czwartek, 28 maja 2015

Wspomnienie o Piotrze Szczerskim

Piotr Szczerski i Sławomir Mrożek
Widziałem, że jest ciężko chory i można spodziewać się najgorszego, lecz na taką wiadomość  człowiek nigdy nie jest odpowiednio przygotowany. Dzisiaj w nocy zmarł Piotr Szczerski, reżyser i dyrektor Teatru im. Żeromskiego, którego znałem od 22 lat.
 
Poznaliśmy się w teatrze, na konferencji prasowej przed jedną z premier. Ja byłem wtedy dziennikarzem „Słowa Ludu” i naczelny zadecydował, że będę pisał recenzje z kieleckich przedstawień (robiłem to przez blisko 14 lat). Pierwszym spektaklem, o którym napisałem były „Parady” Jana Potockiego, w reżyserii Piotra. Spektakl zjechałem, czym rzecz jasna nie zaskarbiłem sobie sympatii reżysera.

Ale potem było lepiej, choć nasze relacje były, że się tak wyrażę, cały czas sinusoidalne, w zależności od tego, czy ganiłem, czy chwaliłem wystawiany na kieleckiej scenie spektakl. Piotr – jak chyba każdy artysta, zwłaszcza sceniczny – źle znosił krytykę, ale nie okazywał tego w przesadny sposób. Nie łączyła więc nas przyjaźń, jednak szanowaliśmy się wzajemnie. Tego ostatniego jestem pewien.

Z czego zapamiętam Piotra? Przede wszystkim z jego przedstawień: „Procesu” Kafki, „Miłości na Krymie” Mrożka i inscenizacji jednoaktówek Becketta. O kieleckim „Procesie” wspominam nawet w „Drodze do Tarvisio”.

Mrożek – to w ogóle oddzielny temat. To dzięki Piotrowi słynny dramaturg zaczął odwiedzać Kielce, a Teatr im. Żeromskiego – wręcz pokochał.  

Zapamiętam Piotra ze świetnej realizacji sztuki Andrzeja Lenartowskiego „Spotkamy się w Jerozolimie" - o pogromie kieleckim. 

Zapamiętam również ze wspólnego, tygodniowego pobytu w Londynie w lutym 1998 r. To Piotr mnie zaprosił, abym jako dziennikarz towarzyszył kieleckim aktorom, którzy dla londyńskiej Polonii grali „Ballady i romanse” Mickiewicza.

I z tego, że gdy miałem Teatrze spotkanie autorskie, Piotr odczytał ze sceny jeden z moich wierszy, co było dla mnie zaszczytem. 

I jeszcze zapamiętam Go z batalii o pozostawienie teatru w starym, XIX-wiecznym  budynku przy ul. Sienkiewicza – w połowie lat 90. władze miały idiotyczny pomysł, by przenieść teatr do Kieleckiego Centrum Kultury. Walka, w której z innymi jako dziennikarz także brałem udział, zakończyła się sukcesem – Teatr im. Żeromskiego do dzisiaj mieści się w budynku przy ul. Sienkiewicza.

Niestety, Piotra Szczerskiego już tam nie ma. Nie tylko kielecki teatr poniósł dużą stratę.
Londyn, 1998. Od lewej: Edward Janaszek, Robert Ostolski, Viola Arlak, Krzysztof Wieczorek, Piotr Szczerski i ja.
 


sobota, 9 maja 2015

Strażak nie zawsze brzmi dumnie



Dzisiaj nie o poezji ani o literaturze, chociaż o prozie. Tyle że prozie życia, która bywa groteskowa. Oto kolejny przykład na to, w jaki sposób są traktowani w Kielcach zwykli ludzie przez tzw. ludzi na stanowiskach. Ci drudzy mają tych pierwszych w dupie.

Zanim powiem, o co chodzi, uprzejmie informuję, że szanuję strażaków i doceniam ich za ciężką i niebezpieczną pracę. Nie szanuję tylko jednego z nich, a może dwóch: komendanta miejskiego lub wojewódzkiego. Bo to któryś z nich zapragnął, aby spełniło się jego widzimisię, dzięki czemu jego zasługi w niebie będą jeszcze większe.

Zarówno wojewódzka, jak i miejska komenda straży pożarnej w Kielcach mieści się przy ul. Sandomierskiej. Ta trywialna i bezsensowna nazwa nie spodobała się jednak komendantowi (miejskiemu lub wojewódzkiemu, a może obu), więc postanowił ją zmienić na tę jedyną słuszną, czyli św. Floriana, który jest patronem strażaków. Szkopuł w tym, że ulica Sandomierska jest długa, znajdują się przy niej wieżowce, sklepy, zakład energetyczny, prokuratura i co tam jeszcze. Zmiana nazwy skomplikowałaby życie kilku tysiącom ludzi. Zrobiłby się duży raban.

Ale od czego spryt i pomysłowość pan(ów) komendanta(ów). Ponieważ część obiektów należących do straży znajduje się przy ul. Dalekiej, to właśnie ją postanowiono przemianować na św. Floriana, jedyną słuszną nazwę, aczkolwiek Daleka nigdy wcześniej nie nazywała się Św. Floriana. 
Wnioskodawcy okazali się litościwi: uznali, że nie trzeba przemianowywać całej ulicy, wystarczy tylko dwustumetrowy odcinek, przy którym oprócz budynków straży znajduje się blok mieszkalny (90 mieszkań, czyli około 300 osób), przychodnia i dwa domy jednorodzinne. Wymiana dowodów, pieczątek (niektórzy mają tu zarejestrowane firmy), zmiany w urzędach, bankach i innych możliwych rejestrach to przecież pryszcz dla kilkusetosobowej garstki.

W miniony czwartek (7 maja) zmiana nazwy ulicy Dalekiej na św. Floriana miała być przegłosowana na posiedzeniu Rady Miasta. Mieszkający przy Dalekiej prawnik zadzwonił jednak rano do kilku radnych, żeby zdjąć głosowanie z porządku obrad. Argument: ZMIANA W OGÓLE NIE BYŁA KONSULTOWANA Z MIESZKAŃCAMI. Bo kto by konsultował tak błahą sprawę. I gdyby nie groźba, że uchwała RM może z tego powodu zostać zaskarżona do wojewody, Daleka byłaby już pewnie ulicą św. Floriana.

Panie komendancie, jeden albo drugi! Pan gasi pożary, zamiast wkur...ć ludzi. I niech się pan pomodli do świętego Floriana, aby sprawił, że przestanie pan być nadgorliwym.

niedziela, 3 maja 2015

Kielce ROCKują - świetny festiwal


video

Kielce ROCKują (w tym roku trzecia edycja) to świetny festiwal, z którego Kielce – gdyby tylko chciały – powinny być dumne i robić wszystko, aby o imprezie było głośno w kraju. Ale Kielce wolą jarmarki, festyny i sabaty, zwłaszcza te pokazywane w telewizji. Jednym słowem – wolą siermięgę i płaską rozrywkę, bo w tym im do twarzy.

Ale dla mnie Kielce ROCKują są nadzieją, że może tak zawsze nie będzie. W tym roku na festiwalu zagrali m.in. The Animals, Livin’ Blues Xpierence, Paul Rose, Rob Tognoni, rewelacyjny Arthur Brown, a także były gitarzysta Thin Lizzy – Eric Bell (ten ostatni zagra w niedzielę 3 maja). Takiego zestawu wykonawców jeszcze w Kielcach nie było, choć poza organizatorami tylko nieliczni są w stanie to docenić.

Gratuluję organizatorom festiwalu – i trzymam za nich kciuki, żeby nadal – bez przeszkód – robili swoje. Szkoda jedynie, że impreza była tak słabo reklamowana i mało kto o niej wiedział.

A na filmie fragment występu The Animals 2 maja 2015 na festiwalowej scenie przed kieleckim WDK.

piątek, 1 maja 2015

Bukowski spotyka Annę W.

Przyjechała do mnie dziennikarka z Polski,
„czuj się jak u siebie, Ann”, powiedziałem,
bo chciałem być cholernie uprzejmy,
choć wolałbym,
gdybyśmy spotkali się w barze,

wypiliśmy szampana za 10 dolców
i porozmawialiśmy o Hollywood,
przy czym ja o swoim,
a ona o tym celuloidowym,

kiedy była już lekko wstawiona,
wyznałem jej, że od 21 lat
jestem z prochu powstałeś i w proch się obrócisz,
ale myślała, że żartuję,

miała ładny uśmiech i była niczego sobie,
to miłe, że są w Polsce dziewczyny,
które chcą się spotykać
z takimi starymi umarlakami
jak ja.