niedziela, 26 lutego 2012

Berlin, luty 2012, zdjęcia

Poprzedni raz byłem w Berlinie, gdy jeszcze stał mur oddzielający część wschodnią od zachodniej. Obecny wyjazd pomógł mi więc przypomnieć sobie topografię miasta, dość istotną dla mojej nowej powieści. Na ile przydatną – to się jeszcze okaże. Na razie wrzucam kilka zdjęć.   
Brama Brandenburska

 Reichstag

 Pomnik pamięci pomordowanych Żydów europejskich

 Widok na Kolumnę Zwycięstwa

Wieżowiec przy Potsdamer Platz

 Monumentalny i ponury Stadion Olimpijski z 1936 roku

NRD-owska wieża telewizyjna

Dworzec przy ZOO (Znany z My, dzieci z dworca ZOO)

 Tutaj odbywa się Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie

  Symboliczne fragmenty muru berlińskiego

Berlin Alexanderplatz (polecam powieść pod tym tytułem)

Siedziba byłej Stasi

środa, 22 lutego 2012

Kierunek Berlin

Od czwartku trzy dni w Berlinie. Nie wiem, czy pisane mi było, abym jechał tam właśnie teraz, gdy pracuję nad powieścią, której akcja toczy się w Berlinie w 1943 r., ale tak wyszło, co mnie nie martwi. A jeszcze wczoraj nie miałem pojęcia, że jadę. Ha!

wtorek, 21 lutego 2012

William Styron z Pohorelic

Pohorelice to niewielkie miasteczko na Morawach. Położone przy trasie na Wiedeń, dwadzieścia kilometrów od Brna. Jest tu duży hotel, w którym czas zatrzymał się w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, hipermarket, a także kościół katolicki otwierany raz w tygodniu, w sobotę, na godzinę. Nie miałem jednak okazji sprawdzić, czy w nabożeństwie uczestniczą jacyś wierni.

Jest też w Pohorelicach cmentarz, który od najbliższego bloku mieszkalnego dzieli wąska uliczka, czyli licząc z chodnikami jakieś dziesięć metrów. Mur nie jest wysoki, ze swoich okien mieszkańcy mogą podziwiać groby, choć wątpię, by ich to interesowało, tak samo jak im to nie przeszkadza (a ponieważ czytałem książki Mariusza Szczygła o Czechach, wiem, dlaczego tak jest).

Piszę o czeskich Pohorelicach, ponieważ w tamtejszej drukarni została wydrukowana książka Williama Styrona „Hawany w Camelocie”. Oto współczesny świat: polska edycja książki amerykańskiego pisarza jest drukowana w Czechach (zresztą bardzo ładnie), wydawca jest polski (Świat Książki), tyle że należy do dużej niemieckiej firmy (Weltbit).

A „Hawany w Camelocie” są zbiorem czternastu osobistych esejów autora „Wyboru Zofii”. Polecam szczególnie tekst „Przypadek ospy miłosnej” o tym, jak podczas służby wojskowej Styron leczony był z syfilisu, którego nie miał, tytułowy o cygarach i prezydencie Johnie Kennedym, którego autor znał osobiście, a także „Spacer z Aquinnach” – o pożytkach dla pisarza płynących z długich spacerów w towarzystwie psa.
 Pohorelice, Plac Wolności, fot.Petr Novák, Wikipedia

poniedziałek, 20 lutego 2012

Kurt Cobain i Stig Dagerman

Dzisiaj mija 45. rocznica urodzin Kurta Cobaina, lidera Nirvany, który w wieku 27 lat popełnił samobójstwo. Ja jednak nie o Cobainie chciałem, lecz o szwedzkim pisarzu Stigu Dagermanie. Kiedy w 1954 roku Dagerman odbierał sobie życie (miał wtedy 31 lat), był dla literatury tym, kim dla muzyki był Cobain.

Właśnie wyszła książka Dagermana „Niemiecka jesień”, o której piszę w Salonie Kulturalnym. To znakomity zbiór reportaży z podróży do powojennych Niemiec, pokazujący, jak wielkim pisarskim talentem był wówczas 24-letni Szwed .

O Cobainie słyszeli wszyscy, a o Dagermanie – mam wrażenie – ciągle nieliczni. Przynajmniej w Polsce.

czwartek, 16 lutego 2012

„Tajny dziennik” Mirona Białoszewskiego

Zastanawiam się, co by było, gdyby internet był powszechnie dostępny trzydzieści, pięćdziesiąt, sto lat temu. To temat na niejedną książkę, ale teraz interesuje mnie, ile wspaniałych dzieł by nam umknęło z tego powodu, że w ogóle by nie powstały, bo autorzy prowadziliby blogi, wypowiadali się na Facebooku i twitterze, a nie prowadzili dzienniki (pisane na papierze). 
Z dużym prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że gdyby sto czy pięćdziesiąt lat temu istniał internet, nie mielibyśmy dzienników Kafki, Gombrowicza, Nałkowskiej, Herlinga-Grudzińskiego, Tyrmanda, Dąbrowskiej i wielu innych wybitnych twórców.
Nie byłoby też „Tajnego dziennika” poety i pisarza Mirona Białoszewskiego, nie bez racji zapowiadanego jako literackie wydarzenie roku.
Ta ogromna księga (ponad 900 stron!), wydana przez Znak, leży teraz przede mną (jak zwykle, gdy piszę o książce). Białoszewski zaczął prowadzić swój dziennik 20 listopada 1975, ostatni wpis datowany jest 22 kwietnia 1983 r. Do tego dochodzą listy pisane w sanatorium w Aninie – ostatni 28 maja ’83, niespełna miesiąc przed śmiercią poety.
„Tajny dziennik”, tak jak „Pamiętnik z powstania warszawskiego” pisany jest żywym, „mówionym” językiem, charakterystycznym dla prozy Białoszewskiego. Autor relacjonuje bieżące wydarzenia, opisuje życie towarzyskiego, portretuje ludzi, są tu też wyznania bardzo intymne, więc nie dziwi, że „Tajny dziennik” ukazuje się dopiero teraz. Przede wszystkim jest to jednak fascynujący wewnętrzny portret niezwykłego twórcy.  
Równolegle z „Tajnym dziennikiem” Znak opublikował bardzo osobistą książkę Tadeusza Sobolewskiego „Człowiek Miron”. I ta publikacja także jest warta polecenia.

wtorek, 14 lutego 2012

„Mundury”? Tego się nie spodziewałem

Gdyby ktoś parę lat temu powiedział, że kiedyś będę korzystał z tej książki, pewnie bym go wyśmiał. A teraz siedzę nad nią, czytam i oglądam – zawiera bowiem ponad 650 kolorowych ilustracji z ciekawymi opisami.

„Mundury. Ilustrowana encyklopedia” Chrisa McNaba adresowana jest do historyków wojskowości czy uczestników tzw. historycznych grup rekonstrukcyjnych (które mnie śmieszą), a nie do pacyfisty i starego hipisa, za jakiego mogę się uważać. A jednak – ta książka (księga) jest dla mnie cennym źródłem wiedzy o umundurowaniu niemieckich żołnierzy w czasie drugiej wojny światowej (są tu zresztą pokazane wszystkie ważniejsze armie świata, od XVIII wieku po współczesność, ale II wojna zajmuje najwięcej miejsca).

Hitlerowscy wojskowi w powieści „Berlin, późne lato”, nad którą pracuję, nie są najważniejsi, niemniej pojawiają się. Dlatego, kiedy dowiedziałem się, że encyklopedia „Mundury” została wydana, wiedziałem, że muszę ją mieć. Udało się. Teraz np. nie popełnię gafy, jeśli napiszę, że niemiecki żandarm miał na piersi zawieszony ryngraf.

A Piotrowi Sternalowi z wydawnictwa Vesper – wydawcy encyklopedii – dziękuję za pomoc, czyli przesłanie „Mundurów”.

poniedziałek, 13 lutego 2012

„Berlin, późne lato” – jeszcze jeden fragment

Peters podszedł, żeby wziąć od niego maszynopis i wtedy na biurku zobaczył wykonany ołówkiem rysunek – kobiecy akt. Rysunków było więcej, pod pierwszym arkuszem leżało kilka, może kilkanaście innych. Peters od razu rozpoznał tę kreskę, w tak charakterystyczny sposób rysował tylko jeden człowiek – Izaak Wolfowitz. Specjalizował się w kobiecych aktach, zrobił ich setki, a może tysiące, rysował kobiety piękne i brzydkie, szczupłe i grube, młode i stare, mężatki, panny i wdowy, przyzwoite damy i prostytutki. Rysował je w rozmaitych pozach, gdy stały, siedziały, leżały, paliły papierosa, czytały książkę, piły kawę, grały na fortepianie. Niektóre jego prace uznawano za pornograficzne i nawet w tolerancyjnym Berlinie z epoki przednazistowskiej budziły u części odbiorców zgorszenie. Ale byli i tacy, którzy za akty płacili spore pieniądze. Podobno jednak wszystkie modelki chętnie pozowały Wolfowitzowi, na dodatek za darmo. Był bowiem cenionym artystą, a jeszcze bardziej ujmującym mężczyzną, jego osobistemu urokowi kobiety nie potrafiły się oprzeć, rozbieranie się przed nim poczytywały sobie za wyróżnienie i zaszczyt. Nawet gdy nie zgadzali się na to ich mężowie czy narzeczeni, po kryjomu pozowały mu nago w jego niewielkiej pracowni przy Kurfürstendamm, a Wolfowitz pomijał lub zmieniał wówczas na swoich rysunkach ich twarze. Dla niego kobiece ciało było najważniejsze, również w brzydkim i pomarszczonym odnajdywał piękno, które go fascynowało. Peters wiedział to od niego samego. Poznał go w trzydziestym drugim, gdy Hochbaum zaangażował rysownika, by zilustrował książkę Petersa. Wolfowitz przygotował dziesięć rysunków przedstawiających parę młodych ludzi, kobietę i mężczyznę, uosabiających bohaterów powieści Petersa. Wyjątkowo nie były to akty, choć rzecz jasna narysowane przez niego postaci, także będąc w ubraniach, emanowały erotyką. Okładka książki też była dziełem Wolfowitza.
Potem wszystko się zmieniło.
Na zdjęciu: akwarela z 1931 r., autor Hans Baluschek

czwartek, 9 lutego 2012

Jest okładka „Drogi do Tarvisio”

Po raz pierwszy prezentuję, z przyjemnością rzecz jasna, okładkę mojej powieści „Droga do Tarvisio”. Mam nadzieję, że Wam się spodoba, bo mnie – owszem.

Okładkę zaprojektowała Ilona Gostyńska-Rymkiewicz, a książka ukaże się w wydawnictwie Dobra Literatura w kwietniu 2012 r. (seria Z Wykrzyknikiem!).

poniedziałek, 6 lutego 2012

niedziela, 5 lutego 2012

I znów sto tysięcy znaków

W ubiegłym roku, gdy pracowałem nad „Drogą do Tarvisio”, informowałem w Notesie, że przekroczyłem sto tysięcy znaków tekstu. Teraz piszę nową powieść „Berlin, późne lato” i też mogę poinformować, że przekroczyłem „setkę”.

Oczywiście, tak jak wtedy, nie doszedłem jeszcze do połowy książki, ale sto tysięcy to ładna liczba i dobrze brzmi. Oceniając po dotychczasowym tempie pracy zakładam, że pierwszą wersję skończę w kwietniu, może w maju, a potem będę poprawiał i poprawiał.

piątek, 3 lutego 2012

„Kot w pustym mieszkaniu” na plakacie

„Kot w pustym mieszkaniu” to jeden z najbardziej ukochanych przez czytelników wierszy Wisławy Szymborskiej. Do tego utworu przed trzema laty Katarzyna Śliz – za zgodą Poetki – wykonała plakat poetycki, który tutaj prezentuję. To plastyczna interpretacja wspaniałego wiersza Noblistki. Ale żeby w pełni podziwiać dzieło Kasi, kliknijcie na powiększenie.

środa, 1 lutego 2012

Nie żyje Wisława Szymborska


Zmarła Wisława Szymborska. I cóż ja mogę mądrego napisać w tak smutnej chwili? Wszystko będzie banalne. Więc tylko tyle: była mądrą, przekorną, dowcipną poetką i wspaniałym Człowiekiem. 

Fot. Mariusz Kubik