poniedziałek, 14 grudnia 2015

Camilleriego hołd dla kobiet

Andreę Camilleriego polscy czytelnicy znają przede wszystkim jako autora serii kryminałów z sycylijskim komisarzem Montalbano. Ale przecież włoski pisarz ma też w dorobku książki nie będące kryminałami, np. „Pensjonat Ewa” – kryptoautobiograficzną opowieść o domu publicznym na Sycylii, czy „Kolor słońca” – mikropowieść o słynnym malarzu Caravaggio.

Wydane niedawno w Polsce „Kobiety” są kolejną niekryminalną książka Camilleriego i dodajmy od razu – książką, której lektura dostarcza dużo przyjemności.  To zbiór opowieści, zgodnie z tytułem, poświęcony kobietom, które z różnych powodów były ważne dla autora. Bohaterki poznajemy w kolejności alfabetycznej, pierwszą jest Angelika, ostatnią Zina, ale po drodze są m.in. Antygona, Carmen, Desdemona, Joanna, Nefertitti czy Ofelia. Jednak Camilleri pisze nie tylko o kobietach znanych z literatury czy historii. Również o tych, które spotkał osobiście. Np. o wyzwolonej Szwedce imieniem Ingrid, która stała się pierwowzorem zagranicznej przyjaciółki komisarza Montalbano. Albo o swojej wydawczyni Elvirze, która pośrednio przyczyniła się do powstania kryminałów o komisarzu.

Ten katalog kobiet, jak pisze Camilleri, nie pretenduje do miana traktatu o kobietach, jest raczej hołdem dla nich. W tych czasami wzruszających, a czasami zabawnych wspomnieniach, opowiastkach i opowiadaniach autor pokazuje piękno i tajemniczość swoich bohaterek. Każda z opisywanych przez niego kobiet, bez względu na wiek i pozycję społeczną, jest niezwykła. Nawet spotkana na promie, pochodząca z Europy wschodniej Zina, od której we Włoszech każdy chciał „czegoś w zamian”. Bo ta książka jest również głosem protestu przeciwko przemocy wobec kobiet.                    

Andrea Camilleri, „Kobiety”. Przełożył Tomasz Kwiecień, Dom Wydawniczy Rebis 2015, s. 232.

Recenzja ukazała się również na portalu Okno Literatura

poniedziałek, 7 grudnia 2015

„Czarna ziemia” jako ostrzeżenie

Zważywszy na czasy, w jakich żyjemy, najnowsza książka Timothy’ego Snydera „Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie” powinna być lekturą obowiązkową nie tylko dla uczniów. Oczywiście, nie mam złudzeń, że tak się stanie. Niestety.

Już swoją poprzednią książką „Skrwawione ziemie” amerykański profesor Timothy Snyder udowodnił, że jest wybitnym historykiem, który potrafi zajmująco opowiadać, co w przypadku ludzi zawodowo piszących o historii nie jest takie częste. W „Skrwawionych ziemiach” Snyder nakreślił obraz hitlerowskiego i sowieckiego terroru. Była to zarazem analiza paranoicznej polityki eksterminacji prowadzonej, niezależnie od siebie, przez Hitlera i Stalina, W ramach tej polityki zabijano ludzi tylko dlatego, że byli Żydami lub Polakami, albo mieszkali tam, gdzie zdaniem oprawców nie powinni.

„Czarna ziemia” to do pewnego stopnia kontynuacja „Skrwawionych ziem”, przy czym w najnowszej pracy autor odsłania mechanizmy, które pozwoliły na popełnienie największej zbrodni w dziejach ludzkości. Bo przypomnijmy, że Holokaust to nie tylko obozy koncentracyjne, ale także obozy zagłady i masowe rozstrzeliwania na wschodzie Europy. Otóż, amerykański historyk dochodzi do wniosku, że największe zbrodnie były możliwe na terenach, gdzie dwukrotnie zniszczona została państwowość, najpierw przez Sowietów, potem przez Niemców. Chodzi przede wszystkim o Litwę, Łotwę i Estonię i republiki radzieckie, Ukrainę i Białoruś. Na tych terenach w mordowaniu Żydów oprócz Niemców brali udział także miejscowi ludzie, m.in. ci, którzy przez wkroczeniem hitlerowców byli komunistami.

Ciekawa jest tutaj konkluzja. Jak zauważa Snyder w erze postalinowskiej dużym problem było wyjaśnienie, jak polityka głodu i terroru doprowadziła w latach 30. XX wieku do śmierci milionów obywateli. I pisze dalej: „Istotniejszym może zagadnieniem – jak dziesiątki tysięcy obywateli Związku Radzieckiego mogły przyłożyć rękę do zabójstwa milionów innych obywateli ZSRR w imieniu zupełnie obcego systemu – nie zajęto się nigdy. Kwestię tę wyparto ze świadomości”.

A dlaczego na początku napisałem, że powinna to być lektura obowiązkowa? W ostatnim rozdziale Timothy Snyder swoje historyczne rozważania odnosi do współczesności. Jego zdaniem, w czasach, gdy do głosu dochodzą skrajni nacjonaliści, w czasach narastającego lęku i nienawiści przed innymi, zbrodnia ludobójstwa może się powtórzyć. A zrozumienie mechanizmów, które umożliwiły Holokaust – twierdzi Snyder – może ocalić ludzkość. Mnie przekonał i ja mu wierzę.

Timothy Snyder, „Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie”. Przekład Bartłomiej Pietrzyk, Znak Horyzont, Kraków 2015, s. 589.

Recenzja ukazała się na portalu Okno Literatura

niedziela, 6 grudnia 2015

„Wrócę przed północą” – premiera w teatrze

Na zdjęciu Ewelina Gronowska (fot. G. Kaczmarczyk/Teatr im. Żeromskiego)

Zmęczony ostatnimi wydarzeniami politycznymi, postanowiłem odreagować rzeczywistość w Teatrze im. Żeromskiego na polskiej prapremierze spektaklu „Wrócę przed północą” kanadyjskiego dramaturga Petera Colleya. Sztuka, na szczęście, nie ma nic wspólnego z polityką, jest połączeniem czarnej komedii, dreszczowca i kryminału i dobrze się ją ogląda.

Na scenie widzimy czwórkę aktorów:  Ewelinę Gronowską (Jenny), Beatę Wojciechowską (Laura), Łukasza Pruchniewicza (Greg) i Janusza Głogowskiego (George). Piąty aktor – związany z kielecką sceną od wielu lat Mirosław Bieliński, tym razem wystąpił w roli reżysera spektaklu. Nie jest to jego debiut reżyserski , w Kielcach wystawiał już „Kpiny i kpinki” oraz „Hotelowe manewry”.    

O treści sztuki nie będę się rozpisywał – młode małżeństwo w starym domu na odludziu, pojawiająca się ta trzecia, rzekoma siostra Grega oraz lubiący whisky sąsiad, snujący straszliwe opowieści o przeszłości domu. Widz od początku się domyśla, że oglądana historia ma drugie, a nawet trzecie dno. Wszystko oczywiście wyjaśni się w finale i jest on jeszcze inny niż można by przypuszczać.    

„Wrócę przed północą” to przedstawienie z gatunku rozrywkowych, choć nie wszystko jest w fabule zabawne, przynajmniej dla mnie. Aktorzy zostali dobrze poprowadzeni przez reżysera, chwilami szarżują w stronę farsy, ale nie przekraczają granicy. Podoba się intrygująca i współgrająca ze scenicznym światłem scenografia. Powtórzę – całość się nieźle ogląda, a to, że przez cały spektakl nie myślałem o cholernej polityce i tego, co się ostatnio w niej wyprawia, pozwala stwierdzić, że jest to sztuka terapeutyczna. No, może przesadzam, ale relaksująca na pewno.  Lepiej bać się w teatrze niż poza nim.   

Peter Colley: „Wrócę przed północą”. Przekład Bogusława Plisz-Góral . Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, reżyseria Mirosław Bieliński, scenografia Bożena Kostrzewska, kostiumy Klara Kostrzewska, opracowanie muzyczne Paweł Piotrowski, reżyseria światła Paulina Góral. Prapremiera polska 5 grudnia 2015 r.