poniedziałek, 14 grudnia 2015

Camilleriego hołd dla kobiet

Andreę Camilleriego polscy czytelnicy znają przede wszystkim jako autora serii kryminałów z sycylijskim komisarzem Montalbano. Ale przecież włoski pisarz ma też w dorobku książki nie będące kryminałami, np. „Pensjonat Ewa” – kryptoautobiograficzną opowieść o domu publicznym na Sycylii, czy „Kolor słońca” – mikropowieść o słynnym malarzu Caravaggio.

Wydane niedawno w Polsce „Kobiety” są kolejną niekryminalną książka Camilleriego i dodajmy od razu – książką, której lektura dostarcza dużo przyjemności.  To zbiór opowieści, zgodnie z tytułem, poświęcony kobietom, które z różnych powodów były ważne dla autora. Bohaterki poznajemy w kolejności alfabetycznej, pierwszą jest Angelika, ostatnią Zina, ale po drodze są m.in. Antygona, Carmen, Desdemona, Joanna, Nefertitti czy Ofelia. Jednak Camilleri pisze nie tylko o kobietach znanych z literatury czy historii. Również o tych, które spotkał osobiście. Np. o wyzwolonej Szwedce imieniem Ingrid, która stała się pierwowzorem zagranicznej przyjaciółki komisarza Montalbano. Albo o swojej wydawczyni Elvirze, która pośrednio przyczyniła się do powstania kryminałów o komisarzu.

Ten katalog kobiet, jak pisze Camilleri, nie pretenduje do miana traktatu o kobietach, jest raczej hołdem dla nich. W tych czasami wzruszających, a czasami zabawnych wspomnieniach, opowiastkach i opowiadaniach autor pokazuje piękno i tajemniczość swoich bohaterek. Każda z opisywanych przez niego kobiet, bez względu na wiek i pozycję społeczną, jest niezwykła. Nawet spotkana na promie, pochodząca z Europy wschodniej Zina, od której we Włoszech każdy chciał „czegoś w zamian”. Bo ta książka jest również głosem protestu przeciwko przemocy wobec kobiet.                    

Andrea Camilleri, „Kobiety”. Przełożył Tomasz Kwiecień, Dom Wydawniczy Rebis 2015, s. 232.

Recenzja ukazała się również na portalu Okno Literatura

poniedziałek, 7 grudnia 2015

„Czarna ziemia” jako ostrzeżenie

Zważywszy na czasy, w jakich żyjemy, najnowsza książka Timothy’ego Snydera „Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie” powinna być lekturą obowiązkową nie tylko dla uczniów. Oczywiście, nie mam złudzeń, że tak się stanie. Niestety.

Już swoją poprzednią książką „Skrwawione ziemie” amerykański profesor Timothy Snyder udowodnił, że jest wybitnym historykiem, który potrafi zajmująco opowiadać, co w przypadku ludzi zawodowo piszących o historii nie jest takie częste. W „Skrwawionych ziemiach” Snyder nakreślił obraz hitlerowskiego i sowieckiego terroru. Była to zarazem analiza paranoicznej polityki eksterminacji prowadzonej, niezależnie od siebie, przez Hitlera i Stalina, W ramach tej polityki zabijano ludzi tylko dlatego, że byli Żydami lub Polakami, albo mieszkali tam, gdzie zdaniem oprawców nie powinni.

„Czarna ziemia” to do pewnego stopnia kontynuacja „Skrwawionych ziem”, przy czym w najnowszej pracy autor odsłania mechanizmy, które pozwoliły na popełnienie największej zbrodni w dziejach ludzkości. Bo przypomnijmy, że Holokaust to nie tylko obozy koncentracyjne, ale także obozy zagłady i masowe rozstrzeliwania na wschodzie Europy. Otóż, amerykański historyk dochodzi do wniosku, że największe zbrodnie były możliwe na terenach, gdzie dwukrotnie zniszczona została państwowość, najpierw przez Sowietów, potem przez Niemców. Chodzi przede wszystkim o Litwę, Łotwę i Estonię i republiki radzieckie, Ukrainę i Białoruś. Na tych terenach w mordowaniu Żydów oprócz Niemców brali udział także miejscowi ludzie, m.in. ci, którzy przez wkroczeniem hitlerowców byli komunistami.

Ciekawa jest tutaj konkluzja. Jak zauważa Snyder w erze postalinowskiej dużym problem było wyjaśnienie, jak polityka głodu i terroru doprowadziła w latach 30. XX wieku do śmierci milionów obywateli. I pisze dalej: „Istotniejszym może zagadnieniem – jak dziesiątki tysięcy obywateli Związku Radzieckiego mogły przyłożyć rękę do zabójstwa milionów innych obywateli ZSRR w imieniu zupełnie obcego systemu – nie zajęto się nigdy. Kwestię tę wyparto ze świadomości”.

A dlaczego na początku napisałem, że powinna to być lektura obowiązkowa? W ostatnim rozdziale Timothy Snyder swoje historyczne rozważania odnosi do współczesności. Jego zdaniem, w czasach, gdy do głosu dochodzą skrajni nacjonaliści, w czasach narastającego lęku i nienawiści przed innymi, zbrodnia ludobójstwa może się powtórzyć. A zrozumienie mechanizmów, które umożliwiły Holokaust – twierdzi Snyder – może ocalić ludzkość. Mnie przekonał i ja mu wierzę.

Timothy Snyder, „Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie”. Przekład Bartłomiej Pietrzyk, Znak Horyzont, Kraków 2015, s. 589.

Recenzja ukazała się na portalu Okno Literatura

niedziela, 6 grudnia 2015

„Wrócę przed północą” – premiera w teatrze

Na zdjęciu Ewelina Gronowska (fot. G. Kaczmarczyk/Teatr im. Żeromskiego)

Zmęczony ostatnimi wydarzeniami politycznymi, postanowiłem odreagować rzeczywistość w Teatrze im. Żeromskiego na polskiej prapremierze spektaklu „Wrócę przed północą” kanadyjskiego dramaturga Petera Colleya. Sztuka, na szczęście, nie ma nic wspólnego z polityką, jest połączeniem czarnej komedii, dreszczowca i kryminału i dobrze się ją ogląda.

Na scenie widzimy czwórkę aktorów:  Ewelinę Gronowską (Jenny), Beatę Wojciechowską (Laura), Łukasza Pruchniewicza (Greg) i Janusza Głogowskiego (George). Piąty aktor – związany z kielecką sceną od wielu lat Mirosław Bieliński, tym razem wystąpił w roli reżysera spektaklu. Nie jest to jego debiut reżyserski , w Kielcach wystawiał już „Kpiny i kpinki” oraz „Hotelowe manewry”.    

O treści sztuki nie będę się rozpisywał – młode małżeństwo w starym domu na odludziu, pojawiająca się ta trzecia, rzekoma siostra Grega oraz lubiący whisky sąsiad, snujący straszliwe opowieści o przeszłości domu. Widz od początku się domyśla, że oglądana historia ma drugie, a nawet trzecie dno. Wszystko oczywiście wyjaśni się w finale i jest on jeszcze inny niż można by przypuszczać.    

„Wrócę przed północą” to przedstawienie z gatunku rozrywkowych, choć nie wszystko jest w fabule zabawne, przynajmniej dla mnie. Aktorzy zostali dobrze poprowadzeni przez reżysera, chwilami szarżują w stronę farsy, ale nie przekraczają granicy. Podoba się intrygująca i współgrająca ze scenicznym światłem scenografia. Powtórzę – całość się nieźle ogląda, a to, że przez cały spektakl nie myślałem o cholernej polityce i tego, co się ostatnio w niej wyprawia, pozwala stwierdzić, że jest to sztuka terapeutyczna. No, może przesadzam, ale relaksująca na pewno.  Lepiej bać się w teatrze niż poza nim.   

Peter Colley: „Wrócę przed północą”. Przekład Bogusława Plisz-Góral . Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, reżyseria Mirosław Bieliński, scenografia Bożena Kostrzewska, kostiumy Klara Kostrzewska, opracowanie muzyczne Paweł Piotrowski, reżyseria światła Paulina Góral. Prapremiera polska 5 grudnia 2015 r.              

wtorek, 24 listopada 2015

List otwarty do ministra kultury

Ostatnie poczynania nowego ministra kultury Piotra Glińskiego, czyli próba zablokowania premiery teartalnej we Wrocławiu z powodu rzekomej pornografii, skłoniły mnie do napisania listu otwartego do ministra. Tekst opublikowałem najpierw na Facebooku, teraz zamieszczam tutaj.

Szanowny Panie Ministrze,

uprzejmie donoszę, że w mojej powieści „Co się zdarzyło w hotelu Gold” dwójka bohaterów trafia – za swoją zgodą – na plan filmu pornograficznego w zgniłym moralnie Wiedniu. Wprawdzie nie grają w tym filmie, ale, o zgrozo, obserwują sceny seksu.

Pragnę również Pana powiadomić, że inna moja powieść „Droga do Tarvisio” jest ironicznym obrazem współczesnego Polaka podróżującego przez Europę i jest to obraz daleki od wartości patriotycznych, którym hołduje Pan Minister oraz Pani Premier.

Jakby tego było mało, to kolejna moja powieść „Biały Kafka” jest portretem człowieka zmagającego się z alkoholowym uzależnieniem,
a jak wiadomo prawdziwy Polak jest katolikiem, ale przecież nie alkoholikiem.

Ze smutkiem również dodaję, że w innej mojej powieści „Berlin, późne lato” pozytywnym bohaterem jest Niemiec żyjący w czasach Hitlera, a w „Królikach Pana Boga” wśród trojga głównych bohaterów znajduje się żydowski chłopiec.

Jedynym, co mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, jest to, że wspomniane książki pisałem, gdy Pan Minister nie był jeszcze Panem Ministrem, co najwyżej Technicznym Premierem, jednak to słabe usprawiedliwienie.

W związku z powyższym proszę Pana Ministra o zakazanie moich powieści. Piszę do Pana w pośpiechu, ponieważ wiem, że podobnych listów może wkrótce otrzymać Pan więcej, a mnie zależy na szybkim rozpatrzeniu mej prośby.


Z poważaniem
Grzegorz Kozera

niedziela, 22 listopada 2015

Oda do rządzących

Wielki strategu i przywódco
Oraz ty – jego marionetko,
Również ty pańciu z twarzą smutną,
Co poszłaś w górę nazbyt prędko,

Przyszły pacjencie psychiatryka,
Prekuratorze równy zeru,
Tablecie, co go zżera pycha,
Marny pogromco afer wielu,

I ty płaszczaku z ganc pomadą,
I ty, co lubisz blask purpury,
Sklępiała i nieszczera babo,
Ty lizodupcu od kultury,

I ty schamiała profesorko,
Gumowy wąsie po wyroku,
Polski Pawliku Morozowie,
Ty dobrodzieju świętych SKOK-ów.

Oto, co chcę wam dziś przekazać,
Bowiem jesteście wolakami:
Niech ością stanie wam ta władza.

I chuj z wami.

środa, 4 listopada 2015

Odstające uszy świętego Franciszka



Święty Franciszek miał odstające uszy – i pisząc to wcale nie żartuję sobie z Biedaczyny z Asyżu. Tak został przedstawiony na fresku Cimaubego w dolnym kościele w Asyżu, fresku, który jest najbardziej prawdopodobnym portretem świętego.  Dzieło powstało sześćdziesiąt lat po śmierci Franciszka i było pierwszą jego podobizną. Jak zauważa włoski historyk sztuki Vittorio Sgarbi w książce „Oblicza kobiety w sztuce”, to zarazem pierwszy realistyczny portret w historii.

Choć w tytule pracy Sgarbiego mowa jest o kobietach, tak naprawdę autor zaprasza nas w podróż po historii sztuki i literatury. „Historia sztuki stawia nas twarzą w twarz z sytuacjami nieprzewidzianymi, pełnymi tajemnic i brzemiennymi w skutki” – pisze Sgarbi. A podobnych – tajemniczych i brzemiennych w skutki – sytuacji jest w tym zbiorze esejów więcej.

Na przykład taka: kiedy Rafael przywiózł do Bolonii swój obraz „Święta Cecylia”, poprosił Francesca Francię, by naprawił niewielkie uszkodzenia, jakie powstały podczas podróży. Francia, podobnie jak Rafael, uchodził za mistrza i znał swoją wartość. Gdy jednak odsłonił malowidło, jego piękno zrobiło na nim tak wielkie wrażenie, że… zmarł na zawał serca. Przy okazji Sgarbi dodaje, że obraz „Święta Cecylia” jest pierwszym dziełem, w którym czujemy obecność Boga, choć sam Bóg się nie pojawia. Bóg na obrazie Rafaela jest w oczach św. Cecylii i spojrzeniu św. Pawła. Bóg jest w człowieku – mówi nam tym dziełem Rafael.              

Vittorio Sgarbi omawia w swojej książce przede wszystkim malarstwo włoskie i flamandzkie z epoki średniowiecza i renesansu, sporadycznie zajmuje się również rzeźbą. Znajdziemy tu nazwiska i dzieła największych: Leonardo da Vinci, Tycjan, Caravaggio, Jan van Eyck, Antonello da Messina, Pietro Novelli. Ale Sgarbi pisze też o artyście, o którym do niedawna niewiele było wiadomo. To Nero Alberti, rzeźbiarz religijny, który w latach 1515-1555 tworzył unikalne figury Madonn i świętych – nagich, które były przyodziewane dopiero na miejscu, w kościołach.  Sgarbi porównuje te rzeźby z postaciami z obrazów współczesnego artysty Balthusa, którego znał osobiście i któremu  pod koniec książki poświęcił osobny rozdział.

Fascynujące eseje, świetna książka – dla miłośników malarstwa lektura obowiązkowa.                

Vittorio Sgarbi, „Oblicza kobiety w sztuce. Pełne gracji”. Przełożył Tomasz Kwiecień, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2015, s. 319.   

Recenzja ukazała się również na portalu Okno Literatura  

czwartek, 29 października 2015

„Strefa interesów” w Auschwitz. O nowej powieści Amisa


Są zdjęcia z czasów wojny, na których widać pogodnych esesmanów i rozbawione  kobiety w uniformach. W tle można zauważyć porośnięte trawą wzgórze, kawałek lasu, drewniane stoły. Załoga Auschwitz, z samym komendantem Rudolfem Hoessem, relaksuje  się po ciężkiej pracy. Nie wiadomo, jak daleko znajduje się obóz, gdzie każdego dnia do gazu wysyłane są setki czy tysiące ludzi. Ale pewnie gdzieś blisko.

O tych fotografiach myślałem, czytając najnowszą powieść Martina Amisa „Strefa interesów”. Brytyjski pisarz też musiał je widzieć, choć niekoniecznie były dlań inspiracją. Jednak od skojarzeń nie sposób uciec – akcja „Strefy interesów” rozgrywa się przede wszystkim na terenie obozu koncentracyjnego. Nazwa nie pada, lecz łatwo się domyślić, że chodzi o Auschwitz.

Czy można jeszcze napisać powieść (powtarzam: powieść), która będzie nowym spojrzeniem na Holocaust? Amis spróbował. Opowiadana w „Strefie interesów” historia rozpisana została na trzy głosy. Narratorami są esesman Golo Thomsen, komendant obozu Paul Doll i pracujący przy paleniu zwłok polski Żyd Szmul. Podobna wielogłosowość, a raczej wielość punktów widzenia nie jest nowością – tego rodzaju zabieg zastosował np. Remarque w „Iskrze życia”.

Niezwykłość, czy raczej odmienność, polega na czym innym. Martin Amis pokazuje „normalne” życie od strony esesmanów. Thomsen – który przemyśliwa, w jaki sposób oszczędzać więźniów, aby ich praca była efektywniejsza – zakochuje się w żonie komendanta. Doll, przeciwnie, chce (bo takie są oczekiwania władz w Berlinie), aby w jego obozie zagazowywano i palono jeszcze więcej ludzi niż dotychczas. Kiedy dowiaduje się o romansie żony, postanawia się zemścić – do tego będzie mu potrzebny Szmul.

Nakreślona w takim skrócie fabuła brzmi może banalnie. Ale też Amisowi o banalność i zwyczajność chodzi, skontrastowane z dziejącym się tuż obok, za drutami, niewyobrażalnym bestialstwem. Ta książka jest pełna kontrastów: opis wykwintnego jedzenia przeciwstawiony jest wszechobecnej woni palonych zwłok, muzyka obozowej orkiestry – koncertowi symfonicznemu poza obozem, inteligencja Thomsena – prymitywizmowi Dolla, miłość – gwałtowi, zimne okrucieństwo oprawców – wrażliwości Szmula. Dodajmy, że Szmul to najsmutniejszy, ale i najpiękniejszy człowiek w tej opowieści

Martin Amis napisał „Strefę interesów”, żeby zrozumieć, jak w ogóle mogło dojść do Holocaustu. Dobrze jednak wiedział, że zrozumieć się tego w żaden sposób nie da. Zresztą zrozumieć nie wolno, bo jak mówił przywoływany w posłowiu przez autora Primo Levi, oznaczałoby to usprawiedliwienie dla zbrodniarzy. Czytelnik pozostaje więc wobec tej przerażającej powieści bezradny. Także dlatego, że jest to powieść wspaniała.

Martin Amis, „Strefa interesów”. Przełożyła Katarzyna Karłowska, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2015, s. 415.

Recenzja ukazała się również na portalu Okno Literatura,

niedziela, 25 października 2015

Piotr Szczerski – kronika zapowiedzianej śmierci

 

To miała być książka inna od tej, która powstała. Piotr Szczerski, dyrektor Teatru im. Żeromskiego w Kielcach, w ubiegłym roku zaproponował dziennikarzowi i krytykowi teatralnemu Markowi Mikosowi, żeby ten napisał książkę… o Szczerskim, który w 2015 r. zamierzał świętować jubileusz 40-lecia pracy twórczej.  Miała to być monografia pokazująca drogę twórczą i teatralny dorobek reżysera i dyrektora kieleckiej sceny.

Piotr Szczerski zmarł 28 maja 2015 r. Od lutego miał świadomość, że umiera, przygotowywał się do śmierci. Mikos też już wiedział, że będzie musiał napisać książkę inną od zaplanowanej. Zamiast monografii powstała więc praca „Z butami do nieba”, nieprzypadkowo nosząca podtytuł „Piotra Szczerskiego Teatr życia i śmierci (1953-2015)”. Wprawdzie autor pokazuje i omawia dorobek teatralny Szczerskiego – krakowski i kielecki – ale w kontekście śmierci reżysera. W pewnym stopniu ta książka jest „kroniką zapowiedzianej śmierci”. Mikos zauważył bowiem, że Szczerski w swoich inscenizacjach od dawna oswajał śmierć, zanim jeszcze się dowiedział, że jest nieuleczalnie chory.

Oprócz lekkiego pióra, największą zaletą tej książki jest szczerość Mikosa. Sam Szczerski nie chciał, aby napisano o nim panegiryk. No i tekst Mikosa na pewno nie jest pośmiertną laurką dla dyrektora. Mikos, i chwała mu za to, pokazał Szczerskiego jako człowieka trudnego, egoistę i trochę egotystę, ale też jako wspaniałego artystę, dla którego teatr był sensem życia. Ponieważ znałem Piotra, za taki prawdziwy portret ja osobiście też jestem Mikosowi wdzięczny. Podziękowania należą się także Stowarzyszeniu Przyjaciół Teatru im. S. Żeromskiego, które doprowadziło do wydania „Z butami do nieba”.               

Równolegle z publikacją Marka Mikosa ukazało się, przygotowane przez Grzegorza Cupera, zestawienie bibliograficzne obejmujące okres dyrektorowania Szczerskiego w kieleckim teatrze, a więc lata 1992-2015. Cuper sporządził wykaz obsad i recenzji wszystkich premier wystawionych w tym czasie, również wywiadów z Piotrem Szczerskim. To publikacja – jak większość bibliografii – czytelniczo nieefektowna, za to niezmiernie przydatna tym, którzy będą kiedyś pisać o kieleckiej scenie i jej dyrektorze. Dla mnie, prywatnie, też jest ważna, ponieważ przy okazji dostałem spis moich recenzji kieleckich przedstawień. Ba, Cuper uwzględnił nawet teksty, które zamieszczałem w Notesie Poetyckim. Mógłbym więc napisać, że swoją robotę naprawdę wykonał dokładnie, chociaż do dwóch moich recenzji zamieszczonych w „Przekroju” nie dotarł. Ale, przecież, wybaczam mu :) .               
Marek Mikos, „Z butami do nieba. Piotra Szczerskiego Teatr życia i śmierci (1953-2015)”, Stowarzyszenie Przyjaciół Teatru im. Żeromskiego, Kielce 2015, s. 122.
 

Grzegorz Cuper, „Dyrekcja Piotra Szczerskiego 1992/1993 – 2014/2015. Zestawienie bibliograficzne. Premiery. Obsady. Recenzje”, Teatr im. Stefana Żeromskiego, Kielce 2015, s. 60.  
Marek Mikos
  

piątek, 23 października 2015

Nagroda za „Króliki Pana Boga”

„Króliki Pana Boga” dostały główną nagrodę w plebiscycie portalu Granice.pl „Najlepsza książka na jesień”. Taki był wybór jury, a werdykt ogłoszono 22 października br. podczas Targów Książki w Krakowie.
Swoją „Najlepszą książkę na jesień” wybierali też internauci. W kategorii proza polska „Króliki” zajęły drugie miejsce – serdecznie Wam dziękuję za wszystkie głosy!

sobota, 17 października 2015

W moim kraju

W moim kraju, którego nie opuszczę,
przeszłość jest dla bohaterów i ofiar.
Nigdy dla katów.
Chichot historii zagłuszany jest przez poklask.
Nad przyszłością unoszą się purpura
i czarne obłoki.
W moim kraju pełnym wiary,
błoto nie wysycha nawet latem.
Słowa zmieniają się w kamienie,
a one w lawinę.

W moim kraju Bóg należy tylko do nas,
nie oddamy Go nikomu.

poniedziałek, 12 października 2015

Dario Fo o Lukrecji Borgii

„Córka papieża” włoskiego noblisty Dario Fo nie jest powieścią wybitną, lecz za to ciekawą, co nie dziwi, zważywszy na główną bohaterkę i jej rodzinę.  Właściwie to nie powieść, tylko opowieść – pełna narracyjnego i konstrukcyjnego chaosu, jakby autor nie mógł się zdecydować, czy jest tutaj prozaikiem, czy raczej dramaturgiem. Nie przeszkadza to jednak w lekturze, a tylko dodaje uroku tej historii.

Dario Fo, anarchizujący lewicowiec, bohaterką swojej książki uczynił Lukrecję Borgię, której przedstawiać nie trzeba. O tej spowitej czarną legendą kobiecie powiedziano i napisano już tak dużo złego (trucicielka, intrygantka, kurtyzana itd.), że trudno ją bardziej pogrążyć, dodając kolejne epitety. Ale włoski pisarz nie byłby sobą, gdyby nie spojrzał na Lukrecję wbrew rozpowszechnionym w ciągu stuleci negatywnym opiniom.

W ujęciu Fo Lukrecja Borgia jawi się jako ofiara, przede wszystkim knowań  swojego brata Cezara i ojca, papieża Aleksandra VI. Początkowo posłuszna, wręcz bezwolna – wydano ją po raz pierwszy za mąż, gdy miała 12 lat – z czasem zaczęła się buntować i rozumieć zło, wyrządzane przez jej najbliższych, i nawet próbowała się mu przeciwstawiać. Fo pokazuje Lukrecję jako osobę wrażliwą i inteligentną, mało tego – wielbioną przez ludność Ferrary, w której zamieszkała po ślubie z władcą tego miasta Alfonsem d’Este. Owszem, pisze także o romansach, lecz w taki sposób, że jeszcze bardziej uczłowiecza papieską córką.

„Córka papieża” to rzecz napisana z pasją. Chwilami trudno oprzeć się wrażeniu, że Fo ma ochotę zakrzyknąć: „Odpieprzcie się od Lukrecji!”. To także książka skrojona z fantazją, co nie znaczy, że nie trzymająca się faktów. Autor podparł się pracami historycznymi i dokumentami, w tym zachowanymi listami Lukrecji. „Skupiłem się jedynie na poszukiwaniu prawdy” – podkreśla pisarz.

Na koniec wspomnę o wpadce, która przydarzyła się tak szacownemu wydawnictwu, jakim jest Znak (gwoli ścisłości: Znak Horyzont) . W „Córce papieża” zabrakło nazwiska tłumaczki, można je tylko znaleźć na stronie internetowej. Pewnie nie czepiałbym się, gdyby sprawa dotyczyła czego innego, ale przecież translatorzy to do pewnego stopnia współautorzy książek zagranicznych pisarzy. Dlatego dużymi literami podaję tutaj nazwisko tłumaczki „Córki papieża”: NATALIA MĘTRAK-RUDA.

Grzegorz Kozera

Dario Fo, „Córka papieża”. Tłumaczenie: Natalia Mętrak-Ruda, Znak Horyzont, Kraków 2015, s. 320
Recenzja ukazała się również na portalu Okno Literatura 

poniedziałek, 7 września 2015

Przed snem

Od miesiąca co noc
znów czytam Bukowskiego
trzy cztery wiersze przed snem
a potem papieros
i wiecie co
(kurwa, rzecz jasna)
lepiej się mi
po nich śpi
są skuteczniejsze
niż hydroxyzinum

wtorek, 11 sierpnia 2015

Cukrzyca senatorska

À propos senatora Pęka i jego rzekomej cukrzycy, która spowodowała, że spał na korytarzu hotelu sejmowego. Taka historia.

Dwa dni temu, pod wieczór, wychodzę z psem na spacer. Patrzę – na trawniku, na uboczu, leży gość w wieku Pękowym, choć zdecydowanie mniej starannie ubrany. Ale na szyi duży różaniec, nie sposób go nie zauważyć. Przy stopach pusta flaszka po winie. No i charakterystyczna woń przetrawionego alkoholu.

Powodowany troską o człowieka, nachylam się jednak na potencjalnym denatem.

– Nic panu nie jest? – pytam.   

Facet mruga powiekami, lecz się nie odzywa.

–  Halo, wszystko w porządku? – powtarzam.

Gość otwiera oczy i patrzy na mnie nieprzytomnie.

– Pił pan alkohol? – znów pytam.

Po słowie „alkohol” facet przytomnieje.

– Nie piłem – mówi chrapliwym głosem.  Po chwili dodaje: –  Proszę pana, jestem mądrym człowiekiem. Choruję na cukrzycę. Zjadłem dwie łyżeczki cukru i musiałem się przespać. 

– Czyli nie potrzebuje pan pomocy? – upewniam się jeszcze.

-–Nie! – mówi z przekonaniem. – Dziękuję panu za zainteresowanie.

Pełna kultura. Zostawiam go leżącego, uspokojony, że to tylko cukrzyca.

sobota, 4 lipca 2015

Dzisiaj jest sobota, wtedy był czwartek

Grób ofiar pogromu na kieleckim cmentarzu żydowskim (Fot. Wikipedia)

4 lipca, 69 lat temu, doszło do pogromu, zbrodni, która okryła hańbą moje miasto – Kielce. Kielecki motłoch przy współudziale milicji i wojska zabił czterdziestu dwóch  – ocalałych z Holocaustu – polskich obywateli narodowości żydowskiej, mieszkających w kamienicy przy ul. Planty 7. Kobiety, mężczyzn, dzieci.   

Urodziłem się 18 lat po wojnie, a nikt z moich przodków w 1946 r. nie mieszkał w Kielcach. Mimo to odczuwam wstyd za tamte straszne wydarzenia, a nawet poczucie winy, tak jakby piętno, jakim są naznaczone Kielce, wbrew mojej woli przeszło również na mnie. I wiem, że są w Kielcach ludzie, którzy czują podobnie, choć tak jak ja nie mają z tą zbrodnią nic wspólnego. Znam też takich, którym jest to całkiem obojętne. Są też tacy w tym mieście, którzy… O nich jednak nie będę tu pisał. 

Oczywiście, tylko niewielka część kielczan brała udział w tej zbrodni. Znam ludzi, których rodzice mieszkali wtedy w Kielcach i byli wstrząśnięci, gdy dowiedzieli się, co się stało na Plantach. Ale nad Silnicą stał tłum, który jeśli nie zachęcał, to biernie się przyglądał mordowaniu Żydów  

Sprawę pogromu kieleckiego badało wielu historyków. Niezależnie od przyczyn, czy była to prowokacja, czy nie, to jedno nie ulega wątpliwości: kieleckich Żydów bestialsko zamordowali mieszkający w Kielcach Polacy. Kielczanie.

To o nich i pogromie pisał Julian Kornhauser (teść Andrzeja Dudy) w przejmującym wierszu „Wiersz o zabiciu doktora Kahane” (A jacy to źli ludzie mieszczanie kielczanie,/ żeby pana swego, Seweryna Kahane,/ zabiliście, chłopi, kamieniami, sztachetami!...). Sam pogrom kielecki w literaturze pięknej pojawia się jednak nieczęsto. Nawiązuje do niego Maria Nurowska w powieści „Postscriptum”, a chyba najpełniej pokazał tę zbrodnię kielecki pisarz Andrzej Lenartowski w kapitalnej sztuce „Spotkamy się w Jerozolimie”. W 1996 r. Piotr Szczerski wystawił ją w Teatrze im. Żeromskiego – w 50. rocznicę pogromu.  

Ja do pogromu nawiązuję w „Białym Kafce”, a w każdej mojej powieści pojawia się wątek żydowski. To zapewne z tego bezprzyczynowego poczucia winy...


czwartek, 28 maja 2015

Wspomnienie o Piotrze Szczerskim

Piotr Szczerski i Sławomir Mrożek
Widziałem, że jest ciężko chory i można spodziewać się najgorszego, lecz na taką wiadomość  człowiek nigdy nie jest odpowiednio przygotowany. Dzisiaj w nocy zmarł Piotr Szczerski, reżyser i dyrektor Teatru im. Żeromskiego, którego znałem od 22 lat.
 
Poznaliśmy się w teatrze, na konferencji prasowej przed jedną z premier. Ja byłem wtedy dziennikarzem „Słowa Ludu” i naczelny zadecydował, że będę pisał recenzje z kieleckich przedstawień (robiłem to przez blisko 14 lat). Pierwszym spektaklem, o którym napisałem były „Parady” Jana Potockiego, w reżyserii Piotra. Spektakl zjechałem, czym rzecz jasna nie zaskarbiłem sobie sympatii reżysera.

Ale potem było lepiej, choć nasze relacje były, że się tak wyrażę, cały czas sinusoidalne, w zależności od tego, czy ganiłem, czy chwaliłem wystawiany na kieleckiej scenie spektakl. Piotr – jak chyba każdy artysta, zwłaszcza sceniczny – źle znosił krytykę, ale nie okazywał tego w przesadny sposób. Nie łączyła więc nas przyjaźń, jednak szanowaliśmy się wzajemnie. Tego ostatniego jestem pewien.

Z czego zapamiętam Piotra? Przede wszystkim z jego przedstawień: „Procesu” Kafki, „Miłości na Krymie” Mrożka i inscenizacji jednoaktówek Becketta. O kieleckim „Procesie” wspominam nawet w „Drodze do Tarvisio”.

Mrożek – to w ogóle oddzielny temat. To dzięki Piotrowi słynny dramaturg zaczął odwiedzać Kielce, a Teatr im. Żeromskiego – wręcz pokochał.  

Zapamiętam Piotra ze świetnej realizacji sztuki Andrzeja Lenartowskiego „Spotkamy się w Jerozolimie" - o pogromie kieleckim. 

Zapamiętam również ze wspólnego, tygodniowego pobytu w Londynie w lutym 1998 r. To Piotr mnie zaprosił, abym jako dziennikarz towarzyszył kieleckim aktorom, którzy dla londyńskiej Polonii grali „Ballady i romanse” Mickiewicza.

I z tego, że gdy miałem Teatrze spotkanie autorskie, Piotr odczytał ze sceny jeden z moich wierszy, co było dla mnie zaszczytem. 

I jeszcze zapamiętam Go z batalii o pozostawienie teatru w starym, XIX-wiecznym  budynku przy ul. Sienkiewicza – w połowie lat 90. władze miały idiotyczny pomysł, by przenieść teatr do Kieleckiego Centrum Kultury. Walka, w której z innymi jako dziennikarz także brałem udział, zakończyła się sukcesem – Teatr im. Żeromskiego do dzisiaj mieści się w budynku przy ul. Sienkiewicza.

Niestety, Piotra Szczerskiego już tam nie ma. Nie tylko kielecki teatr poniósł dużą stratę.
Londyn, 1998. Od lewej: Edward Janaszek, Robert Ostolski, Viola Arlak, Krzysztof Wieczorek, Piotr Szczerski i ja.
 


sobota, 9 maja 2015

Strażak nie zawsze brzmi dumnie



Dzisiaj nie o poezji ani o literaturze, chociaż o prozie. Tyle że prozie życia, która bywa groteskowa. Oto kolejny przykład na to, w jaki sposób są traktowani w Kielcach zwykli ludzie przez tzw. ludzi na stanowiskach. Ci drudzy mają tych pierwszych w dupie.

Zanim powiem, o co chodzi, uprzejmie informuję, że szanuję strażaków i doceniam ich za ciężką i niebezpieczną pracę. Nie szanuję tylko jednego z nich, a może dwóch: komendanta miejskiego lub wojewódzkiego. Bo to któryś z nich zapragnął, aby spełniło się jego widzimisię, dzięki czemu jego zasługi w niebie będą jeszcze większe.

Zarówno wojewódzka, jak i miejska komenda straży pożarnej w Kielcach mieści się przy ul. Sandomierskiej. Ta trywialna i bezsensowna nazwa nie spodobała się jednak komendantowi (miejskiemu lub wojewódzkiemu, a może obu), więc postanowił ją zmienić na tę jedyną słuszną, czyli św. Floriana, który jest patronem strażaków. Szkopuł w tym, że ulica Sandomierska jest długa, znajdują się przy niej wieżowce, sklepy, zakład energetyczny, prokuratura i co tam jeszcze. Zmiana nazwy skomplikowałaby życie kilku tysiącom ludzi. Zrobiłby się duży raban.

Ale od czego spryt i pomysłowość pan(ów) komendanta(ów). Ponieważ część obiektów należących do straży znajduje się przy ul. Dalekiej, to właśnie ją postanowiono przemianować na św. Floriana, jedyną słuszną nazwę, aczkolwiek Daleka nigdy wcześniej nie nazywała się Św. Floriana. 
Wnioskodawcy okazali się litościwi: uznali, że nie trzeba przemianowywać całej ulicy, wystarczy tylko dwustumetrowy odcinek, przy którym oprócz budynków straży znajduje się blok mieszkalny (90 mieszkań, czyli około 300 osób), przychodnia i dwa domy jednorodzinne. Wymiana dowodów, pieczątek (niektórzy mają tu zarejestrowane firmy), zmiany w urzędach, bankach i innych możliwych rejestrach to przecież pryszcz dla kilkusetosobowej garstki.

W miniony czwartek (7 maja) zmiana nazwy ulicy Dalekiej na św. Floriana miała być przegłosowana na posiedzeniu Rady Miasta. Mieszkający przy Dalekiej prawnik zadzwonił jednak rano do kilku radnych, żeby zdjąć głosowanie z porządku obrad. Argument: ZMIANA W OGÓLE NIE BYŁA KONSULTOWANA Z MIESZKAŃCAMI. Bo kto by konsultował tak błahą sprawę. I gdyby nie groźba, że uchwała RM może z tego powodu zostać zaskarżona do wojewody, Daleka byłaby już pewnie ulicą św. Floriana.

Panie komendancie, jeden albo drugi! Pan gasi pożary, zamiast wkur...ć ludzi. I niech się pan pomodli do świętego Floriana, aby sprawił, że przestanie pan być nadgorliwym.

niedziela, 3 maja 2015

Kielce ROCKują - świetny festiwal



Kielce ROCKują (w tym roku trzecia edycja) to świetny festiwal, z którego Kielce – gdyby tylko chciały – powinny być dumne i robić wszystko, aby o imprezie było głośno w kraju. Ale Kielce wolą jarmarki, festyny i sabaty, zwłaszcza te pokazywane w telewizji. Jednym słowem – wolą siermięgę i płaską rozrywkę, bo w tym im do twarzy.

Ale dla mnie Kielce ROCKują są nadzieją, że może tak zawsze nie będzie. W tym roku na festiwalu zagrali m.in. The Animals, Livin’ Blues Xpierence, Paul Rose, Rob Tognoni, rewelacyjny Arthur Brown, a także były gitarzysta Thin Lizzy – Eric Bell (ten ostatni zagra w niedzielę 3 maja). Takiego zestawu wykonawców jeszcze w Kielcach nie było, choć poza organizatorami tylko nieliczni są w stanie to docenić.

Gratuluję organizatorom festiwalu – i trzymam za nich kciuki, żeby nadal – bez przeszkód – robili swoje. Szkoda jedynie, że impreza była tak słabo reklamowana i mało kto o niej wiedział.

A na filmie fragment występu The Animals 2 maja 2015 na festiwalowej scenie przed kieleckim WDK.

piątek, 1 maja 2015

Bukowski spotyka Annę W.

Przyjechała do mnie dziennikarka z Polski,
„czuj się jak u siebie, Ann”, powiedziałem,
bo chciałem być cholernie uprzejmy,
choć wolałbym,
gdybyśmy spotkali się w barze,

wypiliśmy szampana za 10 dolców
i porozmawialiśmy o Hollywood,
przy czym ja o swoim,
a ona o tym celuloidowym,

kiedy była już lekko wstawiona,
wyznałem jej, że od 21 lat
jestem z prochu powstałeś i w proch się obrócisz,
ale myślała, że żartuję,

miała ładny uśmiech i była niczego sobie,
to miłe, że są w Polsce dziewczyny,
które chcą się spotykać
z takimi starymi umarlakami
jak ja.       

niedziela, 8 marca 2015

Dzień Kobiet - Teatrzyk Pod Nieszczepionym Psem

Teatrzyk Pod Nieszczepionym Psem
przedstawia spektakl świąteczny
pt. DZIEŃ KOBIET


Osoby: Pan, Sprzedawczyni

PAN: Dzień dobry, chciałem kupić ukochanej jakiś wyjątkowy i niezwykły prezent na Dzień Kobiet.
SPRZEDAWCZYNI: Dobrze pan trafił,  w naszym sklepie można znaleźć wszystko, co jest potrzebne paniom. Zacznijmy od kosmetyków. Mamy pełen wybór perfum i wód toaletowych, szminek, kremów, cieni do powiek…   
PAN (przerywa jej): Nie, nie. A jak nie trafię z zapachem albo kolorem? Lepiej nie ryzykować.
SPRZEDAWCZYNI: W takim razie może coś ubrań? Mamy najnowszą kolekcję sukienek, płaszczy wiosennych, garsonek…
PAN (znów jej przerywa): A jak rozmiar będzie zły? Za duże ryzyko.
SPRZEDAWCZYNI: To może bielizna? Są u nas biustonosze, figi, gorsety, stringi...
PAN: Stringi? Stringi mogą być, jak najbardziej.
SPRZEDAWCZYNI:  Jakąś markę pan sobie życzy?
PAN: Nieeee. Żeby tylko materiału było mało. Bardzo mało.
SPRZEDAWCZYNI: Mogę również zaproponować panu coś z alkoholi. Panie chętnie kupują u nas markowe wina.
PAN: Pani da jedno. Takie, żeby miało dużo procent. 
SPRZEDAWCZYNI: Czy dodać kwiaty? Bo kwiaty też u nas są.
PAN: Yyy, eee. No dobra, wezmę trzy goździki

Zadowolony z zakupów Pan wychodzi ze sklepu. Po drodze spotyka jednak znajomego, z którym wspólnie wypija dopiero co kupione wino, a potem jeszcze jedno i jeszcze jedno, żeby uczcić Dzień Kobiet . Kwiaty gdzieś gubi. Ukochana dostaje więc tylko stringi. Nazajutrz, z samego rana po Dniu Kobiet.      

Kurtyna

piątek, 20 lutego 2015

Manifestacja - Teatrzyk Pod Nieszczepionym Psem

Teatrzyk Pod Nieszczepionym Psem
przedstawia spektakl społeczny
pt. MANIFESTACJA 


Osoby: Lokator, Demonstranci

Rozlega się pukanie do drzwi, więc Lokator je otwiera. Demonstranci wchodzą do mieszkania Lokatora, nie pytając o zgodę.

DEMONSTRANCI: Przyszliśmy do pana demonstrować.
LOKATOR (zdumiony): Do mnie?
DEMONSTRANCI:  Tak, do pana. Pana mieszkanie nadaje się do tego znakomicie.
LOKATOR: To jest mieszkanie prywatne, nie macie prawa!
DEMONSTRANCI: Należy pan do wspólnoty?
LOKATOR: Należę.
DEMONSTRANCI: No właśnie. Mieszkania wspólnoty są częścią osiedla, osiedle jest częścią miasta, a miasto częścią Polski. A my jesteśmy Polakami i mamy prawo u pana demonstrować. Na tym polega demokracja.
LOKATOR: Ja się nie zgadzam!
DEMONSTRANCI: Oj, nieładnie. Nie rozumie pan demokracji i nie jest pan tolerancyjny. Trzeba pana napiętnować. Może chociaż nasze hasło się panu podoba?

Demonstranci rozwijają transparent z hasłem „Więcej pieniędzy dla nierobów”.

LOKATOR: Nie, nie podoba. (niepewnie) Chyba nie powinniście go nikomu pokazywać.
DEMONSTRANCI: O, nie dość, że nie pozwala nam protestować, to jeszcze cenzurę chce wprowadzić! Gorszy od komunisty! Nie pozwolimy na to!

Demokraci zamykają Lokatora w łazience. Po krótkiej manifestacji w mieszkaniu wypijają cały alkohol z barku i zasypiają. Rano idą demonstrować dalej, zapominając o uwięzionym Lokatorze. 

Kurtyna

wtorek, 17 lutego 2015

Tomograf - Teatrzyk Pod Nieszczepionym Psem

Teatrzyk Pod Nieszczepionym Psem
przedstawia tragedię
pt. TOMOGRAF


Osoby: PACJENT, PIELĘGNIARKA

PACJENT: Dzień dobry. Mam skierowanie z funduszu, chciałbym zapisać się na tomografię.
PIELĘGNIARKA: Już pana zapisuję.
PACJENT: (mile zaskoczony): Naprawdę?
PIELĘGNIARKA: Oczywiście. Mamy znakomity tomograf, pacjenci się zadowoleni.
PACJENT: To wspaniale. Tylko proszę o najbliższy wolny termin.
PIELĘGNIARKA: Już patrzę (sprawdza). 14 marca 2071 r.

PACJENT przez dłuższą chwilę próbuje odzyskać równowagę psychiczną.

PACJENT: Proszę pani… przecież ja wtedy już nie będę żył.
PIELĘGNIARKA (z uśmiechem): Nic nie szkodzi. Nasza służba zdrowia myśli przyszłościowo. Pana wnuk będzie mógł skorzystać z tego badania. Ma pan wnuka?
PACJENT: Nie.
PIELĘGNIARKA (nadal z uśmiechem):  Ale może pan mieć i wtedy to badanie będzie jak znalazł. Zapiszę w nawiasie: wnuk (zapisuje). Dziękuję panu. Następny proszę.

PACJENT wraca do domu, po czym – myśląc o przyszłości – umiera.

Kurtyna

Telegram - Teatrzyk Pod Nieszczepionym Psem

Teatrzyk Pod Nieszczepionym Psem
przedstawia spektakl sentymentalny
pt. TELEGRAM


Osoby: PANI Z OKIENKA, PAN

PAN czeka 40 minut w kolejce do pocztowego okienka.

PAN: Dzień dobry! Chciałem nadać telegram.
PANI Z OKIENKA: Proszę wypełnić blankiet.

PAN bierze blankiet i go wypełnia.

PAN: Wie pani, myślałem, że już nie przyjmujecie telegramów.
PANI Z OKIENKA (ze łzami w oczach): Bo nie przyjmujemy.
PAN (zaskoczony): To dlaczego mi pani dała ten blankiet?
PANI Z OKIENKA (jeszcze bardziej wzruszona): Dawno nikt nie wysyłał telegramu. Więc gdy pan się zjawił, wróciłam na chwilę do przeszłości. Teraz tylko te komputery, mejle, esemesy, komórki, nawet faks to przeżytek. Telegramy, telefony z obrotową tarczą albo na korbę – to były piękne czasy. Komu to przeszkadzało? A teraz…  Żyć się nie da.

Równie wzruszony PAN kupuje pocztówkę z czerwoną różą i wręcza ją PANI Z OKIENKA, choć wie, że jego piękny gest nic nie zmieni.

Kurtyna    

poniedziałek, 16 lutego 2015

Nikt - Teatrzyk Pod Nieszczepionym Psem

Teatrzyk Pod Nieszczepionym Psem
przedstawia spektakl teatralny
pt. NIKT


Osoby: JA, PAŃSTWO

JA: Dzień dobry, chciałem trochę pieniędzy. Najlepiej dużo.
PAŃSTWO: Jest pan rolnikiem?
JA: Nie.
PAŃSTWO: To może jest pan górnikiem?
JA: Nie.
PAŃSTWO (podpowiadając życzliwie): Lekarzem, żołnierzem, prokuratorem?
JA: Niestety, nie.
PAŃSTWO (z gasnącą nadzieją): To może jest pan chociaż związkowcem?
JA: Nie jestem.
PAŃSTWO (zirytowane):  To kim pan do cholery jest?
JA: Inteligentem.
PAŃSTWO (rozbawione): Hahaha. Trzeba było tak od razu mówić. Czyli jest pan nikim. A ponieważ jest pan nikim, nie możemy panu pomóc. Do widzenia.

JA rzuca się z mostu, rozbawiając PAŃSTWO jeszcze bardziej.

Kurtyna  

niedziela, 15 lutego 2015

Naukowiec spotyka rolnika - TPNP

Teatrzyk Pod Nieszczepionym Psem
przedstawia tragikomedię
pt. NAUKOWIEC SPOTYKA ROLNIKA


Osoby: Naukowiec, Rolnik

NAUKOWIEC: Dzień dobry, panie rolniku. A dokąd to pan tak gna tym swoim nowiutkim ciągnikiem?
ROLNIK: A na blokadę, panie prefesorze. Chłopy już tam są, a ja cosik zaspałem.
NAUKOWIEC: Oj, to tak źle jest, że musicie blokować drogi?
ROLNIK: Bardzo źle. Widzi pan ten ciągnik? Fakt, nowy, ale kosztował 300 tysięcy. A ja chciałem taki za 400 tysięcy, ale nie było mnie stać. A Jasiek se kupił, kurna, bo dostał większą dotację z tyj Uni. No to jadę blokować, bo sprawiedliwość musi być, no nie, panie prefesorze?
NAUKOWIEC (zakłopotany): No tak.
ROLNIK: A panu prefesorowi jak się wiedzie?.
NAUKOWIEC: Dziękuję, całkiem nieźle. Ostatnio nawet dostałem podwyżkę, teraz zarabiam dwa tysiące sto.
ROLNIK: Ełro?
NAUKOWIEC: Nie, złotych.
ROLNIK: Panie prefesorze, za takie piniądze to ja bym nawet nie wyszedł na gumno kurom ziarna wysypać. Jedź pan z nami na blokadę.
NAUKOWIEC: Niestety, nie mogę. Spieszę się do laboratorium, pracujemy nad szczepionką na raka. Wie pan, korzystamy z okazji, by pracować, póki nie ma mrozu, bo w laboratorium wyłączyli ogrzewanie z powodu niezapłaconych rachunków.
ROLNIK: No to jak pan chce, prefesorze, ja tam będę walczył o tę sprawiedliwość czy jak jej tam.

Rolnik jedzie na blokadę, a Naukowiec pędzi do laboratorium. Niestety, wkrótce nastaje mróz, więc pracę badawczą szlag trafia, razem z naukowcem.

KURTYNA

sobota, 14 lutego 2015

Zakochani - Teatrzyk Pod Nieszczepionym Psem

Teatrzyk Pod Nieszczepionym Psem
przedstawia spektakl walentynkowy
pt. ZAKOCHANI


Osoby: Ona, On

ONA: Kochasz mnie?
ON: Pewnie.
ONA: Mówisz to jakoś bez przekonania.
ON: Kocham cię!
ONA: Naprawdę?  A jak mnie kochasz?
ON (zdziwiony): No bardzo.
ONA: Tylko tyle?
ON: Bardzo bardzo.
ONA: Co bardzo bardzo?
ON: Bardzo bardzo cię kocham!
ONA (rozczarowana): Myślałam, że stać cię na więcej.
ON: Ale o co ci chodzi?
ONA: Tak to każdy może powiedzieć, że kocha mnie bardzo. Ja chciałabym usłyszeć od ciebie  coś wyjątkowego, skierowanego tylko do mnie.
ON (po chwili zastanowienia): Dobra. KOCHAM CIĘ BARDZO JAK JASNY CHUJ!

Po czym oboje żyją długo i szczęśliwie, tyle że osobno.

KURTYNA 

sobota, 7 lutego 2015

Film z radiowej premiery

Radio Kielce przygotowało krótki film z radiowej premiery (5.02.2015) słuchowiska „Przypadek Marianny” według mojego opowiadania. 

czwartek, 5 lutego 2015

Dzisiaj premiera „Przypadku Marianny”

Obok mnie Ryszard Koziej, który przygotował radiową inscenizację (fot. Radio Kielce) 

To już dzisiaj, czyli w czwartek 5 lutego o godz. 21.10 na antenie Polskiego Radia Kielce premiera słuchowiska „Przypadek Marianny”. Ten radiowy spektakl teatralny został zrealizowany na podstawie mojego opowiadania ze zbioru „Kuracja”. Zapraszam do słuchania – emisja również on line na stronie radia.
A kolejne adaptacje moich opowiadań (w sumie 20) w każdy czwartek o tej samej godzinie.   

piątek, 23 stycznia 2015

Opowiadania z „Kuracji” jako słuchowiska

Życie przynosi niespodzianki, ale takich jak ta może być jak najwięcej. Polskie Radio Kielce zrealizuje cykl słuchowisk na podstawie opowiadań ze zbioru „Kuracja”, który ukazał się w 2008 r. Emisja pierwszego słuchowiska (albo: dźwiękowiska) pt. „Przypadek Marianny” – w czwartek 5 lutego o godz. 21.10. I potem co czwartek o tej samej porze. 

wtorek, 13 stycznia 2015

Okładka „Królików Pana Boga”


Mogę już zaprezentować okładkę mojej najnowszej powieści „Króliki Pana Boga”. Premiera 14 kwietnia 2015 r. Podobnie jak w przypadku ostatnich moich książek, autorką projektu graficznego jest Ilona Gostyńska-Rymkiewicz. Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Dobra Literatura.