wtorek, 25 grudnia 2012

Nie śpij


Nie śpij w dobrym czasie rozpocznij czuwanie
pasterze pobiegli Jemu na spotkanie
i teraz śpiewają ogromnie weseli
swoją wytęsknioną kolędę nadziei

Ciesz się ich radością – gdy w połowie nocy
wiatr mocniej zawieje niczym znak proroczy
i wreszcie uwierzysz – wśród głosów powodzi
usłyszysz nowinę: On już się narodził

On już się narodził i nim zdąży skonać
wtulając do krzyża skręcone ramiona
ty doświadczysz życie do samego końca
aby potem zgasnąć jak gwiazda milcząca

Z tomiku „Piosenka powieszonego amanta” 1993  

sobota, 15 grudnia 2012

Niedaleko Koziej


Dzielnica żydowska w Kielcach 1940 r. Fot. Bundesarchiv
Niedaleko Koziej,
Tam, gdzie było getto,
Mają dziś Polacy
Opłatkowe święto.

Przeszłości nie słychać,
Przeszłości nie widać,
Cieszą się z narodzin
Maleńkiego Żyda.

Śpiewają przy stole
Swe kolędy piękne
I rozgrzani wódką
Idą na pasterkę.

Tyle lat minęło,
Kości nie zostały,
Świeci nad choinką
Obłok spopielały.

czwartek, 13 grudnia 2012

Litania alkoholika


To fragment mojej powieści o alkoholizmie „Biały Kafka” z 2004 roku: 
Nigdy nie wiesz, kiedy ten moment nadchodzi. Nie wiesz, czy jesteś jeszcze facetem, który tylko lubi się napić, czy już stałeś się upadłym menelikiem, który pić musi. Przejście z jednego etapu do drugiego jest niezauważalne i najczęściej rozłożone w czasie, nikt przecież nie przyjdzie, aby ci uroczyście oznajmić, że uwaga, uwaga, to już ten moment, wczoraj przestałeś być zwykłym pijakiem, a od dzisiaj jesteś pijakiem nadzwyczajnym, menelikiem, alkoholikiem, gościem uzależnionym od gorzały, potrzebującym wódy do przetrwania jak cukrzyk potrzebuje insuliny, podawanej w coraz to większych ilościach. Wydaje ci się, że ciągle jest tak samo, nic się nie zmieniło, ewentualnie stwierdzasz, że tylko trochę częściej i więcej pijesz, ale bez przesady, wszystko pozostaje w normie, tak uważasz. Jednak tę przemianę, przejście na wyższy poziom menelickiego wtajemniczenia, możesz spostrzec sam, naturalnie jeśli zechcesz, chociaż problem polega na tym, że zwykle nie chcesz, zwłaszcza gdy jesteś początkującym profesorem nadzwyczajnym pijaństwa, bywa że przez długie lata nie chcesz zauważyć, że już dawno awansowałeś w hierarchii.
Informacje, w postaci różnych sygnałów, które przekazują ci twoje ciało i twoje życie, docierają do ciebie stopniowo, również są dawkowane i rozłożone w czasie, i udajesz przed samym sobą, że ich nie dostrzegasz, mimo iż z każdym dniem stają się wyraźniejsze.
Nie zauważasz więc, że trzęsą ci się ręce.
Że coraz częściej bolą cię uda, a mięśnie ramion i nóg drżą podskórnie.
Że masz kłopoty z zasypianiem i ze snem.
Że przychodzą nagle takie chwile, że zaczynasz się wszystkiego bać i telepiesz się z tego strachu.
Że nocą nachodzą cię zwidy i lęki silniejsze niż w dzień.
Że mówisz na głos do nieistniejących ludzi.
Że nawet gdy się porządnie wykąpiesz, twoja skóra nadal śmierdzi przetrawionym alkoholem.
Że nie pomagają dezodoranty i wody toaletowe, jeśli jeszcze nie przestałeś ich używać.
Że cuchnie twój oddech, chociaż wielokrotnie myłeś zęby.
Że tracisz apetyt i możesz przez dwa albo trzy dni nic nie jeść.
Że każdego poranka srasz na rzadko.
Że rzygasz żółcią po każdym większym piciu.
Że w domu i pracy masz pełno pustych butelek, których nie chciało ci się wynieść.
Że powszechnie znana metoda ratunkowa „klina klinem” to dla ciebie bułka z masłem, choć kiedyś nie wyobrażałeś sobie, że możesz pić wódkę na czczo, bez przepijania.
Że niektórzy dziwnie na ciebie patrzą.
Że ty spoglądasz z pogardliwym zdziwieniem na tych, którzy mówią, że nie piją.
Że słowo „abstynent” wzbudza w tobie obrzydzenie.
Że kiedy jesteś narąbany, nawet zupełnie trzeźwi wydają ci się wstawieni.
Że kiedy się budzisz, obawiasz się spojrzeć w lustro.
Że najlżejsza praca jest dla ciebie niczym kołymska katorga.
Że kiedy przetrzeźwiejesz, gdyż z przemęczenia zdarzają ci się wątłe chwile trzeźwości, nie masz na nic siły.
Że obiecujesz sobie, że to już ostatni raz i wiesz, że obietnicy nie dotrzymasz.
Że dzień zaczynasz od pytania, z kim, gdzie i za co się napijesz.
Że jesteś gotów pić wszystko, co tylko ma procenty.
Że kiedy omija cię byle jaka okazja do drinkowania z kimkolwiek, robi ci się smutno, cholernie smutno, jakby umarł ktoś najbliższy.
Że zaznaczasz w kalendarzu wszelkie możliwe imieniny, urodziny, rocznice, jubileusze, święta państwowe i kościelne, będące pretekstem do chlania w najbliższym tygodniu, miesiącu i roku.
Że właściwie nie potrafisz mówić o niczym innym, tylko o gorzale, o tym z kim, gdzie i jak piłeś.
Że nie wyobrażasz sobie, że mógłbyś nie pić.
Że może chciałbyś przestać pić, ale ci szkoda.
Że może chciałbyś przestać, ale nie potrafisz, więc pijesz nadal, aby zapomnieć, że chcesz przestać.
Że coraz mniej ci zależy, co mówią o tobie inni.
Że przestaje ci zależeć na czymkolwiek.
Że nienawidzisz siebie.
Że wyjesz w nocy z bólu i rozpaczy.
Że są takie dni, kiedy chcesz umrzeć i zastanawiasz się, jak to zrobić.
Że takie dni zdarzają ci się niemal codziennie.
Że liczysz jedynie na cud.

sobota, 8 grudnia 2012

Pierwsze zdania nowej powieści


Może właśnie tak się będzie zaczynać moja nowa książka, roboczo zatytułowana „Wiedeńska opowieść”:

Tego dnia, kiedy umarła Sylvia Kristel, gwiazda najsłynniejszego filmu erotycznego świata „Emmanuelle”, zaprosił mnie do swojego gabinetu profesor Jarecki. Przez moment korciło mnie, by zapytać go, czy widział filmy, w których występowała holenderska aktorka, ale szybko zrezygnowałem z tego pomysłu, był przecież moim przełożonym, a na ile go znałem, wiedziałem, że podobnie pytanie mogło go zirytować. Mówiąc szczerze, wątpiłem, by nazwisko Kristel cokolwiek mu mówiło, był ode mnie dużo starszy i w latach osiemdziesiątych, gdy do Polski dotarły z Zachodu pierwsze filmy wideo, w tym osławiona  „Emmanuelle”, zapewne od oglądania ich w gronie znajomych miał ciekawsze zajęcia. Na przykład studiowanie w krakowskim archiwum akt z procesów sądowych Żydów galicyjskich. Teraz profesor nerwowym gestem wskazał na krzesło przed jego biurkiem, dając do zrozumienia, żebym usiadł, sam zaś zaczął chodzić tam i z powrotem, trzymając się za boki. Można by pomyśleć, że zacznie za chwilę tańczyć krakowiaka albo kujawiaka, jednak nie taniec był mu w głowie. Wystarczyło spojrzeć na jego wykrzywioną twarz, by domyślić się, że sprawa jest poważna.

wtorek, 4 grudnia 2012

Jasnorzewska i jej wojenne zapiski



Mimo przerażenia, nawet w obliczu wojny, choroby i śmierci Maria Pawlikowska-Jasnorzewska potrafiła zachować klasę i styl, czego dowodzą jej wojenne zapiski zawarte w książce „Wojnę szatan spłodził”.

Te zaskakująco szczere i intymne zapiski były przeznaczone „do pieca”, jak pisała autorka, jednak ocalały. Ich fragmenty były już publikowane, ale dopiero Rafał Podraza – niestrudzony specjalista od twórczości Magdaleny Samozwaniec i jej siostry Marii Pawlikowskiej – zebrał je w całość i podał do druku w formie książki. Pięknie wydanej książki – dodajmy, bogato ilustrowanej fotografiami Marii i jej najbliższych.
Maria zaczęła prowadzić swój nieregularny dziennik jeszcze w Warszawie, tuż przed wybuchem wojny, kontynuowała w Rumunii i Francji, a zakończyła w Anglii, 30 czerwca 1945 r. Jej ostatnie zapisane słowa brzmiały: „Zdaje mi się, że nie mogę już. Straszna słabość - ”. Dziewięć dni później zmarła, przegrawszy walkę z rakiem szyjki macicy.

Z książki „Wojnę szatan spłodził” wyłania się inny portret Jasnorzewskiej niż ten, do którego są przyzwyczajeni czytelnicy jej poezji. Słodko-złośliwie czuła jest tylko wobec Lotka, swojego trzeciego męża, który był przy niej do końca, oraz w stosunku do rodziców i siostry, którzy pozostali w kraju.

Wobec wszystkich innych, a szczególnie rodaków, których spotkała na obczyźnie, jest bardzo surowa, krytyczna, czasami nienawistna: „Wstydzę się swojego plemienia – pisze w 1942 r. – Schłopiałe, ogłupione, rozpustne prostaki. Możemy śmiało nie żałować, że to się nie rozpanoszyło na cały świat, ale że po chamskim łbie dostało”. Jakże ją, pierwszą damę poezji polskiej, musiała boleć wojenna rzeczywistość wśród nieprzyjaznych i nie dorównujących jej poziomem ludzi. Inna sprawa, że jej słowa – gdy się rozejrzeć dookoła – do dzisiaj w wielu przypadkach nie straciły świeżości.

A później był już tylko narastający ból fizyczny, coraz więcej operacji. Ostatnie miesiące Jasnorzewska poświęciła opisom choroby, niekiedy wręcz fizjologicznym, wizytom u lekarzy, ich diagnozom. Niemal do końca dbała o swój wygląd, nawet gdy zabierano ją na zbieg, do „teatru”, jak nazywała salę operacyjną, starała się, by szlafrok i koszula były odpowiednio dobrane. Kilka ostatnich stron to już zapis własnego umierania, gdy unieruchomiona w łóżku oczekiwała śmierci. Poruszająca lektura, ale przecież warto przez nią przejść.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, „Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945”. Zebrał Rafał Podraza, Agora 2012, s. 183.

Tekst zamieścił również portal Okno Literatura