współczesnych autorów. A mianowicie w roku 1954, gdy stalinizm w Polsce miał się całkiem dobrze.
Mamy więc rok 1954, Stalin dopiero co umarł, Polską rządzi Bierut, w Warszawie budowany jest Pałac Kultury, powstają tunele, którymi w przyszłości ma jeździć metro, czynione są pierwsze próby z transmisjami telewizyjnymi. Wspominam o tym, bo to wszystko ma znaczenie w kryminale Cegielskiego.  
W warszawskim mieszkaniu znalezione zostają zwłoki partyjnego sekretarza Bogusława Szczapy. Nie wiadomo, czy mężczyzna popełnił samobójstwo, czy został zamordowany. Sprawą bardzo interesuje się Urząd Bezpieczeństwa, ale główne śledztwo prowadzi kapitan Milicji Obywatelskiej Ryszard Wirski, przed wojną komisarz Policji Państwowej, a w czasie okupacji granatowy policjant pomagający ukrywającym się Żydom. Wirski, człowiek już niemłody, dwukrotny wdowiec, zachował styl i szyk z dawnych czasów. Zachował też zwykłą przyzwoitość, która nie ułatwia mu życia w nowej w epoce. 
Kryminał Cegielskiego przypadł mi do gustu z kilku powodów: przemyślnie skonstruowana fabuła (od ostatnich kilkudziesięciu stron trudno się oderwać, bo czytelnik gna do finału), świetnie, wręcz pieczołowicie oddane realia pierwszej połowy lat 50. oraz niejednoznaczność bohaterów. Ci, o których mamy wyrobione zdanie, okazują się zupełnie innymi ludźmi.  A zaskoczenie w kryminalnej powieści, wiadomo, to rzecz podstawowa.
Miłośnikom dobrych kryminałów zdecydowanie polecam „Morderstwo w alei Róż”. I mam nadzieję przeczytać kolejną powieść z Ryszardem Wirskim w roli głównej.       
Tadeusz Cegielski, „Morderstwo w alei Róż”, W.A.B. 2010, s. 432.      

wtorek, 17 lipca 2012

Jeszcze o konkursie im. Zbyszka Nosala

Prawie miesiąc temu informowałem o finale II Ogólnopolskiego Konkursu na Reportaż im. Zbyszka Nosala, ale dopiero dzisiaj Krzysiek Krogulec przysłał mi zdjęcia, pisząc w mailu „lepiej późno niż wcale”. Niech mu będzie.
Zamieszczam jedną fotografię, na której widać, jak czytam fragment swojego tekstu z Magazynu „Słowa Ludu”, który napisałem na 60. urodziny Zbyszka. Obok mnie stoi Ania Krawiecka, dziennikarka, a z tyłu poeta Adam Ochwanowski, jeden z organizatorów konkursu. W tle portretowe zdjęcie patrona konkursu, czyli Zbyszka Nosala, który zmarł w 1997 roku.
Fot. Krzysztof Krogulec www.ciekawekielce.pl

piątek, 13 lipca 2012

Podziemny świat Kafki

„Książki Kafki (...) były pełne marzeń zrodzonych w ciemnym podziemnym pokoju” – pisze Roberto Calasso w swojej znakomitej książce o krótkim, ale wymownym tytule „K.” (Czuły Barbarzyńca, przekład Stanisław Kasprzysiak).
Calasso przywołuje list do Felicji, w którym Franz Kafka pisze, że najlepiej czułby się w piwnicy, w której stałoby biurko, a on by tylko pisał z przerwą na jedzenie.
W utworach Kafki – „Procesie”, „Zamku” czy „Przemianie” – atmosfera jest duszna, jak w malutkim pokoju, który Pepi zamieszkuje z dwiema innymi służącymi. Pepi chce, aby K. – bohater „Zamku” – zamieszkał razem z nimi, do czego jednak nie dochodzi.
Starałem sobie przypomnieć, gdzie w Pradze jest miejsce, które przypominałoby przytłaczający i mroczny świat opisywany przez Kafkę. To chyba maleńki domek pod nr 22 przy Złotej Uliczce. Tam Kafka pomieszkiwał. To właściwie jeden pokoik z niskim sufitem (wysoki Franz zapewne schylał głowę, gdy wchodził i wychodził), mieści się biurko i z trudem łóżko. Teraz w dawnym lokum Kafki znajduje się księgarnia.
Pewnie znów tam zajrzę za miesiąc, bo wtedy wybieram się do Pragi.
         

niedziela, 8 lipca 2012

W ten afrykański upał

W tym roku Wenecja znów mnie ominie
W ten afrykański upał nic się nie chce, nawet czytać. Najlepiej zapewne weszłyby mi sycylijskie kryminały Andrei Camilleriego o komisarzu Montalbano, który w „Sierpniowym żarze” próbował ratować się przed gorącem podręcznym wiatraczkiem (obok mnie stoi włączony wentylator, lecz ochłody z niego niewiele). Sęk w tym, że większość książek Camilliriego przeczytałem, a tych, których nie przeczytałem, nie mam na podorędziu. 
Może więc sięgnąć po weneckie kryminały Donny Leon? Ale tu podobny problem, jak w przypadku Camillierigo – nowych książek tej autorki brak. Poza tym Wenecja w samo południe jest trudna do przeżycia dla nieprzyzwyczajonych. Brodski jeździł tam późną jesienią i zimą.
Marne to pocieszenie, że w tym roku Wenecja znów mnie ominie. Megalomańsko zapytam też: ile razy można jeździć do Wenecji?
Sięgnąłem więc po wydaną w 2010 książkę profesora historii i masona Tadeusza Cegielskiego (ojca Maksa) „Morderstwo w Alei Róż”. To kryminał, którego akcja rozgrywa się w Warszawie w latach 50. ubiegłego wieku. Na razie przeczytałem kilkadziesiąt stron, zapowiada się arcyciekawie.        

wtorek, 3 lipca 2012

Wszedłem do sZAFy

W najnowszym Kwartalniku Literacko-Artystycznym sZAFa, który dostępny jest już w sieci, znajdziecie fragmenty mojej powieści „Droga do Tarvisio”, a także jej recenzję autorstwa Jarosława Czechowicza. Zapraszam do lektury!   

poniedziałek, 2 lipca 2012

W Radiu Kielce o „Drodze do Tarvisio”

Zapraszam do słuchania Polskiego Radia Kielce we wtorek 3 lipca br. między godziną 17 a 18. Ryszard Koziej będzie ze mną rozmawiał o mojej najnowszej powieści „Droga do Tarvisio”. Audycji będzie można słuchać również on line na stronie Radia Kielce.