wtorek, 4 maja 2010

Święty spokój

Miałem znajomego,
który tracił głowę dla kobiet
o wiele za często.

Przez długie miesiące
nie było z nim kontaktu.
Czasami przez lata.

Porzucony wracał do normalnych,
lecz na krótko.
Jeśli on rzucał (rzadko),
też był to krótki powrót.

To było gorsze
niż rozładowywanie wagonu z węglem.
Gorsze niż picie denaturatu.
Ale zero współczucia.

Długo trwało nim otrzeźwiał.

Teraz mieszka z kobietą,
która mogłaby być
jego matką albo babką.
Karmi go łyżeczką,
zmienia pieluchy
i myje.

Wiersz nie był wcześniej publikowany.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz