niedziela, 26 maja 2013

Bolesław Garboś - wielki zapomniany poeta


Nie wierzę tym, którzy zaczynają pisać wiersze w późnym wieku, to znaczy około czterdziestki, pięćdziesiątki. Uściślając – nie wierzę, że są w stanie napisać dobry wiersz, jeśli nie pisali wierszy mając lat dwadzieścia, trzydzieści. Nie spotkałem się z czymś takim. Tomiki sześćdziesięcioletnich debiutantów na kilometr zalatują grafomanią.

A przecież Bolesław Garboś swój pierwszy tomik „Nie uchybiając męstwu” wydał w 1979 roku, gdy miał już 59 lat. Więc to, co na wstępie, nie jest prawdą? Nic z tych rzeczy. Zanim doczekał się książkowego debiutu, publikował Garboś w prasie (debiut w 1946 w „Słowie Polskim”) i zdobywał laury na wielu ogólnopolskich konkursach poetyckich. M.in. trzy razy zdobywał główną nagrodę w konkursie im. Józefa Czechowicza w Lublinie, dwukrotnie podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Poezji w Łodzi.

Większości z Was to nazwisko nic nie mówi, o Bolesławie Garbosiu pamiętają tylko starsi poeci, pamiętają też w sandomierskim Collegium Gostomianum, którego był absolwentem. Na co dzień Garboś był sędzią sądów w Kielcach i Tarnobrzegu, po pracy – poetą i nie boję się napisać, że poetą wybitnym. Piotr Kuncewicz w swojej „Agonii i nadziei” nazwał poezję Garbosia filozoficzną: „Garboś pisze własnym, bardzo gęstym i nasyconym językiem. To twórczość, której zdecydowanie należy się więcej uwagi”.

To ostatnie wciąż jest aktualne. Jeśli traficie gdzieś na któryś z tomików poezji Bolesława Garbosia (ostatni pt. „Wybór poezji” ukazał się w 1993), pochylcie się nad nim. Będzie to dla Was czas obcowania ze wspaniałą poezją.           

8 czerwca minie 14. rocznica śmierci Bolesława Garbosia. 

Bolesław Garboś (1920-1999)  

Gdyby

Gdyby wszyscy żyli
i żyli,
z czego byłaby śmierć?

Kto chodziłby w niedziele
na msze?
Nigdzie nie byłoby przecież
kościoła, figury ni krzyża.

Wtedy nawet jedna łza
wylana za całe morze
byłaby pozbawiona sensu,
a Sąd Ostateczny
byłby po prostu
bylejakim sądem.

(z tomu „Wybór poezji” 1993, OW STON)    

sobota, 25 maja 2013

Hotelowa farsa, czyli premiera w Żeromskim


Beata Wojciechowska i Marcin Brykczyński
Po kilku ambitnych, ale też kontrowersyjnych spektaklach kielecki teatr na zakończenie sezonu wystawił zgrabną błahostkę – farsę amerykańskiego komediopisarza Michaela McKeevera „Hotelowe manewry”, którą reżyserował, debiutujący w tej roli na dużej scenie, aktor Mirosław Bieliński.

Cóż mogę o tym spektaklu powiedzieć? Jeśli ktoś lubi teatr poszukujący, ekstrawagancki, eksperymentalny czy drapieżny, może sobie „Hotelowe manewry” darować. Ale jeśli ktoś szuka rozrywki i chce się trochę pośmiać, nie doszukując się intelektualnej głębi (w końcu to farsa), jest to przedstawienie dla niego. To komedia omyłek o dwóch rozkapryszonych i nienawidzących się nawzajem gwiazdach estrady, które goszczą w tym samym apartamencie, a dyrektor hotelu (w tej roli Bieliński), robi wszystko, aby obie panie się nie spotkały.        

Przedstawienie sympatycznie się rozkręca, aż do punktu kulminacyjnego, który zamiast być eksplozją, niestety, okazuje się najsłabszym elementem całości, co raczej jest winą autora sztuki, a nie reżysera. Aktorsko najlepiej prezentują ją się Beata Wojciechowska (Claudia McFadden) i grający asystenta gwiazdy Marcin Brykczyński (Pan Pippet).         

No i tyle o tej premierze.

Michael McKeever: „Hotelowe manewry czyli błogi s-pokój”. Przekład Bogusława Pisz-Góral, reżyseria – Mirosław Bieliński. Teatr im. Żeromskiego w Kielcach, prapremiera polska 25 maja 2013 r. 

Zdjęcia Michał Walczak
Na pierwszym planie Beata Wojciechowska i Michał Węgrzyński, z tyłu Mirosław Bieliński

Jeszcze kilka fotografii z debiutu Mańki

Żeby nikt nie mówił, że było drętwo na piątkowej imprezie promującej debiutancki tomik poety Przemysława Mańki, wrzucam kilka zdjęć zrobionych przez Katarzynę Macios, zresztą też poetkę.
Grała i śpiewała Małgorzata Biesaga
Zdjęcie grupowe, mnie po Berlinie poznacie
  
Adam Ochwanowski całuje Zdzisława Antolskiego w rękę 
Bohater spotkania składa autografy

piątek, 24 maja 2013

Debiut poety Mańki


Na pierwszym planie Przemysław Mańka, na drugim Adam Ochwanowski, zwany Ochwanem
Wróciłem niedawno ze spotkania promującego debiutancki tomik „Odloty” młodego kieleckiego poety Przemysława Mańki. Piszę „młodego”, bo dla mnie 33-letni Mańka to przecież młodziak, choć debiutuje dość późno. Ale i tak może mówić o szczęściu, że w końcu doczekał się poetyckiej książki, którą swoimi grafikami zilustrował Paweł Strójwąs.      

Mańka więc debiutował i jest to ciekawa historia. Wcześniej publikował na portalach literackich i oczywiście na Facebooku. Właśnie na tym ostatnim jego utwory przeczytał  Adam Ochwanowski, poeta pełną gębą, który pisze świetne wiersze i zna się na poezji. Talent Mańki dzięki FB dostrzegł także Zdzisław Antolski, podobnie jak Ochwan doskonały poeta, który potrafi odróżnić utwór dobry od kiepskiego, a wierzcie mi, nie jest to umiejętność dana każdemu, kto czyta poezję.

Przeczytał więc Ochwan Mańkowe wiersze, zapalił się i orzekł, że trzeba je koniecznie wydać w papierowej formie zwanej tomikiem lub książką poetycką. Razem z Hanią Józefik przygotowali „Odloty” do druku, Ochwan dał je do drukarni i dopiero wtedy zaczął się martwić o to skąd weźmie pieniądze. Nie ma to, jak poetycka głowa do interesów. Potem ogłosił, gdzie się dało, że szuka sponsorów i oczywiście nikt się nie zgłosił. Aż, parę dni temu, gdy tomik był już wydrukowany, Adam Ochwanowski spotkał świętokrzyskiego europosła Czesława Siekierskiego i gdy powiedział mu o swoim problemie, ten od razu wyłożył kasę za druk.

Nie patrzę przychylnie na aliansy twórców z politykami, niezależnie od opcji politycznej. W tym jednak przypadku nie bardzo mam się czego czepić, mogę tylko pochwalić europosła Siekierskiego za ten gest (nie pierwszy zresztą, jak mi powiedział Ochwan, Siekierski dofinansował z własnej kieszeni już kilka pozycji). Ażeby jasność była pełna, powiem, że wiersze Mańki nie mają z polityką nic wspólnego i nie ma w nic z ludowości (europoseł reprezentuje PSL).               
 
Przemysław Mańka jest z wykształceniem informatykiem, lecz tego w jego utworach nie widać. Widać w nich za to dużo autentycznego cierpienia:

„(...) uzależniony od przyjaciół
z białej szpitalnej celi
czuję się jak na okręcie
z piracką elitą

lubię dryfować z nimi
w przestrzeni czasu
kocham ich za wrażliwość
i serca ze stali

ta mała ciasna łódź
bogatsza jest niż ziemia
z której szczury lądowe
atakują nas strzykawkami...
(„Najlepszy okręt świata...”)  

Jak napisał Artur Jarosz o poezji Mańki w przedmowie, „ciekawy to eksperyment młodego pokolenia, choć optymizmu w wierszach tyle, ile zbawienia w strzykawce”. Wychodzi na to, że Jarosz to też poeta.

Dodam tylko, że Przemysława Mańkę osobiście poznałem dopiero dzisiaj (musi być zdolny, bo już mi wisi 5 złotych). Ochwana, Antolskiego i Jarosza znam od stu lat. A oni we trzech  znają się jeszcze dłużej, bo ja to przy nich młodziak jestem.     
Poeta Zdzisław Antolski, zwany Dziniem. Jarosza nie było, pojechał do Płocka na mecz Vive

poniedziałek, 20 maja 2013

Targi, książki i ludzie



Ilekroć wracam z Targów Książki, jestem zmęczony, teraz też tak było, choć przecież na Stadionie Narodowym, bo tam odbywały się Warszawskie Targi Książki, spędziłem zaledwie jeden dzień! To już chyba starość, cholera, ale przed tym się nie ucieknie.

Książki na Targach są istotne, lecz ważni są również ludzie. Swoją powieść podpisywałem na stoisku Prozami – dziękuję Sylwii Drożdżyk-Reszce i Ani Kossak za gościnę, ponieważ moja Wydawczyni Aga Brzezińska z Dobrej Literatury nie mogła być na targach.

Spotkałem się również m.in. z pisarkami Magdą Zimniak i Jolą Kwiatkowską, Joasią Górecką (Noir sur Blanc), panem Antkiem Szperlichem (Iskry), Barkiem Kamińskim (Świat Książki), Violą  Wiśniewską (W.A.B.), ks. Andrzejem Lutrem. Wreszcie mogłem się przywitać z Matyldą Jastrzębską, która tłumaczyła „Dni trawy” Philipa Huffa.    

Poznałem się z pisarką Magdą Witkiewicz i Mikołajem Mickle, autorem "Chyba strzelę focha!". Do Jakuba Ćwieka nawet nie próbowałem się przedrzeć, bo on to jest dla swoich czytelników niczym rockowy idol. Nie dotarłem do stoiska Granice.pl, a z Jarkiem Czechowiczem się minąłem. Piotrek Adamczyk (pisarz i dziennikarz, nie aktor) był dzień wcześniej, podobnie jak kilka osób, z którymi chciałem się spotkać.

Poza tym zobaczyłem Stadion Narodowy. Bez piłkarzy (może to i lepiej) i bez trawy na boisku, ale zawsze.
Fot. Prozami          

sobota, 18 maja 2013

Niedzielę spędzę na targach

Warszawskie Targi Książki w pełni, ale ja będę tam jutro, czyli w niedzielę. Na tym samym stoisku, na którym dzisiaj Piotrek Adamczyk (na zdjęciu) podpisywał swoją powieść „Pożądanie mieszka w szafie”.

Jeśli więc w niedzielę, 19 maja, będziecie na Stadionie Narodowym, serdecznie Was zapraszam na stoisko wydawnictwa Prozami 85/D8 – w godzinach 13.00-14.00 będę podpisywał „Berlin, późne lato” i „Drogę do Tarvisio”.  

Fot. Prozami/ Dobra Literatura   

sobota, 11 maja 2013

Kwoka

Zainspirowany wpisem na FB pisarki Małgorzaty Kursy o paniach godzinami wysiadujących w oknach ułożyłem taki oto dwuwierszowy drobiazg:

Jak Polska długa i szeroka
Znajdzie się w oknie jakaś kwoka.

poniedziałek, 6 maja 2013

Recenzenci o „Berlinie”



Od dnia premiery ukazało się w sieci siedem recenzji mojej powieści „Berlin, późne lato”. Poniżej zamieszczam fragmenty, całość znajdziecie pod linkami. O książce pisali dotychczas:


Joanna Podsadecka na Książki Wp.pl:

„Berlin, późne lato” to opowieść o pokaleczonej rzeczywistości i okrutnych paradoksach ludzkich losów. Ale i o szukaniu nadziei w świecie, w którym, wydawałoby się, nie ma na nią szans. By było mniej gorzko, nie można z tego szukania zrezygnować.


Jarosław Czechowicz na Krytycznym Okiem:

Najnowsza powieść Grzegorza Kozery to fabuła urzekająca prostotą i smutkiem. Takich historii mogło się rozegrać przed sześćdziesięcioma laty wiele. Kozera wymyśla, ale mamy wrażenie, że z wielką czułością i zainteresowaniem pochyla się nad losami ludzi, którzy doznali czułości za mało, a interesują się jedynie tym, czy dane im będzie przeżyć w okrutnej wojennej rzeczywistości.


Patrycja Sikora na Opętani Czytaniem:

Kozera pokazał, że mimo brutalności i okrucieństwa wojny, mimo obozowego szczucia psami, gwałtów i oznaczania różowymi trójkątami, mimo porzuconych w gruzach ciał i popadania w paranoję, mimo bezwzględnego zła pośród milczących murów mogło rozkwitnąć piękne uczucie.


Tomasz Porębski na CK Sport:
„Berlin, późne lato” warto przeczytać, niezależnie od szerokości geograficznej, w której mieszkacie.


I jeszcze recenzje na blogach:

Pisaninka:

To historia napisana w sposób tak realny, rzeczywisty, że aż boli... czułam strach bohaterów, oddech Gestapo na szyi niemalże... dylematy...do końca miałam nadzieję...

Moim zdaniem każdy myślący człowiek powinien poznać ten tytuł, bo rzadko zdarza się trafić na tak znakomity i smaczny kąsek. Polecam :)


Klucz do wyobraźni:


Książkę oczywiście polecam wszystkim, którzy mają ochotę na ciekawą historię osadzoną w trudnej rzeczywistości. Nie jest to lektura lekka, ale czasem warto przeczytać powieść, która porusza serca, przemawia do wrażliwości i sprawia, że momentami czytelnikowi zasycha w gardle.


Pasje i fascynacje mola książkowego:
Autor, zupełnie mi dotąd nieznany, opowiada piękną, poruszającą historię, która być może wydarzyła się naprawdę, a na pewno miała możliwość wydarzyć się.